Miesięczny koszt funkcjonowania programu Ceny Paliw Niżej (CPN) to ok. 1,6 miliarda złotych. To według ekspertów z Panelu Ekonomistów "Rzeczpospolitej" za duży koszt, by rozwiązanie utrzymywać. Zadeklarowało tak 11 na 18 jego uczestników.
Większość ekspertów uważa, że program CPN jest za drogi jak na stan finansów państwa (np. wysoki deficyt budżetowy, o czym pisaliśmy w next.gazeta.pl - red.), ma wadliwą konstrukcję i nie skłania do ograniczenia zużycia benzyny i oleju napędowego - czytamy w "Rz". M.in. prof. dr hab. Michał Brzeziński z Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego wskazał, że program nie jest kierowany do naprawdę potrzebujących i nie zachęca do oszczędzania paliw.
- Ten program należy wygaszać i ewentualnie zastąpić, ale przy znacznie niższym koszcie, transferem kierowanym do biedniejszych gospodarstw czy subsydiowaniem mniejszych firm transportowych - przekonywał Brzeziński.
O potrzebie kontynuowania CPN przekonany jest dr Michał Możdżeń z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. W jego opinii wzrost cen paliw mocniej uderza w osoby o niższych dochodach czy klasę średnią niż w najbogatszych. Tylko czterech uczestników Panelu uznało, że CPN należy kontynuować, a troje nie ma zdania. Przeważają jego przeciwnicy.
Analityk e-petrol.pl dr Jakub Bogucki ocenił w rozmowie z PAP, że jeżeli rząd nie przedłuży obowiązywania pakietu CPN, który wygasa z końcem maja, to ceny benzyny i diesla na stacjach paliw wzrosną o ok. 1,20 zł za litr.
- Pamiętajmy, że pakiet CPN to nie jest tylko wsparcie dla indywidualnych kierowców, czyli to, że tankujemy po prostu taniej jako zwykli ludzie, ale to jest także, z racji charakteru podatkowego, realne wsparcie dla gospodarki, dla przedsiębiorstw, które są w stanie skorzystać z niższego podatku akcyzowego - zauważył Bogucki. - Także myślę, że rząd, dopóki sytuacja nie zostanie w jakiś sposób wyjaśniona, nie zacznie z powrotem normalnie funkcjonować rynek naftowy, będzie jednak walczył o to, żeby ten program utrzymać, bo jego zasadność cały czas jest i nie znika tak naprawdę zasadnicza przyczyna, dla którego został on wprowadzony - dodał.
Zdaniem Boguckiego, biorąc pod uwagę obecną sytuację na rynkach międzynarodowych ceny paliw na polskich stacjach benzynowych i tak powinny spaść w nadchodzących dniach. - Tonując trochę emocje, nie sposób powiedzieć, żeby to była znaczna przecena, ale jednak pewien ruch w dół w porównaniu z tym, co widzimy, jest możliwy. Jeśli chodzi o benzynę, myślę, że poziom poniżej 6,40 zł jest jak najbardziej prawdopodobny. Jeśli chodzi o olej napędowy, możemy zejść nawet na 6,90 zł za litr - podkreślił.
Ropa jest o połowę droższa niż przed wojną w Zatoce Perskiej, ale rządowy pakiet CPN (niższa o 28-29 gr/l akcyza, cięcie VAT z 23 do 8 proc. plus maksymalna cena detaliczna) łagodzi wzrost cen na stacjach. Bez CPN benzyna 95 kosztowałaby o 1 zł, a ON - o 1,20 zł więcej niż obecnie. Jednak choć CPN hamuje inflację (w kwietniu wyniosła 3,2 proc., bez niego przekraczałaby 3,5 proc.), to oznacza 1,6 mld zł miesięcznie ubytku w napiętym budżecie.
Niedawno minister energii Miłosz Motyka zapewniał, że CPN zostanie utrzymany tak długo, aż cena baryłki ropy naftowej nie spadnie do poziomu ok. 75-80 dol. Obecnie za baryłkę amerykańskiej ropy WTI trzeba zapłacić 97,8 dol., a za ropę Brent - 104,7 dol.
Przeczytaj też: "Krytyczny niedobór kadr. Brakuje 300 tys. pracowników. Nawet 35 tys. zł miesięcznie".