Nie trzeba ściągać gier, żeby być piratem. Wystarczy, że się je ogląda

Adam Bednarek
Let’s Play to najnowsza zmora twórców gier. Filmiki na YouTube pozwalają zapoznać się z fabułą gry bez sięgnięcia po portfel. A zarabia, jak w piractwie, ktoś inny.

That Dragon, Cancer, nagradzana pozytywnymi ocenami gra o chorym na raka dziecku, według słów twórcy sprzedaje się słabo. Powód? Moglibyśmy wskazać tematykę, ale autorzy mają innego winowajcę. To filmiki na YouTube. Let’s Play pokazuje często całą grę, dodając do tego komentarze "na żywo” nagrywającego. Czasami są to "czyste” nagrania, bez komentatora, więc można mieć wrażenie, że gra się samemu.

Jeden z filmików pokazujących That Dragon, Cancer od początku do końca ma ponad 2,5 mln wyświetleń. Pojawia się ten sam problem, co z piractwem. Niby nie wiadomo, czy te 2,5 mln oglądających kupiłoby grę, ale możemy założyć, że ktoś jednak sięgnąłby do portfela. Teraz nie musi tego robić, bo zna historię, zna zakończenie, wie wszystko.

Gra czy interaktywny film? 

Największymi ofiarami "let’s play’ów” są "symulatory chodzenia”. To złośliwa nazwa na gatunek gier, w których najważniejsza jest eksploracja. Nie ma w nich strzelania, nie ma skakania. Akcja toczy się powoli i często faktycznie od grającego wymaga się tylko tyle, żeby chodził. I w ten sposób poznawał świat. Rozmawiając z napotkanymi postaciami, zaglądając w każdy kąt, czytając znalezione dzienniki. Tego typu tytuły rzadko kiedy zajmują więcej niż 6 godzin. A że "gry w grze” jest niewiele, równie dobrze można poznać historię na YouTubie.

 

To kłopot dla wielu twórców. Wydane na pececie i PlayStation 4 Firewatch sprzedało się w liczbie ponad 500 tysięcy egzemplarzy. Po jednym dniu od premiery twórcom zwróciły się koszty związane z produkcją, więc teraz już tylko zarabiają. Sukces? Niby tak. Ale jeśli wejdziemy na YouTube, mina może zrzednąć. Let’s Play Firewatch, którego autorem jest jeden z najpopularniejszych youtuberów PewDiePie, ma niecałe 2,9 mln wyświetleń. I już wiadomo, kto jest prawdziwym wygranym.

Twórcy gry SOMA zdradzili niedawno, że 250 tysięcy sprzedanych egzemplarzy nie wystarczyło, żeby zacząć zarabiać. Potrzeba około 270-280 tysięcy, żeby pokryć produkcję i w końcu czerpać zyski. Być może już udałoby się tę liczbę przekroczyć, gdyby nie YouTube. Jeden z filmików pokazujących całą rozgrywkę (trwa niecałe 8 godzin!) ma 245 tysięcy wyświetleń. Podobnych materiałów jest więcej, więc ich suma spokojnie przebija liczbę sprzedanych egzemplarzy. 

Gone Home, Zaginięcie Ethana Cartera - podobnych gier znalazłoby się wiele. Twórcy są zadowoleni ze sprzedaży, ale kilkaset tysięcy wyświetleń na YouTube każe zadać pytanie: czy nie mogliby zarobić więcej?

Nowe piractwo

Zestawienie filmików na YouTube z piractwem może wydawać się przesadą, ale wystarczy spojrzeć na liczby. Niedawno autorzy małej gry Punch Club pochwalili się wynikami sprzedaży: 300 tysięcy kopii. Pokazali też ile razy grę spiracono - milion razy na pecetach i 500 tysięcy razy na urządzeniach mobilnych. YouTube, podobnie jak piractwo, sprawia, że potencjalni kupujący uciekają.

Autorów "let’s play’ów” można też bronić. W końcu coś sprawia, że jeden taki filmik ma 2,5 mln wyświetleń, a drugi, który również pokazuje rozgrywkę, tylko 1,2 tysiąca. Często ludzie oglądają materiały nie dla gry, a dla nagrywającego. Zdarza się też tak, że YouTube pomaga. Kiedy wspomniany PewDiePie pokazywał zabawne filmiki ze Skate 3, gra wskoczyła do TOP 20 najlepiej sprzedających się gier - mimo że od jej premiery minęły cztery lata! Youtuber do niej zachęcił i pokazał tym, którzy o niej nie wiedzieli lub zapomnieli.

 

Nie da się jednak ukryć - co innego, gdy youtuber "promuje” grę, pokazując ciekawe fragmenty, a co innego, gdy zdradza wstęp, rozwinięcie i zakończenie. W tym drugim przypadku powodów do kupna gry jest już dużo mniej. I twórcy tracą. Jak na piractwie.

Coraz więcej wydawców to rozumie. Sony zabroniło zapisywać transmisję z gry Until Dawn w serwisie twitch.tv - stream można było oglądać tylko na żywo, później nie dało się do niego wracać. Decyzję bardzo łatwo zrozumieć. Until Dawn nazywane jest przez wielu interaktywnym filmem, więc po co grać (i po co kupować PlayStation 4), skoro można obejrzeć. Na YouTube nie brakuje osób, które tak właśnie zrobiły.

Nintendo miało jeszcze inny pomysł. Zezwoliło na nagrywanie długich materiałów pokazujących rozgrywkę, ale pod jednym warunkiem. Trzeba dzielić się z gigantem pieniędzmi. Nintendo wrzuca do takiego filmiku reklamy, za pomocą których zarabia. I to chyba sprawiedliwe rozwiązanie - może zysk jest niewielki, ale przynajmniej firma nie traci. A w przypadku małych, niezależnych ekip nawet drobny podział z youtuberami jest na wagę złota.

Twórca let’s play’a z That Dragon, Cancer zapowiedział, że wpłaci sumę na organizacje charytatywne. To się chwali. Tylko co z 2,5 mln widzów, którzy za oglądanie gry nie zapłacili twórcom?

Adam Bednarek