Ministerstwo Obrony Narodowej przygotowało nowe rozporządzenie ws. ewidencji wojskowej świadczeń na rzecz obrony. W projekcie wymieniono rzeczy ruchome i nieruchomości, które wojsko będzie mogło zająć w czasie wojny lub kryzysu. Dotychczasową listę, na której znajdowały się m.in. samochody osobowe, budynki wraz z mediami czy agregaty prądotwórcze, poszerzono o motocykle oraz łącza internetowe. Generał Roman Polko oraz były szef MON Tomasz Siemoniak skomentowali nowe przepisy w rozmowie z "Faktem".
Roman Polko zauważył, że wprowadzanie przepisów określających szczegółowy sposób postępowania w czasie wojny to rozwiązanie stosowane w wielu państwach. - To są takie uregulowania systemowe, które u nas tak sobie wyglądają, gdy tymczasem w wielu krajach zachodnich jest to tak systemowo poukładane, że nawet jak przyjeżdżali do nas biznesmeni, to byli zdziwieni, że nikt im nie przedstawił na przykład oczekiwań na wypadek stanu wojny czy kryzysu - powiedział gen. Polko.
Były dowódca GROM stwierdził, że choć wojsko powinno prowadzić ewidencję przedmiotów potrzebnych na czas wojny, konieczność realizowania takich zadań musi być przedstawiana obywatelom inaczej niż dotychczas. - Bardzo często w wielu sprawach jest tak, że ktoś proceduje nad jakimś dokumentem, wyciekają jakieś informacje, wszyscy są przerażeni, o co tu chodzi. Armia ma duży problem z takim jasnym, prostym komunikowaniem, po co, w jakim celu. Pewnie spotkałoby się to z o wiele większym zrozumieniem, gdyby nie robiono tego znienacka, ale w jakiś transparentny sposób - zauważył Roman Polko.
Tomasz Siemoniak również podkreślił, że przepisy dotyczące ewidencji wojskowej świadczeń na rzecz obrony mają duże znaczenie dla potencjału obronnego Polski. - Tego rodzaju przepisy były od zawsze. Oczywiście państwo ma ewidencję wszystkich pojazdów, natomiast wojsko zawsze miało własną ewidencję tego, co się może przydać. Bo przecież wojsko porsche nie potrzebuje, ale ciężarówki, autobusu i owszem - stwierdził Siemoniak.
Były szef MON dodał, że polskie siły zbrojne wyciągnęły ważne wnioski, śledząc wojnę w Ukrainie. - Jeśli są w spisie agregaty prądotwórcze, to sądzę, że jest to doświadczenie z Ukrainy. Bo sądzę, że nie ma żadnej państwowej ewidencji takiego sprzętu. Wygląda to na dostosowanie przepisów do postępu technologicznego. To są ewidencje na czas "W" i to jest oczywiste, że w warunkach wojny wojsko, broniąc ojczyzny, korzysta ze wszystkiego, co się da. A żeby efektywniej korzystać, przedmioty muszą być gdzieś zewidencjonowane - powiedział Tomasz Siemoniak.