Jak doniósł "Frankfurter Allgemeine Zeitung", w czwartek 21 listopada doszło do kolejnego protestu przedstawicieli związków IG Metall - w Wolfsburgu pojawiło się około 7 tys. pracowników grupy Volkswagen, którzy chcieli zaprezentować swoje niezadowolenie po kolejnej turze negocjacji z kierownictwem koncernu. Związkowcy zapowiedzieli już, że w grudniu dojdzie do następnych manifestacji.
Związkowcy mieli zaproponować oszczędzenie 1,5 mld euro poprzez rezygnację z premii za rok 2025 i 2026 oraz przekazanie podwyżek płac na fundusz solidarności - zacząłby on jednak funkcjonować jedynie w przypadku przeprowadzenia koniecznych redukcji etatów. W zamian pracownicy oczekują od przedstawicieli Volkswagena stworzenia nowej gwarancji zatrudnienia. Poprzednia, utworzona jeszcze w 1994 r. została już zlikwidowana.
- To ostatnia szansa dla Volkswagena na znalezienie dobrego rozwiązania przed wygaśnięciem zobowiązania pokojowego - stwierdził, cytowany przez niemieckie media przewodzący związków IG Metall Thorsten Groeger. Jeżeli sytuacja się nie poprawi, pracownicy zapowiadają rozpoczęcie strajków ostrzegawczych.
Przypomnijmy, że koncern planuje zamknąć w Niemczech co najmniej trzy fabryki, obciąć pensje o 10 proc. i zwolnić dziesiątki tysięcy swoich pracowników. Jak omawialiśmy w artykule: "Volkswagen może zwolnić tysiące pracowników. 'Historyczny krok'. Co się dzieje?", niemiecka marka zmaga się aktualnie przede wszystkim z wysokimi kosztami produkcji oraz niską produktywnością.
- Spada sprzedaż samochodów, a jednocześnie koszty personalne przez wysokie pensje i przywileje, jakie mają pracownicy Volkswagena, sprawiają, że produkcja w niemieckich zakładach po prostu jest niekonkurencyjna. Zakładom w innych krajach (Polsce, Czechach, Hiszpanii) idzie o wiele lepiej, bo m.in. koszty personalne i energii są niższe - powiedział w rozmowie z Next.Gazeta.pl analityk ds. polityki energetycznej, klimatycznej i transportowej Niemiec z Ośrodka Studiów Wschodnich Michał Kędzierski.