Na Węgrzech są dziennikarze Wyborcza.pl Michał Kokot wraz z fotoreporterem Michałem Ryniakiem, Thomas Orchowski z TOK FM oraz Maciej Bąk z Radia Zet. Informacje z Węgier analizuje hungarysta i dziennikarz "Wyborczej" Wojciech Maziarski. Wszystkie wiadomości przeczytacie w relacji na żywo na Gazeta.pl. Opublikujemy w niej pierwsze wyniki, analizy oraz powyborcze komentarze.
W 2025 r. węgierski PKB wzrósł zaledwie o 0,4 proc., co oznacza faktyczną stagnację. Co gorsza, utrzymuje się ona od kilku lat. W efekcie kraj coraz wolniej dogania średnią unijną - dziś poziom PKB per capita to ok. 76 proc. średniej UE. Choć jeszcze dekadę temu Węgry i Polska znajdowały się na podobnym poziomie, dziś Warszawa jest dużo wyżej w zestawieniach, gdzie odsetek ten wynosi 81 proc.
Dodatkowym obciążeniem jest inflacja - najwyższa w Unii Europejskiej w ostatnich 10 latach (średnio 5,8 proc.). W połączeniu z relatywnie niskimi wynagrodzeniami pogarsza to realną sytuację gospodarstw domowych.
Coraz częściej pojawia się diagnoza, że dotychczasowy model gospodarczy się wyczerpał. Ireneusz Sudak na łamach Wyborczej.biz pokazywał, że model wybrany przez Orbana nie przetrwał próby czasu. "Orbanomika zawiodła. Transfery socjalne to nie wszystko. Rynek liczy, że po wyborach na Węgry popłynie strumień unijnych pieniędzy" - pisał Sudak.
Podobne wnioski płyną z analiz ekonomistów. "Model gospodarczy Węgier, nastawiony na przyciąganie olbrzymich inwestycji zagranicznych, zawodzi" - oceniał Mateusz Urban z Oxford Economics w wywiadzie z Kacprem Kolibabskim. Jak podkreślał Urban, "produkcja przemysłowa jest w zasadzie w trendzie spadkowym od 2022 roku", a "wartość inwestycji spadła o ponad jedną czwartą".
Ekonomista zwracał też uwagę na rosnące poczucie niesprawiedliwości społecznej: „okazało się, że interes przeciętnych Węgrów zaczęto poświęcać w imię tej wizji".
Jednym z filarów "orbanomiki" było zwiększanie transferów socjalnych oraz wynagrodzeń. Odbywało się to jednak kosztem inwestycji publicznych i jakości usług państwowych.
Państwo, zmagając się z wysokimi kosztami obsługi długu, utrzymuje rozbudowane programy socjalne i podwyżki płac, jednocześnie ograniczając wydatki na kluczowe obszary, takie jak ochrona zdrowia czy edukacja. W praktyce oznacza to przesuwanie części kosztów funkcjonowania państwa na obywateli, którzy coraz częściej muszą finansować podstawowe usługi z własnej kieszeni.
Choć Węgry przyciągały duże projekty zagraniczne - szczególnie z Niemiec i Chin - ich wpływ na gospodarkę jest ograniczony. Ogromne chińskie inwestycje nie zrównoważyły bowiem odpływu innych inwestorów, a część projektów nie przekłada się bezpośrednio na dochody lokalnych gospodarstw domowych.
Jak w swojej analizie zwraca uwagę Polski Instytut Ekonomiczny, "umacniający się w kolejnych latach rządów Orbana układ oligarchiczny wraz z systemem zamówień publicznych premiującym oferentów lojalnych wobec rządu, dodatkowo osłabiają konkurencję i szanse na awans w globalnych łańcuchach wartości".
Dodatkowo narastają napięcia społeczne – związane m.in. z zatrudnianiem pracowników z Azji czy negatywnym wpływem inwestycji na środowisko. W efekcie coraz więcej Węgrów dostrzega rozbieżność między oficjalną narracją a rzeczywistością i zaczyna podważać dotychczasowy model rozwoju.
Węgierska gospodarka zmaga się z wyraźnym wzrostem kosztów pracy. W przeliczeniu na euro wzrosły one o ok. 50 proc. od pandemii, co należy do najwyższych wyników w regionie. Jednocześnie wzrost produktywności nie nadąża za tempem wzrostu kosztów, co osłabia konkurencyjność gospodarki.
Strukturalnym problemem pozostaje także niewielkie zróżnicowanie gospodarki. Węgry są w dużej mierze uzależnione od kilku sektorów przemysłowych, co zwiększa ich podatność na wahania koniunktury i decyzje dużych inwestorów zagranicznych. Dodatkowo kraj mierzy się z niedoborem pracowników i zmianami demograficznymi, co rzecz jasna ogranicza potencjał wzrostu i sprzyja odpływowi inwestycji do innych państw regionu.
Ważnym czynnikiem pozostają środki unijne, których znaczna część - ok. 19 mld euro - jest obecnie zablokowana. Warto przy tym zauważyć, że kwota ta odpowiada mniej więcej 10 proc. PKB Węgier i około dwóm latom inwestycji publicznych, co pokazuje skalę potencjalnego impulsu rozwojowego w przypadku ich odblokowania.
Jednocześnie przestrzeń do szybkich reform jest ograniczona. Dług publiczny Węgier wynosi ok. 72 proc. PKB, a deficyt sektora finansów publicznych sięga ok. 5 proc. PKB, co ogranicza możliwości zwiększania wydatków bez pogorszenia oceny wiarygodności kredytowej.
Jednak nawet ewentualna zmiana władzy nie gwarantuje szybkiej transformacji modelu gospodarczego. Część państwowych aktywów została przeniesiona do fundacji powierniczych, co utrudnia ich odzyskanie i reformy systemowe. W efekcie Węgry mogą wejść w okres przedłużającej się niepewności polityczno-gospodarczej, w którym poprawa sytuacji będzie zależeć nie tylko od decyzji politycznych, ale także od odbudowy zaufania inwestorów.
"Zwycięstwo opozycyjnej Tiszy prawdopodobnie doprowadziłoby do poprawy stosunków z UE, zwiększenia zaufania inwestorów i szans na odblokowanie funduszy UE zamrożonych przez Komisję Europejską. Jednak przy braku konstytucyjnej większości głęboka rewizja zmian wprowadzonych przez lata rządów Orbana wydaje się mało prawdopodobna. Według większości prognoz, Węgry w tym roku w najlepszym razie czeka umiarkowany wzrost gospodarczy (2,1 proc. wg MFW)" - podsumowuje PIE w swojej analizie.