Europa to skansen i gospodarczy trup? "Mamy czym szantażować Chińczyków"

Nad Europą wiszą czarne chmury. Tak przynajmniej wynika z prognoz Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Czy nasz kontynent jest już gospodarczym trupem? - Kiedy po drugiej stronie Atlantyku mamy samca alfa Trumpa, to może być trudno i pod górkę, natomiast nie będzie on rządził wiecznie - mówi nam ekspert.
Unia Europejska, strefa euro - zdjęcie ilustracyjne
Fotowerkstatt-KS / Shutterstock

Międzynarodowy Fundusz Walutowy na początku kwartału opublikował prognozy dla światowej gospodarki. W dużym skrócie wynika z nich, że Stany Zjednoczone będą rosły, a Unia Europejska będzie trzeci rok tkwić w gospodarczym marazmie i stagnacji. Wzrost gospodarczy w USA ma wynieść w 2025 r. 2,7 proc. W poprzednim kwartale MFW prognozował 2,2 proc., a pół roku temu było to 1,9 proc. Tymczasem dla UE prognoza na bieżący rok to 1 proc. Kwartał temu było to 1,2 proc., a dwa kwartały temu 1,5 proc. Czy to oznacza, że Europa zamienia się w skansen i jest gospodarczym trupem? Bynajmniej. 

Zobacz wideo Donald i Melania Trumpowie wypuścili swoje kryptowaluty. To idealne narzędzie do lobbingu

Gospodarka UE. "Kopanie leżącego nigdy nie jest eleganckie"

Warto przy tym wspomnieć świetne wyniki Polski w prognozie MFW. Nasz kraj ma się rozwijać w tempie 3,5 proc. Resort finansów zwracał uwagę na to, że wynik Polski jest powyżej szacunków tempa wzrostu globalnego PKB (3,3 proc.) i prawie dwukrotnie wyższy od tempa wzrostu gospodarek rozwiniętych. Tymczasem dr Marcin Mazurek, główny ekonomista mBanku, w serwisie Linkedin w kontekście gospodarczego marazmu w strefie euro pisze m.in., że "kopanie leżącego nigdy nie jest eleganckie, a ostatnie miesiące dominują komentarze w tej niechlubnej konkurencji oraz, że "narzekanie na Europę niedługo będzie niezbyt dobrze świadczyć o narzekających". Taki komentarzem ekspert opatrzył dane, które przedstawił Jakub Wiech, redaktor naczelny portalu Energetyka24.com. Jego zdaniem "sprawy wcale się tak źle nie mają", podał przy tym kilka danych. Np. produkcja samochodów w UE - 12 mln, w USA - 10,6 mln, produkcja stali w UE - 126 mln ton, w USA - 80,7 mln ton. Wskazał też na spory deficyt we wzajemnym handlu w 2024 r: wartość eksportu z UE do USA 502 mld euro i z USA do UE 344 mld euro. 

Wpis Marcina Mazurka, głównego ekonomisty mBanku
Wpis Marcina Mazurka, głównego ekonomisty mBankuFot. Zrzut ekranu/Linkedin

Europa umiera? "Śmieszna teza"

- Teza o tym, iż Europa umiera jest już tak oklepana, że zaczyna być śmieszna i jednocześnie niebezpieczna. To wszystko jest przeszłość, a przyszłość jest wciąż otwarta. Sugerowałbym, aby powściągnąć wodze, bo jeszcze wszyscy w to uwierzą, a to już będzie problem, bo zarządzenie oczekiwaniami i narracją jest niezwykle ważne - mówi w rozmowie z Next.gazeta.pl Marcin Mazurek i dodaje, że można w tym przypadku posłużyć się "analogią z absolutnie okrutnym eksperymentem wykonanym kiedyś na szczurach". 

Tonące zwierzę walczyło znacznie dłużej, jeśli miało przed sobą wizję ocalenia (kijek). Bez tej wizji poddawało się i tonęło. A wizji naprawdę potrzebujemy, a nie zakładania worów pokutnych

- uważa główny ekonomista mBanku. Według niego, to że MFW prognozuje szybsze tempo wzrostu USA niż UE czy też strefy euro, to nie jest nic zaskakującego. Podkreśla przy tym, że jest to "prognoza na bardzo krótki okres, rok, dwa, do przodu". 

- W takim horyzoncie w ogóle trudno coś fundamentalnie poprawić polityką regulacji, konstrukcją dalekosiężnych planów i raczej też trudno zepsuć. Zresztą, mówmy lepiej w ogóle o trendzie, który kształtują czynniki strukturalne, i cyklu - mówi ekspert.

Główne gospodarcze "choroby" Europy

- Prognozy MFW zahaczają głównie o cykl. Strefa euro cierpi na echa zacieśnienia monetarnego, które było skierowane na walkę z inflacją - to raz. Inflacja też dość mocno nadwyrężyła dochody gospodarstw domowych - to dwa. Płace w strefie euro i w UE latami rosły naprawdę powoli. W sytuacji dużych szoków cenowych okazało się to problemem - wylicza Marcin Mazurek. Podkreśla przy tym, że Europa cierpi też "na nie tyle cykliczne, co incydentalne zmiany struktury popytu, które nastąpiły po pandemii". - Wszystko wyglądało fajnie podczas odbudowy, kiedy ludzie przestawiali się na pracę zdalną i kupowali dobra. Później przeszło to jednak w kierunku usług, w których raczej Europa się nie specjalizuje, zaniedbała je - twierdzi ekonomista i dodaje "podział pracy wygląda w Europie jednak inaczej niż w USA: usługi są mniej popularne" - Gdy wahadło przesunęło się właśnie w tym kierunku, fajne restauracje, historyczne hotele i średniowieczne atrakcje turystyczne nie wystarczyły - mówi nam ekspert.

Do tego wszystkiego doszły "problemy z energią, które dobiły przemysł". Ekspert podkreśla, że trudno mu zrozumieć "zignorowanie przez europejską motoryzację konkurencji chińskiej, a nawet w ogóle planów związanych z transformacją energetyczną. - O ambitnych planach dekarbonizacji Komisja Europejska przecież trąbiła od dawna. Przypadek? Niefortunny zbieg okoliczności? A może wiara, że wszystko może zostać po staremu? Że da się jednak wszystko zmienić. Póki co mamy kubeł zimnej wody, ale chyba działa. Europejscy producenci aut zgłaszają obecnie naprawdę dużo patentów i mogą się pochwalić ciekawymi rozwiązaniami w swoich BEV - mówi główny ekonomista mBanku. 

"Negatywne czynniki cykliczne będą mijać"

Jego zdaniem negatywne czynniki cykliczne będą mijać. Popyt na towary wróci, stopy procentowe spadną. To będzie wspierać wzrost PKB. - Nie oznacza to, że nagle wzejdzie słońce nad Europę, ale - i tu idę o zakład - złagodzony zostanie defetystyczny ton, bo jednak ludzie mają tendencję do traktowania złożonych problemów jako proste i przykładania prostych diagnoz. A to nie tak - uważa ekspert. Według niego Europa "nie walczy teraz o palmę pierwszeństwa w zasadzie w niczym".

Usługi cyfrowe są w USA, produkcja masowej elektroniki w Chinach, przemysł zbrojeniowy również jest głównie poza Europą. Trudno będzie to nadgonić i zmienić - obecnie czas biegnie szybciej. Być może Europa jednak nie chce się tu ścigać i w ogóle nie ma aspiracji do ścigania się. A może ludzie w Europie chcą sobie spokojnie żyć? Kierunek poprawy jakości życia jest moim zdaniem dość jasny od długiego czasu i zachowując jakikolwiek wzrost PKB, da się ten kierunek utrzymać

- uważa rozmówca Next.gazeta.pl. Dodaje, że w Unii Europejskiej inaczej podchodzi się teraz do pracy niż w Stanach Zjednoczonych i zupełnie inaczej niż w Azji. - Pracownik jest ważny, a jego funkcjonowanie na rynku pracy obwarowane jest wieloma regulacjami, które go chronią. Ba, w Europie opieka zdrowotna jest w zasadzie za darmo. Być może tego nie doceniamy, ale osoby, które zdecydowały się na wyprowadzkę z USA choćby do Polski nie mogą się tego nachwalić. I jeszcze tego, że mogą gdzieś pójść piechotą, dojechać tanią komunikacją miejską i czuć się bezpiecznie we własnym mieście i w otoczeniu własnego mieszkania. Mi osobiście się taki skansen podoba - mówi nam ekonomista. 

"Europa może zacząć się naprawiać". Precz z hamulcami fiskalnymi

Jego zdaniem "choć jakość życia teoretycznie utrzyma też niewielki wzrost PKB, taka ścieżka rozwoju wcale nie musi oznaczać skazania się na stagnację" - Europa może zacząć się naprawiać. Przez ostatnie lata UE generowała potężne nadwyżki handlowe. Między innymi ze Stanami Zjednoczonymi, co teraz złości Donalda Trumpa. Ja bardzo nie lubię chwalić tego człowieka, natomiast on ma tu rację. Być może wychodzi ze złych przesłanek, ale koniec końców jego polityka wobec UE może być skuteczna w naprawianiu samej UE - uważa ekspert. Podkreśla, że nadwyżka handlowa oznacza, że jest znaczący nadmiar oszczędności nad inwestycjami. - To z kolei oznacza, że Europa jest niedoinwestowana - to po pierwsze. Po drugie, jeśli oszczędności jest zbyt dużo, to też efekt niskiej konsumpcji, zarówno po stronie gospodarstw domowych jak i rządów. Kto lubi niską konsumpcję, oszczędzanie dla samego oszczędzania? Chyba nikt - mówi Marcin Mazurek.

Dodaje, że wiele może się zmienić, "gdyby tylko strefa euro nagle zechciała wydawać więcej pieniędzy i tutaj jak najbardziej wchodzą w grę wydatki publiczne". - Obecne poziomy zadłużenia ze względu na wieloletnie parcie na trzymanie się kryteriów z Maastricht nie są wybujałe - jestem sobie w stanie wyobrazić setki projektów infrastrukturalnych, które mają wyższą stopę zwrotu niż trzeba zapłacić za dług służący do ich realizacji. Moim zdaniem Europa powinna przede wszystkim odejść od hamulców fiskalnych, które są nadmiernie restrykcyjne i głównodowodzący oraz główna siła zaciskana pasa, czyli Niemcy, muszą zacząć wydawać pieniądze. Jesteśmy coraz bliżej tego, bo wkrótce będą wybory w tym kraju, które mogą dużo zmienić - ocenia. 

Wydatki publiczne są kluczowe

Zdaniem naszego rozmówcy wydatki publiczne, w szczególności inwestycje publiczne, są niezwykle ważne. - Moim zdaniem to nawet ważniejszy element długoterminowej polityki gospodarczej niż wskazywanie palcem, kto będzie narodowym czempionem. Różnica jest fundamentalna: w pierwszym przypadku dajemy działać rynkowi, przedsiębiorczości i poszukiwaniu zysku. Dajemy szansę wielu rozwiązaniom, których enumeratywnie nie wskazujemy. Wskazywanie palcem skażone jest fundamentalnym problemem: a co będzie jak się pomylimy wkładając wszystkie jajka do jednego koszyka? - zastanawia się Marcin Mazurek. Ekonomista uważa, że za wydatkami infrastrukturalnymi w UE "można wyprodukować całą sieć firm prywatnych". - To trochę takie subsydium, ale wygrywa lepszy i wygrywa też każdy obywatel, bo poprawia się jakość usług publicznych - ocenia. 

Trump, "samiec alfa" za Atlantykiem

- Narzekamy na regulacje, że Komisja Europejska przesadza, "prostuje banana" itd., natomiast trzeba też zwrócić uwagę na drugi aspekt takiego stanu rzeczy. KE faktycznie wypuszcza z siebie mnóstwo tych regulacji, ale rynek wewnętrzny w UE jest wciąż na tyle atrakcyjny, że wszystkie przepisy dotyczące ochrony środowiska, danych czy prywatności, są jednak brane pod uwagę przez firmy działające globalnie. I to generuje pozytywny efekt kuli śnieżnej - uważa ekonomista. Wskazuje, że mimo tego, iż Europa nie ma żadnej liczącej się armii, "to jednak jest w stanie takim swoim soft power wpływać na relacje handlowe na całym globie, standardy, zachowanie firm oraz specyfikę towarów i usług". Podkreśla przy tym, że UE ma swoją jasną agendę. - Wiadomo, że będziemy skupiać się na energii, czystej energii, jest cały czas Fit For 55 i w krótkim terminie UE z pewnością dostanie z tego powodu w zęby. Bo w momencie, kiedy po drugiej stronie Atlantyku mamy samca alfa Trumpa, który załatwia wszystko siłą i wycofuje się ze wszystkiego w co Europa idzie, to może być trudno i pod górkę, natomiast Trump nie będzie rządził wiecznie - mówi ekonomista. Dodaje przy tym, że "nie wiadomo, co tak naprawdę będzie elektryzować wyborców za 4 czy 5 lat" - Być może wrócimy do status quo, być może ludzie zainteresują się tym, co będzie w prawdziwej przyszłości, a niekoniecznie w przyszłości, która jest złożona jedynie z najbliższego roku - uważa ekspert. 

Europa ma czym "szantażować" Chińczyków

Jego zdaniem w najbliższym czasie "Unia Europejska będzie też musiała siłą rzeczy zbudować jakiś przemysł wojskowy i dozbroić się", bo to obecnie "dość naturalny kierunek". Co prawda zieloną transformację zaczyna się traktować jako kulę u nogi, "jednak żeby się nauczyć czegoś nowego Europa musi sobie w niej ubrudzić ręce i jeśli w to nie pójdziemy, to nie stworzymy firm, które będą w stanie konkurować i zawsze będziemy skazani w tej dziedzinie na Chińczyków". Według głównego ekonomisty mBanku nie jest też tak, że Europa nie ma nic, czym można by Chińczyków "szantażować".

Jest np. taka fajna holenderska firma ASML, która produkuje sprzęt do wytwarzania półprzewodników i to jest w zasadzie globalny monopolista. Każdy chciałby mieć maszyny z ASML-a, Chińczycy ich nie mają, dlatego są absolutnie skazani na tę firmę. Amerykanie zresztą też nie mają tu swoich rozwiązań 

- podkreśla. Wskazuje też, że np. "Europa produkuje samoloty, które latają, a nie stoją na lotniskach". Ponadto UE ciągle ma "sensowne instytuty badawcze". Ekspert wymienia w tym kontekście choćby niemiecki Fraunhofer Institute, któremu obecnie zawdzięczamy m.in. istnienie streamingów. Bo to właśnie tam został opracowany kodek mp3 używany "wszędzie i powszechnie". - Ja naprawdę rozumiem, że moje argumenty można zbić podając inne. Jak sam wskazywałem, przeszłość nie przesądza o przyszłości. Oczekiwania jednak już przesądzają. Często liczy się sama wola i odwaga. A o nie trudno, kiedy cała uwaga skupia się na samobiczowaniu. Wystarczy - podsumowuje Marcin Mazurek. 

Więcej o: