Niespodziewany efekt wojny cenowej Biedronki i Lidla. GUS może mieć kłopot

Eksperci z mBanku nie mają wątpliwości: wojna cenowa pomiędzy Biedronką i Lidlem to już fakt. "Jakiś efekt cenowy będzie i pewnie pogłębi dołek inflacyjny" - czytamy. Jak do sprawy może podejść Główny Urząd Statystyczny?
Lidl, Biedronka
Fot. Wojtek Habdas / Agencja Wyborcza.pl Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Wyborcza.pl

Analitycy z mBanku zastanawiają się, jak w obliczu ewidentnej wojny cenowej pomiędzy dwoma dużymi markami, zachowa się Główny Urząd Statystyczny, który m.in. porównuje i zbiera dane o cenach produktów i usług. Są one m.in. zbierane przez ankieterów. Nawet jeśli ankieter na promocję trafi, pozostaje pytanie: jak długo w ogóle taka cena obowiązuje. Dlaczego to takie ważne? Otóż pamiętajmy, że wskaźniki CPI są podstawą do waloryzacji o tzw. koszty życia - przypominają specjaliści z mBanku, którzy w tym przypadku obawiają się, że "rzeczywistość zostanie pokolorowana na różowo". 

Zobacz wideo W Lidlu za te produkty zapłaciliśmy 42 zł. Czy w Biedronce zapłaciliśmy mniej?

"Słodka tajemnica Głównego Urzędu Statystycznego"

Eksperci podkreślają, że istnieją jeszcze dane skanowane. "Dane skanowane mają to do siebie, że pozwalałyby idealnie uśrednić po miesiącu wspomniane promocje z uwagi na dużo wyższą częstotliwość zbioru cen z paragonów. Tyle tylko, że dostawcą danych musiałyby być sieci, które biorą udział w bezpośrednim starciu. A tego nie wiemy i pozostaje to słodką tajemnicą GUS" - czytamy.

Jak ta trwająca wojna cenowa pomiędzy Biedronką a Lidlem może się zakończyć? Eksperci przypominają, że głównym celem drastycznych obniżek cen jest przede wszystkim przyciągnięcie klientów i zwiększenie sprzedaży innych towarów oraz walka z konkurencją i zdobycie rynku. Jedno jest jednak pewne: nie może to trwać w nieskończoność. "Albo zdobywa się rynek i jednak ponownie podnosi ceny, albo walkę się przegrywa, gdy mocny przeciwnik podejmie rękawicę i również zacznie obniżać ceny. Tak czy inaczej, jest to zwykle fenomen przejściowy. Jak długo potrwa - nie wiemy. W tym szczególnym przypadku mamy do czynienia z potężnymi obniżkami, więc pozostaje wątpliwe, iż będą się mogły utrzymywać długo" - uważają eksperci.

Walka cenowa = zwiększenie popytu

Dodają przy tym, iż bez względu na to jak to uwzględni GUS, obniżki cen w dużych sieciach muszą znaleźć się we wskaźniku CPI, czyli podstawowym mierniku inflacji, określającym wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych najczęściej kupowanych przez gospodarstwa domowe. "Bezpośrednią implikacją walki cenowej i promocji będzie zwiększenie popytu. Odróżniajmy tu rzeczywistość statystyczną od rzeczywistości. GUS uwzględni albo nie uwzględni, ale konsument ewidentnie będzie miał szansę zaoszczędzić na części koszyka" - uważają specjaliści z mBanku. Ich zdaniem nastroje są niezłe, zatem konsument "raczej wyda te środki na coś innego".

"Nawet jeśli inflacja mocniej nie spadnie (widzimy na razie minimum dokładnie w celu NBP 2,5 proc. w marcu), realna konsumpcja zyska. A jeśli spadnie, to wątpliwości nie będzie. Każdy przeliczy sobie wyższe dynamiki realnych dochodów i wyjdzie, że konsumpcja będzie musiała rosnąć" - piszą eksperci i dodają, że nie widzą na razie powodu, "aby zmniejszać stromiznę ścieżki inflacyjnej na ten rok". 

Przypomnijmy, że wojna pomiędzy Biedronką a Lidlem zaczęła się od tego, że sieć należąca do Jeronimo Martins zaczęła wysyłać do klientów SMS-y z informacją, że ma produkty tańsze niż jej rywal. Z początkiem roku Biedronka obniżyła ceny regularne swoich 60 produktów, na co Lidl odpowiedział obniżką 300 produktów. Biedronka to jednak przebiła, obniżając w sumie ceny 360 produktów, a w tej chwili do akcji wkracza już sądowy komornik.

Więcej o: