Ponad trzydzieści procent głosów zdobyła skrajna prawica w Saksonii i Turyngii - tak wynika z pierwszych sondażowych wyników podanych po zamknięciu lokali wyborczych w dwóch wschodnich landach Niemiec. Zwycięstwo Alternatywy dla Niemiec, bo o tej partii mowa, przez przedsiębiorców uznawane jest za zbliżającą się "katastrofę gospodarczą".
O "katastrofie" pisała Marie-Christine Ostermann, prezes Niemieckiego Stowarzyszenia Przedsiębiorstw Rodzinnych, w artykule opublikowanym w czwartkowym wydaniu gazety "Handelsblatt". Przedsiębiorcy bardzo zaangażowali się w kampanię w ostatnich tygodniach. Nie namawiali jednak do głosowania na konkretną partię, odradzali tylko głosowanie na AfD.
Niemieccy nacjonaliści są bowiem zwolennikami antyimigranckiej polityki. Wykorzystywali w swojej kampanii m.in. atak terrorystyczny w mieście Solingen, w którym mężczyzna z Syrii śmiertelnie dźgnął nożem trzy osoby i zranił osiem innych. Wykorzystywano tę sytuację, aby przekonywać, że niekontrolowana imigracja doprowadziła do wzrostu przestępczości na ulicach Niemiec. Politycy tej partii domagają się deportacji osób ubiegających się o azyl, które dopuściły się przestępstw.
Właśnie to antyimigranckie nastawienie jest nie do zaakceptowania przez biznes. Marie-Christine Ostermann wymienia w rzeczonym artykule, że ze względu na negatywne trendy demograficzne Turyngia ma stracić 385 000 tys. ze swojej 1-milionowej siły roboczej w ciągu następnych 10 lat. Istnieje zagrożenie, że jedno na cztery stanowiska nie będzie już możliwe do obsadzenia. Podobna sytuacja jest zresztą w Saksonii.
"Bez kontrolowanej imigracji... Turyngia i Saksonia wkrótce mogą wyłączyć światło" - pisze w "Handelsblatt" Ostermann. "Bez imigrantów domy opieki, szpitale i restauracje będą musiały ograniczyć swoją działalność jeszcze bardziej, niż robią to obecnie" - czytamy dalej.
Przedsiębiorcy ruszyli z uświadamiającą społeczeństwo akcją - "Made in Germany, made by Vielfalt (różnorodność)". "'Made in Germany' to nasz znak jakości w międzynarodowej konkurencji. To podstawa dobrobytu naszego kraju. I stworzyliśmy to wspólnie - wszyscy ludzie, którzy pracują w naszych firmach, niezależnie od ich pochodzenia. Wiemy, że to właśnie ta różnorodność decyduje o sukcesie gospodarczym niemieckich firm rodzinnych" - czytamy na stronie tej firmy.
W akcje zaangażowały się naprawdę znane marki. Do inicjatywy dołączyły m.in. Bauer, Drager, Fischer, Horsh, Kirchhoff, Krone, Rossmann, Stihl oraz Stolting. W akcję protestacyjną zaangażowała się również sieć sklepów Edeka. Marka prowadziła kampanię: "Dlaczego kolor niebieski nie jest opcją w Edece?", w której padały takie hasła jak "na dziale owocowo-warzywnym panuje kolorowa różnorodność". Sieć chciała w ten sposób wyraźnie zaznaczyć swoje przywiązanie do innych od przyjęte przez AfD wartości.
Zrobiła to zresztą nie po raz pierwszy. Sześć lat temu opublikowała film, w którym zwraca się do swoich klientów: "Wyobraźcie sobie supermarket, który sprzedaje wyłącznie produkty niemieckie". Na nagraniu ukazano zdumionych konsumentów spacerujących po prawie pustych półkach supermarketu. Edeka skomentowała wideo słowami: "Kochamy różnorodność i sprzeciwiamy się prawicy". Przy okazji tych wyborów film przeżywał w niemieckich mediach drugą młodość.
Z zaangażowania niemieckich przedsiębiorców zakpił zaraz po wyborach lider AfD Björn Höcke. - Mam nadzieję, że te firmy napotkają bardzo, bardzo poważne trudności ekonomiczne - mówił, cytowany przez "Financial Times". Po czym opowiedział, że niedawno kupił piłę łańcuchową wyprodukowaną przez firmę Stihl, ale nie zrobiłby tego ponownie.