Witucki jako prezes zarabiał 270 razy więcej od pracownika. "Ten mnożnik mnie nie szokuje. Różnica musi istnieć"

- Jeśli spojrzymy na aktualne pomysły PiS-u, to widać gwałtowną ewolucję od uzasadnionej redystrybucji do zwykłego kupowania głosów - mówi były prezes Orange, a obecnie szef Konfederacji Pracodawców "Lewiatan" Maciej Witucki w rozmowie z Grzegorzem Sroczyńskim. Wywiad ukazał się też w książce "Rozmowy o odpowiedzialności. Gniew", którą wydała Fundacja Nienieodpowiedzialni.

Grzegorz Sroczyński: Jako prezes Orange zarabiał pan rocznie sześć mln złotych, czyli pół miliona miesięcznie.

Maciej Witucki: Nigdy.

No zaraz, raport giełdowy za 2013 rok: Witucki? Sześć mln.

Ale to pan mówi o pełnym roku wynagrodzenia i pełnym roku odprawy. Ja wtedy kończyłem pracę.

Czyli to prawda czy nie?

Jeśli pan chce wywołać emocje, to może pan mówić, że sześć. Normalnie zarabiałem trochę poniżej trzech.

W porządku. To dopisuję, że to była kwota razem z odprawą. W tym samym 2013 roku konsultantka Orange wychowująca samotnie dziecko zarabiała miesięcznie 1850 zł, czyli 270 razy mniej niż pan. To jest problem?

Myślę, że przytoczył pan przykład prosto z "Germinal" Zoli czy "Przedwiośnia" Żeromskiego. Problemem jest nie tyle pensja prezesa, ile niska płaca konsultantki, ale niestety taki wtedy był rynek. Zakaz zarabiania dużych pensji może być bronią obosieczną. Pamiętamy tę praktykę z epoki komunizmu. Cały kraj chciał się z tego wyzwolić. Pracowici i ambitni chcieli zarabiać pieniądze. Cóż mam innego odpowiedzieć?

Nie wiem. Może, że tak duże rozpiętości zarobków w firmach są szkodliwe i podkopują demokrację?

Z tych sześciu mln złotych zapłaciłem dwa mln podatków. Bo byłem na etacie, nie na kontrakcie menedżerskim. A wcześniej co roku na swoim PIT widziałem prawie mln zapłaconych podatków. Z tego, co w zamian oferowało mi państwo, praktycznie nie korzystałem. No może korzystałem z polskich sił zbrojnych, które by mnie broniły na wypadek wojny.

Oczywiście, że pan korzystał z innych rzeczy.

A niby z czego?

Na przykład z systemu szkolnictwa, który wykształcił panu za darmo pracowników. Albo z dróg, którymi wożono wasze towary. Firma wypracowała zysk m.in. na pańską pensję wyłącznie dzięki temu, że istnieje jakiś porządek, jakieś państwo, utrzymywane z podatków, a nie dziki step.

No dobrze. To niech mi pan powie, dlaczego gdy mieszkałem siedem lat we Francji i płaciłem tam podatki, to nie czułem frustracji, że jestem wystrychnięty na dudka? W zamian za podatki dostawałem cały zestaw usług publicznych, które dobrze działały. W Polsce muszę sobie opłacić prywatną służbę zdrowia, bo nie mam czasu czekać miesiącami na wizytę. W Polsce musiałem wykupić też abonament całej rodzinie, w tym mojej mamie, żeby się nie martwić, że umrze, czekając na jakiś zabieg. I dokładnie to samo robią miliony Polaków, nie tylko tych najzamożniejszych. Oferta państwa skierowana do mnie ogranicza się do niepodziurawionych autostrad, często sfinansowanych z pieniędzy Unii Europejskiej. I jeszcze dociera do mnie prąd.

To nieprawda. Oferta państwa polskiego jest byle jaka, zgoda, ale pan zarabia pieniądze dzięki temu, że jakoś to wszystko jednak działa. Pańscy pracownicy leczą się w państwowej służbie zdrowia i wypracowują zysk, z którego finansowana jest pańska pensja.

No właśnie, "jakoś to działa", z naciskiem na "jakoś". Nasze państwo mnie irytuje ze względu na marnotrawienie tego, co mu się dostarcza w formie podatków.

Dostarcza się bardzo mało! I to też jest problem. Pan przecież musi wiedzieć, że mamy niższy udział podatków w PKB niż średnio w krajach Unii.

Oczywiście. Ten mój mln złotych na formularzu PIT to jest dużo, ale też prawdą jest, że w Europie Zachodniej pewnie bym zapłacił jakieś półtora mln podatków. Zgoda. Wciąż jest przestrzeń na podnoszenie podatków w Polsce, bo są relatywnie niskie. Pytanie, co państwo z tymi podatkami robi. Daje 14. emeryturę mojej mamie, a nie daje na służbę zdrowia, której mama potrzebuje. Daje 500+ na mojego syna zamiast na podwyżkę dla jego nauczyciela.

Dobrze. Tu częściowo się z panem zgodzę. Ale wróćmy do tego, że pan zarabiał 270 razy więcej niż konsultantka w pana firmie. Czy taka rozpiętość zarobków prezesa i pracowników to nie jest problem? Czy pan ma jakąś refleksję na ten temat?

Szczerze? Nie bardzo.

No i to jest dziwne.

Różnica musi istnieć. Ten mnożnik mnie nie szokuje. Wszedłem w system społeczny, który dopuszcza takie różnice i zakładam, że skoro jedną trzecią oddaję państwu, to w sposób istotny zasilam jego budżet. Dodam też, że przywoływana przez pana szeregowa konsultantka ma istotnie mniejszy zakres odpowiedzialności i nie ryzykuje karnej odpowiedzialności członków zarządu za podejmowane decyzje, a to też ma znaczenie. Czy pan by odmówił dobrze płatnej pracy, gdyby pan dostał taką ofertę? Ważniejsze jest to, co pan potem robi z zarobionymi pieniędzmi.

Różnice w zarobkach wynikają też ze specyfiki cyklu rozwoju naszego kraju. Często powtarzam, że należę do pokolenia "Sz". Wie pan, co to znaczy? "Sz" jak szczęście. Bo miałem gigantyczne szczęście, rodząc się w 1967 r. i trafiając na rynek pracy w latach 90. Wtedy wszystko było możliwe. Pamiętam, że jeszcze w okolicach 2000 roku pytałem młodych ludzi, których przyjmowałem do pracy: "Jakie stanowisko chciałbyś kiedyś zająć w tej firmie?". "Pańskie. Stanowisko prezesa" - odpowiadali. I jak ktoś mi tak nie odpowiadał, to uważałem, że jest mało ambitny.

No ale co z tego? Przecież to ściema, oni nie mogli wszyscy zostać prezesami.

Wtedy błyskawiczne awanse były jeszcze możliwe, teraz już nie. Myśmy wyszli ze świata, w którym dzięki zdolnościom i pracowitości można było błyskawicznie wzlecieć do gwiazd w biznesie, a doszliśmy do świata, gdzie pewne rzeczy już się wydarzyły i zostały ułożone.

Wcale nie rozpiętość pensji jest powodem gniewu młodych. Chodzi bardziej o to, że nie ma dziś tak szerokich dróg awansu. Moje pokolenie za młodo zostało prezesami, w związku z czym nie schodzimy z rynku. Ja zostałem prezesem TP SA w wieku 39 lat, teraz przyszło całe nowe pokolenie, które ma tę samą aspirację, a ja i inni menedżerowie wciąż jesteśmy na polu bitwy i im to miejsce blokujemy. Woleliby, żebym już był na emeryturze i zajmował się grą w golfa.

Czy da się znaleźć jakiś mechanizm, który by powodował, że te różnice zarobków w firmach nie będą aż tak duże? Że przestaniemy tak dużą cześć bogactwa pchać w stronę jednego procenta najzamożniejszych, takich jak pan?

Czytałem Piketty'ego, nierówności to ważny problem. Ale jestem umiarkowanym konserwatystą, więc szukałbym rozwiązań nie w zakazach i nakazach, tylko w prywatnej redystrybucji.

Prywatnej redystrybucji? A co to?

Mój status daje mi możliwość przekazania części moich dochodów np. na szkoły, szpitale czy inną charytatywną fundację. To dotyczy obecnie zaledwie jednego procentu moich dochodów, ale powinno też dotyczyć innych płaconych przeze mnie podatków. Zamiast płacić wyższe podatki, mógłbym dostać stuprocentowy odpis na działalność społeczną. Bo nie wierzę, że państwo wyda lepiej te pieniądze. Państwo bierze 1000 zł, żeby oddać mi później 500 zł.

Zamożność potrafi być też formą redystrybucji, generuje ona dodatkowe zapotrzebowanie na usługi, a te usługi generują miejsca pracy.

Jeden w wyborców Trumpa mówi tak: "Nie chodziło nawet o niego, chodziło o zagranie na nosie elitom w Nowym Jorku i Waszyngtonie". Pan też jest taką elitą, tyle że w Warszawie. Dlaczego budzicie tyle gniewu?

Nigdy bym nie pomyślał, że wzbudzam gniew z powodu życiowych osiągnięć. Ale oczywiście w kontekście sporu populiści kontra elity - bo zdaje się, że o to chodzi w pańskim pytaniu - warto się zastanowić, czy te znienawidzone obecnie elity mogły coś zrobić inaczej.

I mogły?

Gdy patrzę na ostatnie 30 lat wolnej Polski, to uważam, że ludzie, którzy pracowali nad spektakularnym rozwojem, płacili podatki i korzystali ze wzrostu gospodarczego, nie zadali sobie prostego pytania: "Czy reszta Polaków na równi korzysta z tego wzrostu?". Nie pytaliśmy obywateli, czy czują się beneficjentami tych zmian, tak jak my się czuliśmy. Z drugiej strony podejrzewam, że gdyby Platforma Obywatelska w 2015 r. nie przegrała z PiS-em i rządziłaby kolejną kadencję, to napięcia społeczne udałoby się rozładować na czas, bo już wówczas widać było znaki gospodarczego przyspieszenia.

Dzisiaj uzasadniona wrażliwość na potrzeby obywateli została jednak sprowadzona do prostego rozdawnictwa. I dotyczy to wszystkich partii. Popieram program 500+, bo nieco niweluje powstałe w ciągu ostatnich 30 lat różnice poziomu życia, w dodatku okazało się, że finansowo stać na to polski budżet. Ale jeśli spojrzymy na aktualne pomysły PiS-u, to widać gwałtowną ewolucję od uzasadnionej redystrybucji do zwykłego kupowania głosów. Polskie PKB wciąż jeszcze rośnie, firmy się rozwijają, ale spowolnienie jest na horyzoncie. Kolejne obciążenia fiskalne podcinają skrzydła polskiej gospodarce. Biznes to widzi i zaczyna tracić wiarę w panujący od tak dawna trend bezprecedensowego dla Polski wzrostu. Gdy z dnia na dzień, bez konsultacji i rzetelnych argumentów, rząd ogłasza drastyczną podwyżkę płacy minimalnej albo nakłada nowe obciążenia podatkowe, zamożniejsi przedsiębiorcy zaczynają sobie zadawać pytania o sensowność dalszych inwestycji.

Gdy jadę przez Polskę, to widzę nową infrastrukturę, nowoczesne budynki prywatnych przedsiębiorstw, rozmawiam z właścicielami, którzy wierzą, że warto się unowocześniać, zbudowali z unijnych pieniędzy centra badawcze. I akurat teraz, gdy to się zaczyna kręcić, dostaną po głowie. Pewnie wielu z nich zastanawia się już dziś, czy zamiast ciąć koszty i martwić się o spadającą rentowność, nie lepiej wyjechać z majątkiem do Szwajcarii, na Maltę albo inne Karaiby.

No to jesteśmy w domu. Najpierw pan mówi, że coś przegapiliśmy, że trzeba było pytać o jakość życia innych obywateli, a za chwilę pan wraca do starej melodii przedsiębiorców: nas nie stać na redystrybucję, jeszcze nie teraz itd. To kiedy?

Ale stać nas! 500+ to był dobry pomysł, pensje powinny i będą w Polsce rosły, ale nie tak szybko i nie z powodu odgórnej decyzji! Jarosław Kaczyński wszedł na mównicę i bez jakiejkolwiek konsultacji ogłosił podwyżkę płacy minimalnej do czterech tys. zł w 2024 r. W ten sposób zabijemy wiele małych polskich firm.

Może te firmy, które nie są w stanie pracownikom przyzwoicie płacić, po prostu nie powinny istnieć?

Okej. Fajnie tak mówić. Tylko niech pan to wytłumaczy konkretnemu przedsiębiorcy, Kowalskiemu czy Nowakowi, którego mikrofirmę skazujemy na bankructwo. Małe firmy to barometr stanu gospodarki i, co nawet ważniejsze, stanu demokracji. Są to przedsiębiorczy Polacy, podejmujący wysiłek i ryzyko, by o własnych siłach walczyć o dobrobyt. Wykazują się nieskończenie większym zaangażowaniem i wkładem w budowanie gospodarki niż inni obywatele, którzy korzystają z zastanej sytuacji. Dostarczają pracę i wzbogacają państwową kasę. Pensja minimalna nie ma aż tak wielkiego znaczenia dla dużych firm zagranicznych, bo one i tak płacą powyżej niej. Ona ma ogromne znaczenie w firmach w tej biedniejszej części Polski, w której sytuacja gospodarcza wymaga wsparcia i rozwoju. Wartość dodana tworzona w małych firmach nie rośnie nawet w połowie tak szybko jak proponowane nam przez PiS tempo wzrostu płacy minimalnej.

Inny przykład: pod populistycznymi hasłami opodatkowania milionerów ma być zniesiona tzw. 30-krotność składek na ZUS. To uderzy nie w mitycznych milionerów, ale w 350 tys. Polaków, którzy zarabiają powyżej ośmiu tys. złotych miesięcznie i stanowią zalążek tak potrzebnej nam klasy średniej. Te 350 tys. osób to głównie dobrze wykształceni specjaliści, którym udało się rozwinąć sensowne kariery. Za wszelką cenę powinniśmy ich zatrzymać w Polsce! Likwidując limit składek ZUS, podnosimy koszty pracy tej grupy zawodowej i tworzymy impuls do migracji ich stanowisk pracy, a może nawet ich samych poza Polskę.

A pańskie osobiste podatki jak bardzo by wzrosły po likwidacji limitu 30-krotności?

Ja jestem teraz działaczem gospodarczym, więc mnie akurat ta zmiana specjalnie nie dotknie. Ale dla dużych firm zmiany w ZUS to dziesiątki milionów złotych kosztów rocznie. Jeszcze gorzej jest w sektorze budżetowym. Rektor jednej z polskich uczelni wyższych powiedział mi ostatnio, że roczne koszty zniesienia progu 30-krotności wyniosą w ich przypadku cztery mln złotych. Dla uczelnianego budżetu sytuacja krytyczna. Podobnie z podnoszeniem pensji minimalnej. Nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo obciąży to budżet, gdy po cztery tys. złotych zgłoszą się policjanci, pielęgniarki, nauczyciele czy urzędnicy.

Czyli nie da się podnieść płacy minimalnej do przyzwoitego poziomu i nie da się podnieść podatków bogatym, bo będzie koniec świata.

Jasne, że się da. Ale dziś podnosimy obciążenia nie bogatym, tylko średniakom. Z programów wyborczych polskich partii zieje przyspieszoną fiskalizacją gospodarki. Niemcy i Francuzi będą zachwyceni! Bo nasi partnerzy w Europie Zachodniej od kilku dobrych lat naciskali na likwidację domniemanego dumpingu socjalnego w Europie Wschodniej. Podnosząc obciążenia socjalne i podatkowe, niwelujemy różnicę kosztów pracy w imię doganiania zachodnich pensji. Niestety nie wiąże się to ze wzrostem produktywności, która nadal w stosunku do zachodnich kryteriów pozostaje bardzo niska. Skutkiem będzie spadek konkurencyjności polskiej gospodarki.

Nie chodzi mi o to, że nie należy podnosić pensji, ale nie można tego robić z ukazu jakiegoś polityka oderwanego od procesów gospodarczych. Koszt życia w Polsce jest znacznie niższy niż w Europie Zachodniej i proporcjonalnie niższe pensje nie mogą być zestawione w proporcji jeden do jednego z wynagrodzeniem we Francji lub w Niemczech. Wynagrodzenia powinny być adekwatne do stanu rozwoju gospodarki i do wysokości kapitału firm, który w Polsce jest niski. Nadmierne przykręcenie śruby spowoduje ucieczkę w szarą strefę, a sięgnięcie do kieszeni przedsiębiorczych Polaków spowoduje podniesienie cen, bo skądś trzeba wziąć pieniądze, by zbilansować podniesienie płacy minimalnej. Odgórna decyzja nie zwiększy obrotu firm, natomiast podniesie koszty ich funkcjonowania.

Czy gniewu w Polsce - zwłaszcza wśród młodych - nie powoduje rosnąca góra śmieciówek? Według ostatnich danych GUS liczba elastycznych umów znowu wzrosła o ponad osiem proc.

Nie. Żadna praca nie jest śmieciem, a pojęcie to dewaluuje pracę, która jest w pewnym sensie przywilejem.

Słucham?

Śmieciówkami niesłusznie nazywa się wspólnie uzgodnioną optymalizację podatkową, tak by i pracodawca, i pracownik nie płacili wysokiego ZUS-u. Niech pan poczyta książkę Jakuba Sawulskiego "Pokolenie '89". Co młodzi ludzie myślą na temat ZUS-u? Oni uważają, że emerytur nie będzie. I wolą się podzielić tymi składkami z pracodawcą, wolą więcej zarobić, niż oddawać państwu. Z tymi śmieciówkami to było więcej hałasu w "Gazecie Wyborczej" i warszawskiej Charlotte niż wśród ludzi, którzy pracowali na elastycznych umowach.

Ochroniarz rekordzista pracował 450 godzin w miesiącu, spał z psem w dyżurce. Pewna pielęgniarka pracowała na trzy umowy zlecenia, żeby się utrzymać. Oboje zagłosowali na PiS.

Okej. Tylko ja przez pięć lat szefowałem firmie, która zajmowała się pracą tymczasową. I w ostatnich latach to się bardzo zmieniało, nie dzięki reformom PiS, tylko dzięki zmianom na rynku pracy. Firmy zaczęły dawać pracownikom tymczasowym takie same bonusy jak etatowcom, żeby ludzie chcieli pracować.

W 2013 roku był pan szefem rady nadzorczej agencji pracy tymczasowej Work Service, która była największa na polskim rynku. Zgadza się?

Tak.

Czy można powiedzieć, że taka firma wyznacza standardy, decyduje, jak ten rynek wygląda?

Można.

Cytat z raportu Komisji Europejskiej z 2013 roku: "Praca tymczasowa w Polsce nie jest dobrym sposobem na wejście na rynek pracy. Często nie skutkuje ona przechodzeniem do trwałego zatrudnienia, lecz staje się pułapką dla młodych". Unia policzyła, że jesteśmy rekordzistami śmieciówek w Europie. Ma pan tu jakąś refleksję?

W Polsce praca tymczasowa to półtora proc. rynku pracy. Tyle co nic. We Francji, której daleko do dzikiego kapitalizmu, ten odsetek to sześć proc. A wie pan, skąd ten raport Komisji Europejskiej? Otóż pod pojęcie pracy tymczasowej podpięto umowy na działalność gospodarczą, umowy zlecenia, umowy na czas określony.

No i słusznie, że Bruksela to liczy łącznie. W Polsce 25 proc. rynku pracy to elastyczne formy zatrudnienia, czyli umowy czasowe, umowy B2B, zlecenia.

Zgadza się. Ale co wynika z tych danych? Co to ma wspólnego z agencjami pracy tymczasowej? Nie mieszajmy ich do mechanizmów zwiększania elastyczności zatrudnienia w Polsce. Myśmy jako Work Service dostarczali siłę roboczą firmom, które nie chciały oszukiwać, nie chciały dawać "lewych" umów-zleceń, ale z powodu zmienności produkcji chciały mieć elastycznych pracowników. Z powodu nieregularnych zamówień w jednym miesiącu składają tysiąc pralek, w drugim dwa tysiące, więc raz potrzebują mniej, a raz więcej ludzi. Dlatego irytuje mnie mieszanie rzeczy, które się podobnie nazywają, a nie są podobne. Firma, której byłem szefem, podlegała pod ustawę o pracy tymczasowej, a jedyna różnica między etatem a pracą tymczasową to okres zatrudnienia i wypowiedzenia. Zgadzam się, że w Polsce elastyczne formy były nadużywane. Ale praca tymczasowa była najbardziej "cywilizowaną" formą zatrudnienia w porównaniu z innymi formami.

Strajk w Dębicy pan pamięta?

Nie.

A w Hucie Batory?

Tak.

Przesuwano pracowników na outsourcing, który właśnie wy umożliwialiście. Podobnie jak salowe w szpitalach, którym tłumaczono, że jak się je przesunie do firmy zewnętrznej, to niczego nie stracą.

Inaczej ci ludzie zostaliby zwolnieni, więc najpierw przenoszono ich do firmy zewnętrznej, a dopiero potem zwalniano. To był nieunikniony, ale bardziej stopniowy proces.

I pan w tym uczestniczył.

Nie twierdzę, że to jest dobre, ale ci ludzie przez jakiś czas jeszcze pracowali. Są to jednak zamierzchłe czasy, teraz rynek jest zupełnie inny.

A co pan sądzi o outsourcingu od strony pracowników?

Są branże, które bez tego nie mogą żyć.

Rozumiem. Ale pytam nie o to, co słyszę od 30 lat, że biznes musi tak postępować, tylko o sytuację pracowników. Czy pan jako szef Work Service zastanawiał się, że ten hutnik czy salowa po przeniesieniu na outsourcing będą mieli gorzej?

Podejdźmy do tego z innej strony. Kupuje pan coś w internecie i kurier przynosi panu paczkę do domu za zero zł. Żeby ta usługa kurierska kosztowała zero, ten kurier jest zatrudniony na śmieciówce albo kontrakcie B2B. Elastyczny system powodował, że mogliśmy utrzymywać nienormalnie niskie ceny produktów i usług. Niech pan popatrzy na dowolną usługę w Polsce, każda jest tańsza niż u naszych sąsiadów. Te 30 lat kapitalizmu to była pewna umowa społeczna: w imię niskich cen wszyscy się zgadzaliśmy, że będzie jakoś tam na tym rynku pracy, będą niskie pensje, dużo umów śmieciowych, dużo szarej strefy, ale za to tanio.

Nie wiem, czy taka była umowa. Nie wydaje mi się.

Córka kiedyś przeczytała, że jej ojciec - byłem wtedy prezesem TP SA - zwalnia ludzi. Przyszła i mnie zapytała z pretensją, dlaczego to robię. Powiedziałem: "Muszę zwalniać ludzi i ciąć koszty po to, żeby dla tych samych ludzi, których zwalniam, były tanie telefony, czego cały czas domaga się ode mnie społeczeństwo. Potem ci ludzie nie mają pracy, więc te telefony muszą być jeszcze tańsze, żeby ktokolwiek je kupił itd.".

I co ona na to?

Do dziś to cytuje.

To nie jest dobry system. Myśmy w Polsce w odróżnieniu od krajów Europy Zachodniej kupili w latach 90. kilka książek chicagowskiej szkoły ekonomicznej i zaaplikowaliśmy te pomysły jeden do jednego. Wpuściliśmy się w ultrakonkurencję i niskie ceny. A ja jako szef firmy muszę przebierać nogami, żeby te ceny zbić, więc zwalniam ludzi, oni biednieją, więc usługi w sąsiednim budynku muszą być też tanie, bo inaczej ludzi nie stać. I teraz musimy 38 mln osób przekonać, że dobre życie na czymś innym polega. Na przykład na tym, że muszą zapłacić więcej za usługi, żeby pracownicy mieli etaty, urlopy, pensję minimalną na przyzwoitym poziomie. Zamożność tania nie jest.

***

Wywiad z Maciejem Wituckim jest fragmentem książki "Rozmowy o odpowiedzialności. Gniew", którą właśnie wydała Fundacja Nienieodpowiedzialni. Są tam również wywiady innych autorów m.in. z Bogdanem de Barbaro, Adamem Bodnarem, Jerzym Bralczykiem, Jerzym Buzkiem, Moniką Sadkowską, Tomaszem Szlendakiem.

Maciej Witucki (1967) jest inżynierem, skończył wydział elektryczny Politechniki Poznańskiej, potem studiował w Ecole Centrale w Paryżu. W 2006 został prezesem Telekomunikacji Polskiej (później Orange), był też m.in. szefem Lucas Banku oraz Work Service SA. Od 2009 członek Rady Dyrektorów Atlantic Council of the United States, amerykańskiego think tanku zajmującego się polityką międzynarodową, jest też członkiem Rady Fundacji Centrum im. prof. Bronisława Geremka. Działa w organizacjach branżowych, niedawno objął stanowisko szefa PKPP Lewiatan.

Więcej o:
Komentarze (338)
Witucki jako prezes zarabiał 270 razy więcej od pracownika. ?Ten mnożnik mnie nie szokuje"
Zaloguj się
  • owrank

    Oceniono 46 razy 42

    najlepsze, ze nikt nie wie dlaczego akurat ten człowiek na tym stanowisku... ani nie był z branży telco, ani nie miał faktycznego doświadczenia w tak dużych organizacjach, prezesem bardzo małego banku była bardzo krótko. Czas pokazał, że po odejściu z Orange nic specjalnie swoim zarządzaniem nie zaprezentował :( Strategia, którą obrał czyli kręcenie filmów, kanał sportowy, sprzedaż prądu i wiele innych dziwactw, w ogóle się nie sprawdziła. Światłowodów, które są obecnie strategiczna przewagą Orange zbudował bardzo małe ilości... także tym bardziej nie wiadomo za co ta kasa...

  • vo-it

    Oceniono 39 razy 37

    Zabrakło pytania-riposty czy we Francji w której Witucki przebywał siedem lat w firmie Orange różnica w zarobkach prezesa a pracownicy jest taka sama jak w Polsce...

  • humvee

    Oceniono 34 razy 28

    Pracowałem w Orange za Wituckiego i po nim. Największy buc jakiego kiedykolwiek spotkałem, nie liczył się z nikim i z niczym a tym bardziej z pracownikami niższego stopnia. Fakt, ma głowę na karku ale słoma z butów wyłazi mu strasznie.

  • asr1

    Oceniono 27 razy 25

    No jak wieloletni pracownik TP S.A. a później Orange/emeryt Orange/ mogę Panu prezesowi odpowiedzieć !!!. Szanowny Panie, prezesem telekomu giganta zostaje się przez wiele lat pracy pracy w branży, mając wiedzę, doświadczenie i osiągnięcia!! pański awans na to stanowisko z"olaniem" setek znakomitych fachowców dużo lepiej wykształconych i doświadczonych od pana w firmie świadczy o patologii . Pan na te zarobki i stanowisko zwyczajnie nie zasługiwał to było ordynarne złamanie zasad korporacyjnych !! tak w świecie nie ma nigdzie/poza bolszewią oczywiście/ nie będę tu pisał o durnotach jakie pan wymyślał ale dam jeden przykład TP S.A. sprzedała TP Emitela - właściciela masztów nadawczych i infrastruktury przynoszącej rok do roku setki milionów złotych zysku w ramach niby skupienia się na działalności głównej/pozbyto się bardzo dochodowej i przyszłościowej części firmy/ to był mail z rana w poczcie korpo a po południu był mail, ze TP S.A. będzie sprzedawała ubezpieczenia !!! w ramach działalności telekomu ??? , usługi bankowe ??? to jest obszar telekomu ?? oczywiście g... z tego wyszło ale po wyprzedaży wszystkiego co się da i wykazywaniu z tego tytułu zysków jak rozumiem zarząd pod pańskim światłym kierownictwem dostawał premie i miał się świetnie!!. Jak widzę dalej ma pan świetne samopoczucie ?? w mojej ocenie mógłby pan buty "czyścić' setkom managerów TP S.A. których pan jak królik z kapelusza przeskoczył jak rozumiem z francuskiego nadania i o dziwo u nich takich awansów we Francji nie ma do takich stanowisk dochodzi się we Francji latami pracy na rzecz korpo i osiągnięciami. Przychodzi facet z ulicy nawet porządnego wykształcenia nie ma z branży zero doświadczenia i osiągnięć !!! i na przywitanie 3 mln rocznie zgroza !!! to dlaczego nie rzucają się na pana inne telekomy ??? a co do kondycji firmy ?? właśnie zrezygnowałem z wszystkich usług Orange bo konkurencja dała mi to samo o 30% taniej !!!

  • potworski

    Oceniono 33 razy 25

    Czekam aż Pan Prezes założy poradnikowego bloga "jak przeżyć miesiąc za 100 000 zł"

  • kamuimac

    Oceniono 35 razy 23

    rozpietośc pensji sama w sobie nie szokuje nikogo - problemem jest to że 99% "prezesów " spółek jest z nadania partyjnego . Ci ludzie nie nadaja się nawet na kasę do biedry . ale wiedzą z kim pić wódkę . i to jest ich jedyna kompetencja.

    inna sprawą jest % ich pensji jaki pózniej zasila fundusz partyjny . szkoda że tego wątku GW nie porusza. ale mogłoby to być niebezpieczne bo tak robi każda partia w PL .

    weźmy przykład takiej pixi i dixi od glapy - na papierze dostaja po 50 tys na miesiac - ale potem muszą odpalić X % dla pisu . tak żeby była kasa na utrzymanie struktur i kampanie.
    szkoda że o tym sie nie mówi .

  • dymomierz

    Oceniono 29 razy 21

    Nie wydaje mi się, czy w Szwecji taka dysproporcja była by akceptowalna.

  • lukki69

    Oceniono 22 razy 20

    Taka rozbieżność w zarobkach to objaw słabej gospodarki i nierówności społecznych. Pan prezes jest prezesem tylko przez kumoterstwo. Na jego miejsce jest kilkuset zdolniejszych tylko bez dojścia do koryta.
    Podobnie jak w polityce.

  • elazurek75

    Oceniono 19 razy 19

    U nas jest bardzo duża rozpiętość wynagrodzeń. Pomijam prezesa dużej firmy, ale na dyrektorskich dochodzi do 10krotności. Jako płacowiec w biurze rachunkowym dostawałam pliki z zagranice- tam ta różnica była 2-3 krotna.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX