Wszyscy wiedzą, co zrobić, ale nikt nie chce. Chiny nie mogą się odbić gospodarczo. O co chodzi?

Maria Mazurek
Chiny nie mogą się gospodarczo odbić, tempo wzrostu hamuje. Jest na to sposób, tyle że władza wcale nie chce go wykorzystać. Xi Jinping już dawno temu zrozumiał, że zmiana oznaczałaby dla niego poważne kłopoty. Co się dzieje w drugiej co do wielkości gospodarce świata?
Prezydent Chin, Xi Jinping.
Fot. REUTERS/Florence Lo

Maria Mazurek, Next.gazeta.pl: We wtorek, po tygodniowej przerwie w Chinach spowodowanej świąteczną przerwą, tzw. złotym tygodniem, na konferencji prasowej wyszedł przewodniczący chińskiej Narodowej Komisji Rozwoju i Reform Zheng Shanjie i wygłosił słowa, które nie wywołały wielkiego entuzjazmu. Usłyszeliśmy, że Chiny są "w pełni przekonane", że uda się osiągnąć roczny cel rozwoju gospodarczego, czyli wzrostu PKB około pięciu proc. Jednocześnie podkreślił jednak, że przed krajem stoi sporo wyzwań. Taki ogólny, mało konkretny komunikat rozczarował. Dlaczego więc Chiny zdecydowały się go wypuścić?

Dr Michał Bogusz, analityk Ośrodka Studiów Wschodnich*: Bo nic więcej nie mają do położenia na stole. Większego pakietu stymulującego nie będzie, bo nie ma go jak wykreować. Po drugie, decydenci najwyraźniej przestraszyli się owczego pędu na giełdach, tego że napompowany balon może pęknąć i się rozlać. Tak się pewnie nie stanie, nic się tutaj nie rozleje, ale oczekiwania były rzeczywiście ogromnie rozdęte, więc przestraszyć się można było.

Zobacz wideo Marcin Przychodniak: Nawet wysokie cła na chińskie pojazdy nie zmniejszą ich konkurencyjności

Chińskie władze długo nie robiły nic, by podnieść gospodarkę, wytworzyło się więc oczekiwanie, że w końcu będą zmuszone do podjęcia radykalnych działań. To miał być ten moment, ale partia nie jest gotowa do podjęcia takich radykalnych działań, powtórzyli więc w zasadzie tylko tyle, że coś będą starali się robić. Takie ogólniki musiały rozczarować. Zresztą ci, którzy wystąpili na konferencji, są zbyt nisko w hierarchii, by mogli zaoferować coś konkretnego. Cały entuzjazm giełdowy, który zbierał się w Chinach przez ponad tydzień - kompletnie zresztą dla mnie niezrozumiały - wyczerpie się w ciągu paru najbliższych dni, góra tygodni.

Jak ocenia pan ogłoszony przed tygodniem program stymulowania gospodarki? Czy to realny plan, który ma szansę wspomóc odbicie, także na poziomie konsumpcji, czego chyba Chińczycy chcieliby najbardziej?

Niektórzy komentatorzy zachodni uważają, że Pekin dąży do zwiększenia popytu i konsumpcji wewnętrznej. Ja takiego przekonania nie podzielam, tak naprawdę od początku swojego istnienia Chińska Republika Ludowa prowadzi wyłącznie politykę podażową. Nie stymuluje popytu, nie wiem nawet zresztą, czy Pekin by to potrafił i wiedział, jak taką politykę prowadzić. Widać wciąż obsesję na punkcie stymulowania podaży, zarówno u Xi Jinpinga, jak i w szeroko rozumianym obozie władzy.

Żeby zwiększyć popyt, trzeba by dać chińskim rodzinom większy udział w konsumpcji PKB. Jest on teraz bardzo niski, nawet jak na poziom państwa rozwijającego się, a co dopiero takiego, które ma aspiracje do dogonienia państw rozwiniętych. Ten udział się nie zwiększy, bo nie ma w Chinach de facto działającego systemu zabezpieczeń społecznych. Poziom usług społecznych jest tak niski, że wymusza na rodzinach dużą stopę oszczędności. Chińczycy muszą oszczędzać na starość, bo emerytura będzie bardzo niska, na chorobę, bo ubezpieczenie pokrywa tylko bardzo podstawowe usługi, na edukację dzieci, która tylko teoretycznie jest darmowa, a potem na pomoc dzieciom w starcie w dorosłe życie.

Na marginesie, warto pamiętać, że Chiny są bardzo zróżnicowane wewnętrznie. Sytuacja ekonomiczna mieszkańców na przykład Szanghaju jest drastycznie różna od tej z mniejszych miast. Szanghaj, Pekin, Kanton - to są ekonomiczne wyspy, ośrodki pierwszego rzędu. Większość Chińczyków mieszka w ośrodkach miejskich trzeciego i czwartego rzędu, gdzie dochody są relatywnie niskie w stosunku do wydatków.

Przyznam, że zaskoczył mnie pan trochę tym, że Chinom nie za bardzo zależy na pobudzeniu popytu wewnętrznego, bo miałam wrażenie, że właśnie to chcą robić. Zbudować sobie drugą mocną nogę gospodarczą, obok tej przemysłowej i eksportowej. Szczególnie że sytuacja na świecie się zmienia, wraca protekcjonizm, nie słabną (a nawet rosną) napięcia w handlu międzynarodowym, globalizacja nieco się cofa. Nie o tym władze Chin mówią?

To jest tylko takie gadanie. Zresztą, nawet jak się posłucha Xi Jinpinga, to on nie mówi wprost, że trzeba zwiększyć konsumpcję wewnętrzną. On mówi: zwiększmy popyt wewnętrzny, ale zaraz dodaje, że chodzi o wymienianie parku maszynowego, wspomaganie wymiany floty handlowej i tak dalej - chodzi o kreowanie popytu przedsiębiorstw, a nie ludności.

No to jak Chiny chcą się gospodarczo odbić, skoro ciągle stawiają na te same sposoby, a otoczenie się zmieniło?

Moim zdaniem nie mają pomysłu na to odbicie. Większość ekonomistów i ludzi aparatu władzy zdaje sobie sprawę z tego, co trzeba by zrobić: pobudzić popyt konsumpcyjny wśród ludności, zaprzestać transferów od ludności do sektora przemysłowego. Czyli odwrócić całkowicie logikę funkcjonowania gospodarki ChRL. Od lat 80. XX gospodarka Chin opiera się na dość prostym mechanizmie: wymusza się odpowiednią polityką społeczną (a w zasadzie brakiem odpowiedniej polityki społecznej) wysoką stopę oszczędności wśród ludzi, którzy deponują te środki. Czy bezpośrednio w bankach, czy inwestycjami na giełdach, czy też poprzez instytucje tzw. shadow banking, w Chinach bardzo rozwiniętego. Ten kapitał państwo przejmuje i przekierowuje na inwestycje, na przykład infrastrukturalne, a także pośrednio poprzez udzielanie kredytów deweloperom na rozwój rynku nieruchomości.

Tyle że ten rynek już od lat jest w poważnych kłopotach. Wielcy deweloperzy upadają, trzeba ich w części ratować, problem mają też w związku z tym samorządy.

Kłopoty biorą się z tego, że jest to rynek przegrzany. W Chinach wybudowano już według szacunków powierzchnię mieszkalną wystarczającą do pomieszczenia około dwóch miliardów ludzi - to 600 milionów więcej, niż liczy populacja kraju. Wiele tych mieszkań stoi pustych, powstawały jako inwestycyjne i w tym celu były kupowane.

Powtórzę, mechanizm jest taki: państwo wymusza na ludziach wysoką stopę oszczędności. Dzięki temu przechwytuje kapitał, który jest przekierowywany, w ten czy inny sposób, na inwestycje. Ten mechanizm się wyczerpał, z różnych powodów: demografii, sytuacji międzynarodowej, a także awansu gospodarczego Chin. Ten model rozwoju miał sens, kiedy Chiny startowały z niskiego poziomu i zaczynały się piąć w górę łańcuchów dostaw. Po osiągnięciu pewnego poziomu rozwoju nie spełnia już swojej funkcji.

Dlaczego zatem Chiny nie działają w kierunku zmiany tego modelu?

Bo trzeba by postawić na konsumpcję wewnętrzną, a problem polega na tym, i to jest problem przede wszystkim polityczny, że Pekin kontroluje prowincje dzięki kontrolowaniu przepływu kapitału od ludności do elit. Podobnie lokalne struktury partyjne kontrolują lokalne elity gospodarcze. Władza Komunistycznej Partii Chin jest oparta na dwóch nogach. Jedna to aparat przymusu, a druga - kontrola przepływu kapitału.

Gdyby to odwrócono, zostawiono kapitał w rękach ludzi i zaczęłyby działać mechanizmy rynkowe, to nagle by się okazało, że partia jest w stanie kontrolować Chiny tylko za pomocą środków przemocy. To za mało na tak duże państwo. Moim zdaniem to jest istota problemu. Wszyscy widzą, co trzeba zrobić, ale partia się tego boi, bo wie, że utraciłaby ważny mechanizm kontroli i władzy nad krajem. Kiedy Xi Jinping doszedł do władzy w 2013 roku, także zapowiadał reformy, ale później się najwyraźniej ich przestraszył. Zrozumiał, że to by oznaczało utratę części kontroli przez partię i poważne kłopoty polityczne dla niego.

Chiny skazane są na to, że będą gospodarczo słabnąć?

Na pewno wytracą dynamikę wzrostu. Zresztą wysokiej dynamiki rozwoju nie da się w nieskończoność kontynuować, w pewnym momencie następuje ustabilizowanie, wyhamowanie, które nie oznacza jeszcze regresu. Tylko że mechanizm, który w Chinach funkcjonuje, jest jak jazda na rowerze. Można zwolnić, ale nie można zejść poniżej pewnej prędkości, bo rower się wywróci. Chiny teraz właśnie testują, jak bardzo mogą zwolnić bez wywalenia się.

Mówił pan dużo o utrzymywaniu władzy poprzez kontrolę kapitału, a chciałam zapytać o drugi element władzy, czyli ten przez przemoc, nasilającą się kontrolę społeczną. Pojawiły się doniesienia - napisał o tym "Financial Times" - że poszerzana jest grupa osób, które muszą zdać swoje paszporty i nie mogą w związku z tym swobodnie podróżować. Dotyczy to na przykład nauczycieli. Skąd to nasilenie?

Ten proces został uruchomiony już w 2014 roku, ale widać pewne przyspieszenie. Jest dokręcana śruba, poszerzany zakres osób, których te restrykcje obowiązują. Pracownicy administracji są zmuszani do oddawania swoich prywatnych paszportów i wydawane są im paszporty służbowe - tyle że one są deponowane u pracodawcy. Większość mieszkańców Chin nie może mieć dwóch paszportów, prywatnego i służbowego. Przy tym drugim obowiązuje limit - można wyjechać za granicę tylko na dwa tygodnie i tylko w delegację. Grupa osób dotkniętych tym procesem się poszerza. Doszli do niej nauczyciele, także już szkół podstawowych, którzy nie dostają paszportów służbowych, a prywatne są im po prostu zabierane. To już nie tysiące, ale miliony ludzi.

Trochę to wygląda jak powrót do przeszłości, kojarzy się z czasami, które wydawały się minione.

Za Xi Jinpinga taki powrót do przeszłości można zaobserwować. W przypadku urzędników chodzi między innymi o obawę, że mogą być w czasie wakacji pozyskiwani przez wywiady obcych państw. Nauczyciele to kwestia ideologiczna, to w końcu "żołnierze" walczący na pierwszej linii frontu ideologicznego, mają kształtować nowe pokolenie. Ograniczenie im wyjazdów za granicę ma moim zdaniem przede wszystkim ograniczyć możliwość poznawania alternatywnych idei, punktów widzenia, skażenia młodzieży zachodnim myśleniem. Poza tym ci, którzy są niezadowoleni z powodu odbierania paszportów, odejdą z zawodu nauczyciela. W ten sposób można się pozbyć potencjalnych wichrzycieli i tych, którzy już są skażeni ideologicznie.

Chciałam pana na koniec poprosić o podsumowanie sytuacji ekonomicznej Chin. W jakim stanie - najogólniej - jest gospodarka tego państwa?

Przede wszystkim, jest problem z danymi - nie mamy wszystkich, Chińczycy od 2013 roku systematycznie ograniczają do nich dostęp. Nie do końca zatem wiemy, co się dzieje w tej gospodarce. Te dane, które napływają, wskazują, że nie jest tak źle. Widać ewidentne spowolnienie, ale to nie jest kryzys. Problem z oceną polega też na tym, że Chiny są bardzo dużym, złożonym organizmem gospodarczym. To, że mamy sygnały, że jest gdzieś pożar, nie oznacza, że znamy skalę problemu. Na pewno jest jednak wytracenie dynamiki gospodarczej, poważne spowolnienie, ale nie ma jeszcze kryzysu, a partia ma sporo narzędzi, by mu zapobiec. Jednocześnie nie ma narzędzi i nie jest gotowa, żeby pobudzić gospodarkę i nadać jej nową dynamikę. Taka sytuacja może całkiem długo jeszcze potrwać.

*Dr Michał Bogusz jest analitykiem w Zespole Chińskim Ośrodka Studiów Wschodnich. Ukończył politologię na Uniwersytecie Gdańskim oraz stosunki międzynarodowe na Uniwersytecie Ludowym w Pekinie, potem pracował w tym mieście oraz w Kantonie. W Chinach spędził osiem lat. Jest także autorem bloga Za Wielkim Murem. 

Maria Mazurek
Więcej o: