Kandydat Donalda Trumpa na wiceprezydenta, senator J.D. Vance, w środę 17 lipca wieczorem przedstawił się narodowi jako syn zaniedbanego miasta przemysłowego w Ohio, który będzie walczył o prawa klasy robotniczej - podkreśla agencja Reutera. Przekonywał, że amerykańska klasa polityczna powinna zadbać o zwykłych ludzi i postawić interesy USA na pierwszym miejscu.
Przemawiając do tysięcy delegatów i gości konwencji republikanów, J.D. Vance przypomniał historię swojego życia, którą opisał w książce "Elegia dla bidoków". - Dorastałem w Middletown w Ohio, małym miasteczku, gdzie mieszkańcy mówili, co myślą, pracowali fizycznie i kochali Boga oraz ojczyznę z całego serca - mówił Vance, który podczas konwencji w Milawukee oficjalnie przyjął nominację Partii Republikańskiej na wiceprezydenta.
- Ale było to również miejsce odrzucone i zapomniane przez amerykańską klasę rządzącą w Waszyngtonie - dodał. J.D. Vance oskarżył "zawodowych polityków", takich jak Joe Biden, o niszczenie społeczności podobnych do tej, w której dorastał, poprzez nieudaną politykę gospodarczą i "zagraniczne wojny". Przy okazji kandydat na wiceprezydenta USA podkreślił, że Joe Biden jest w polityce dłużej, niż on sam żyje.
- Wizja prezydenta Trumpa jest prosta, a jednocześnie potężna. Koniec, panie i panowie, z zaspokajaniem potrzeb Wall Street. Zaangażujemy się w człowieka pracy - powiedział J.D. Vance, zwracając się do klasy robotniczej i średniej w Michigan, Pensylwanii i Wisconsin - trzech kluczowych stanów Rust Belt, czyli "pasa rdzy", które prawdopodobnie zadecydują o wyniku wyborów w USA 5 listopada - podkreśla agencja Reutera.
Wystąpienie J.D. Vance'a trwało czterdzieści minut. W ogóle nie wspomniał o Ukrainie, w kilku zdaniach wspomniał o polityce zagranicznej. Miał przy tym przesłanie dla sojuszników m.in. z NATO. - Razem zapewnimy, że nasi sojusznicy poniosą sprawiedliwe koszty utrzymania pokoju na świecie. Koniec z jazdą na gapę dla krajów, które nadużyły hojności amerykańskich podatników - ostrzegł Vance, który ostro krytykował wcześniej amerykańską pomoc dla Ukrainy.
- Wydaliśmy 200 miliardów dolarów. Jaki jest cel? Co chcemy osiągnąć? Czy istnieje ryzyko eskalacji do wojny jądrowej? Bo istnieje, jeśli mamy głupców prowadzących politykę zagraniczną - mówił swego czasu na antenie Fox News. Podkreślał przy tym, że to Zachód sprowokował Moskwę do napaści na Kijów, a gdy Donald Trump wygra wybory, to doprowadzi wojnę do szybkiego końca.