Ekspert: W Polsce nie ma obowiązku informowania ludzi, że byli inwigilowani

Robert Kędzierski
Białorusini odcięci od sieci i prześladowani przez władze zeszli do internetowego podziemia. Informacjami o sytuacji w kraju wymieniają się za pośrednictwem szyfrowanych komunikatorów. Wojciech Klicki, prawnik i aktywista związany z "Fundacją Panoptykon", w rozmowie z Gazeta.pl wyjaśnia, w jaki sposób obywateli inwigilować mogą polskie służby.

W wyborach prezydenckich na Białorusi, według oficjalnych danych, zwyciężył Alaksandr Łukaszenka, zdobywając rzekomo 79,7 proc. głosów. Jego główna rywalka Swiatłana Cichanouska miała otrzymać 6,8 proc. głosów. Opozycyjni kandydaci wyników nie uznają - w kraju trwają protesty brutalnie tłumione przez OMON. Białorusini mają problemy z dostępem do sieci, dla wielu jedyną bezpieczną formą komunikacji jest korzystanie z aplikacji takich jak Telegram, które szyfrują komunikację. Odczytać może ją tylko nadawca lub odbiorca wiadomości - w odróżnieniu od komunikacji nieszyfrowanej, którą służby każdego kraju mogą w każdej chwili prześledzić bez większego wysiłku.

Wojciech Klicki, prawnik i aktywista związany z Fundacją Panoptykon odniósł się do ostatnich wydarzeń na Białorusi. Wyjaśnił powody, którymi kierują się mieszkańcy kraju, sięgając po szyfrowane komunikatory. Porównał też kwestie działalności służb w Polsce i na Białorusi.

Robert Kędzierski, next.gazeta.pl: Dlaczego Białorusini muszą sięgać po komunikatory umożliwiające szyfrowaną komunikację?

Wojciech Klicki: Kilka lat temu, w czasie Arabskiej Wiosny, mogliśmy przekonać się, jak ważny dla organizowania się ludzi jest Internet. Władza autorytarna, w obawie przed protestami, ogranicza dostęp do tej przestrzeni wolności. Przyzwyczailiśmy się, że na co dzień komunikujemy się online, a kanały komunikacji poza siecią, które kiedyś były naturalne, odchodzą do lamusa. Tymczasem dla zwykłej wprawy warto czasem komunikować się offline – inaczej nie poradzimy sobie nie tylko, gdy autorytarny rząd odetnie dostęp, ale nawet w obliczu zwykłej awarii prądu.

Czytaj też: Dawne "500 dolarów dla każdego" to dziś temat memów. Manewr podatkowy Rosji uderza w Białoruś

Czy korzystanie z takich aplikacji gwarantuje pełną anonimowość?

Szyfrowanie pozwala schować komunikację w bezpiecznym tunelu, do którego służby nie mogą zajrzeć. Niestety mają już do swojej dyspozycji narzędzia, które pozwalają przejąć kontrolę nad zakończeniem takiego tunelu, czyli telefonem (do tego służy np. oprogramowanie Pegasus). Inna sprawa, że sam Telegram wykorzystuje nie do końca zaufany protokół szyfrowania, dlatego my w jego miejsce rekomendujemy komunikator Signal.

Skoro zatem istnieją narzędzia takie jak Pegasus, czy jest sens ukrywać komunikację?

W wyścigu technologicznym z aparatem państwa obywatel jest na przegranej pozycji. Zachęcamy do szyfrowania komunikacji, np. za pomocą wspomnianego komunikatora Signal, ale jeśli służby przejmą kontrolę nad telefonem, co jest możliwe przy użyciu oprogramowania Pegasus, i tak odczytają komunikację.

Czy tego typu inwigilacja zdarza się też w Polsce? Oczywiście porównywanie sytuacji w naszym kraju z sytuacją na Białorusi jest zupełnie nieuprawnione. Ale i w Polsce działa opozycja, ludzie niewygodni władzy. Mają powody, by obawiać się np. śledzenia korespondencji?

Docierają do nas też informacje o działaniach policji i służb, skierowanych przeciwko niewygodnym grupom, np. organizacjom ekologicznym czy tzw. opozycji ulicznej. Częste wizyty policji pod domem czy biurem, zaskakujące zbiegi okoliczności - policja wie, gdzie znajduje się wytypowana osoba lub dokąd jedzie grupa aktywistów - to nie są bajki o żelaznym wilku. Aktywistom naprawdę zdarza się znajdować nadajniki GPS pod samochodami.

To zapewne jednak jakiś margines, nie można chyba mówić o powszechnej inwigilacji?

Wiele osób myśli, że ich działania policji czy innych służb nie dotyczą. Wydarzenia ostatnich dni powinny wszystkim dać do myślenia. Uczestnictwo w proteście, a nawet osobiste związki z niewygodnymi aktywistami mogą na każdego ściągnąć uwagę służb. I nawet się o tym nie dowie, bo w Polsce nie ma obowiązku informowania ludzi, że byli inwigilowani.

Mówi pan tak, jakby ci, którzy są władzy przeciwni, mieli powody do obaw o prywatność.

Polskie służby mają szerokie kompetencje, które pozwalają im w niemal nieograniczonym stopniu weryfikować aktywność każdej i każdego z nas. Zakładają podsłuchy przy jedynie iluzorycznej kontroli sądu, a dostęp do danych telekomunikacyjnych pozwala im odtworzyć zwyczaje i sieć społeczną każdego obywatela i każdej obywatelki. Można im to nieco utrudnić, korzystając z szyfrowanych kanałów komunikacji, jak np. robi to białoruska opozycja, korzystająca z komunikatora Telegram.

Czy zaleca pan korzystanie z szyfrowanych komunikatorów?

Możemy próbować chronić się na własną rękę, szyfrując komunikację online, a wrażliwe informacje przekazywać, nie zostawiając cyfrowych śladów. Ale kluczowe są rozwiązania systemowe. W Fundacji Panoptykon od lat powtarzamy dwa postulaty: większa kontrola nad działaniami służb i informowanie ludzi – po zakończeniu inwigilacji – że byli przedmiotem zainteresowania służb. Ale każdej władzy to nie na rękę i w efekcie mamy coraz szersze uprawnienia służb przy coraz mniejszych gwarancjach poszanowania praw jednostki.

Nie musimy się jednak chyba obawiać cenzury internetu?

W Polsce dostęp do sieci może ograniczać też Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, która na mocy ustawy antyterrorystycznej z 2016 r. może zażądać od operatorów telekomunikacyjnych zdjęcia konkretnych stron, które zdaniem Szefa ABW promują terroryzm. W Polsce jest też działająca infrastruktura filtrująca ruch internetowy, stworzona wprawdzie na potrzeby walki z nielegalnym hazardem, ale nie ma technicznych przeszkód, żeby wykorzystać ją do filtrowania także innych treści. Przed czym zresztą Panoptykon przestrzegał, gdy wprowadzano ustawę hazardową.