Wynagrodzenia w Polsce pod presją. Epidemia bije z jednej strony, inflacja z drugiej [WYKRES DNIA]

W maju drugi miesiąc z rzędu spadły wynagrodzenia Polaków - nie tylko w ujęciu nominalnym, ale także realnym, czyli uwzględniając inflację. Po ponad siedmiu latach znów pensje Polaków rosną wolniej niż ceny. Spada też przeciętne zatrudnienie w gospodarce, chociaż w dużej mierze to nie efekt zwolnień, ale obniżek wymiaru czasu pracy czy opieki nad dziećmi.

Jak wynika z opublikowanych w czwartek przez Główny Urząd Statystyczny danych, w maju przeciętne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw wyniosło 5119,94 zł. Tu ważna uwaga - sektor przedsiębiorstw w tej statystyce GUS to firmy zatrudniające przynajmniej 10 osób. Zatem wynagrodzenia w mniejszych firmach nie są uwzględniane w tych danych. Niemniej i tak są ważnym papierkiem lakmusowym tego, co dzieje się na rynku pracy w Polsce.

A dzieje się wiele, oczywiście za sprawą epidemii koronawirusa i wywołanego przez niego kryzysu. W stosunku do kwietnia przeciętne wynagrodzenie spadło o 3,1 proc., w porównaniu z marcem (gdy sięgało 5489 zł) o 6,7 proc. Rok do roku, tj. w porównaniu z majem 2019 r., wzrost przeciętnego wynagrodzenia wynosi raptem 1,2 proc. Gorsze tempo wzrostu płac rok do roku ostatnio odnotowano w styczniu 2013 r.

Ale nie tylko spadające wynagrodzenia nominalnie mogą Polaków martwić. Niestety, w ostatnich miesiącach mocno idą one w dół także w ujęciu realnym, czyli w zderzeniu z inflacją. Z pewnością niższe pensje bolałyby mniej, gdyby w ślad za nimi spadały ceny. Niestety, jest inaczej. W kwietniu po raz pierwszy od ponad siedmiu lat mieliśmy w Polsce sytuację, w której przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw rok do roku wzrosło o mniej niż ceny produktów i usług konsumpcyjnych. W maju niestety ta różnica tylko się powiększyła. Inflacja według GUS wyniosła wówczas 2,9 proc. Wynagrodzenia, jak już wspomnieliśmy, tylko o 1,2 proc. W ujęciu realnym Polacy stracili ok. 1,6 proc. swoich pensji.

embed

Niestety, prawdopodobnie z taką sytuacją należy się oswoić na dłużej. Jeśli GUS zaraportuje za miesiąc, że średnie wynagrodzenie w czerwcu wyniosło mniej niż 5104,46 zł, będzie to oznaczać, że rok do roku nastąpił w Polsce spadek średniej pensji w ujęciu nominalnym. Ale prędzej czy później i tak zapewne do tego dojdzie. Ekonomiści Credit Agricole prognozują, że w trzecim kwartale (i w kolejnych), wraz z powrotem pracowników z tzw. postojowego i normalizacją sytuacji na rynku pracy, dynamika wynagrodzeń będzie kształtować się w "bardzo łagodnym trendzie wzrostowym". Nie wiadomo, czy np. na przełomie 2020 i 2021 r. dojdzie do poziomów 5,2-5,3 tys. zł, tj. notowanych rok wcześniej.

Jeśli nie, zobaczymy nominalny spadek przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce. Tym samym spadać będą też pensje w ujęciu realnym, bo inflacja w opinii wielu ekonomistów - choć raczej nie powinna w najbliższych miesiącach "wyskakiwać" - to ma utrzymywać się w okolicach celu NBP, czyli 2,5 proc. albo nie bardzo znacząco poniżej niego. 

Wynagrodzenia w Polsce spadają oczywiście m.in. po to, aby firmy mogły utrzymywać zatrudnienie i "załapać się" na dopłaty z budżetu państwa do pensji pracowników. W tym celu muszą jednak obniżyć pensje o 20 proc. Alternatywą w wielu przypadkach byłyby zapewne zwolnienia. W danych GUS zobaczylibyśmy więc być może niższe spadki wynagrodzeń w gospodarce, za to wyższe odczyty stopy bezrobocia. Dodatkowo, jak sugeruje GUS, na spadek przeciętnych wynagrodzeń wpływa także rezygnacja części firm z wypłaty premii czy nagród.

W swojej analizie ekonomiści PKO BP przewidują, że przestój ekonomiczny (czyli zmniejszenie wymiaru czasu pracy i wynagrodzenia w ramach Tarczy Antykryzysowej) obniża roczną dynamikę płac o około 2 punkty procentowe. Gdyby te szacunki były prawdziwe, oznaczałoby to, że - hipotetycznie - bez tego efektu wzrost wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw rok do roku wyniósłby nie 1,2 proc., a 3,2 proc. 

Spada przeciętne zatrudnienie

Jednocześnie mocno spada w Polsce przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw. W maju br. wyniosło ok. 6,172 mln, co oznacza spadek aż o 272 tys. w porównaniu z danymi na koniec lutego, czyli na początku epidemii. Tutaj jednak ważna uwaga - nie oznacza to, że aż 272 tys. zł osób z sektora przedsiębiorstw straciło pracę (chociaż GUS nie owija w bawełnę, że bywało, iż były rozwiązywane umowy o pracę albo nieprzedłużane były umowy terminowe). 

W danych o przeciętnym zatrudnieniu uwzględniany jest także efekt pobierania przez pracowników zasiłków opiekuńczych czy chorobowych albo przebywania na urlopach bezpłatnych. Dodatkowo część osób ma obniżony wymiar czasu pracy (i wynagrodzenia), aby uniknęły zwolnienia (i aby pracodawca otrzymał dla nich dopłaty do wynagrodzeń). Tymczasem przeciętne zatrudnienie w GUS jest przeliczane nie na osoby, ale na etaty. Choć wciąż jakaś osoba jest więc zatrudniona, w GUS-owskich danych o przeciętnym zatrudnieniu w gospodarce odpada za nią część etatu.

Niemniej w maju przeciętne zatrudnienie spadło o 85 tys. w porównaniu z kwietniem. Może być to więc sygnał, że sytuacja na rynku pracy w maju wciąż się pogarszała (były rozwiązywane kolejne umowy, kolejnym osobom były obcinane etaty itd.). 

Za jaką część ze spadku przeciętnego zatrudnienia przez trzy miesiące odpowiadało wypowiadanie albo nieprzedłużanie umów, a za jaką np. cięcia etatów? W opinii ekonomistów PKO Banku Polskiego, dane o zatrudnieniu "pozostają pod silnym wpływem mechanizmów Tarczy Antykryzysowej", czyli skróconego wymiaru czasu pracy czy wypłaty zasiłków opiekuńczych na dzieci do ośmiu lat.

Szacujemy, że w maju odpowiadały one za ponad połowę ze spadku liczby etatów, a łącznie od wystąpienia kryzysu za ubytek około 160 tys. etatów

- czytamy w ich analizie. To z jednej strony dobra wiadomość - 160 z 272 tys. etatów, które ubyły ze statystyk GUS o przeciętnym wynagrodzeniu, nie oznacza utraty pracy. Gorsza - że ponad 100 tys. etatów to po prostu zwolnienia.

Według danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, na koniec maja stopa bezrobocia rejestrowanego w Polsce wyniosła 6 proc. Liczba osób zarejestrowanych bez pracy wzrosła w maju do ok. 1 mln 11 tys. To o blisko 46 tys. więcej niż na koniec kwietnia. Od początku epidemii liczba osób bez pracy wzrosła o ok. 94,5 tys. Warto natomiast pamiętać, że są to dane na podstawie zgłoszeń do urzędów pracy. Część osób, które tracą pracę, nie rejestruje się tam. Wzrosty w statystykach bezrobocia w kolejnych miesiącach możemy zobaczyć także z tego powodu, że dziś jeszcze część osób zwalnianych może być na okresie wypowiedzenia.