Andromeda nie jest klasyczną kontynuacją serii Mass Effect i tylko w delikatny sposób nawiązuje do wydarzeń z kultowej trylogii. To zdecydowanie dobra wiadomość dla osób, które – tak jak ja – nie miały wcześniej styczności z serią studia BioWare.
Fabuła gry rozpoczyna się w roku 2176. To właśnie wtedy powołana do życia zostaje „Inicjatywa Andromeda". Jej celem jest budowa potężnych statków kosmicznych (tzw. Ark) i dotarcie do tytułowej galaktyki Andromedy.
Na pokładzie każdej z Ark znaleźli się tzw. pionierzy, czyli elitarni żołnierze, których celem jest zbadanie odległych planet pod kątem możliwości ich zasiedlenia. Byli to zarówno ludzie, jak i przedstawiciele innych ras zamieszkujących naszą galaktykę.
Jednym z pionierów jest Alec Ryder, dowódca Arki Hyperion, który w niebezpieczną podróż do nieznanego świata zabrał ze sobą swoje dzieci - Scotta oraz Sarę. Jako gracze wcielamy się właśnie w którąś z tych dwóch postaci.
Naszego bohatera (lub bohaterkę) poznajemy w momencie, w którym budzi się on z trwającej 600 lat hibernacji. Arka Hyperion dociera wówczas do celu swojej podróży, którym jest Andromeda, ale to dopiero początek kłopotów.
Bardzo szybko okazuje się bowiem, że nowy świat jest mało przyjaznym miejscem, a nasz bohater, który w wyniku bardzo nieszczęśliwego splotu wydarzeń zostaje nowym pionierem, będzie musiał wziąć odpowiedzialność za przyszłość ludzkości.
Rozgrywka w Mass Effect: Andromeda zasadza się na trzech kluczowych elementach – odkrywaniu, interakcji oraz walce. Zostały one we właściwy sposób zbalansowane, dzięki czemu podczas kilkudziesięciu godzin zabawy raczej nie doskwierała nam nuda.
Nowa galaktyka to oczywiście nowe planety. W klasterze Helejosa jest ich kilkadziesiąt, ale odwiedzić możemy jedynie kilka z nich. Na szczęście „grywalne" planety są bardzo różnorodne i podróżowanie po każdej z nich dostarcza dużej frajdy.
Naszym celem – jako pioniera – jest zakładanie placówek, które sprawią, że te mało przyjazne miejsca zmienią się w nowy zalążek cywilizacji. Nie jest to jednak zadanie proste. Przed zasiedleniem planety musimy ja "ujarzmić", co wiąże się z wykonaniem szereg różnorodnych zadań. Przeszkadzają nam w tym m.in. kettowie, agresywna rasa, która dyplomacji uczyła się prawdopodobnie od władz Korei Północnej.
Planety możemy zwiedzać pieszo (mamy do dyspozycji odrzutowy plecak, który jest jednym z najfajniejszych elementów gry) lub na pokładzie Nomada - sześciokołowego pojazdu, który pozwala nam przemieszczać się na większe odległości.
Pomiędzy poszczególnymi planetami podróżujemy natomiast na pokładzie statku Tempest. I w tym miejscu muszę się do czegoś przyczepić. Podczas każdej takiej podróży jesteśmy zmuszeni do oglądania niemal identycznej animacji. Nie przeszkadzało mi to przez pierwsze kilka godzin, ale z biegiem czasu stało się irytujące.
...rozmawiaj...
Sporo czasu spędzimy również na pokładzie stacji Nexus, która jest odpowiednikiem znanej z trylogii Mass Effect Cytadeli – międzygatunkowej stacji kosmicznej. To tu przydzielane są nam misje. To tu zawiązują się wszystkie międzygatunkowe intrygi i polityczne gierki, które nie jeden raz przyprawią nas o ból głowy.
Misje w Andromedzie są dość różnorodne, ale nie powinny szczególnie zaskoczyć wielbicieli gatunku cRPG. Czasami musimy odnaleźć jakąś postać lub przedmiot. Innym razem prowadzimy śledztwo w sprawie morderstwa lub ratujemy kogoś z opałów.
Ryder nie działa w pojedynkę. Pomaga mu grupa wiernych towarzyszy, wśród których znajdziemy nie tylko ludzi, ale również przedstawicieli innych ras Drogi Mlecznej. W czasie rozgrywki poznamy między innymi kroganina Dracka, turiankę Vetrę asari Peebee, czy ziemianina Liama. Każda rasa i postać ma swoją historię i swój charakter.
Niestety dialogi nie są mocną stroną gry BioWare. Początkowo starałem się wczuć w klimat gry, dyskutując z każdą postacią na wszelkie możliwe tematy. Szybko jednak z tego zrezygnowałem, a na późniejszym etapie gry przewijałem kolejne dialogi, aby jak najszybciej wydobyć tylko te informacje, które są mi potrzebne do ukończenia zadania.
...i walcz!
Ważnym elementem gry jest walka. Starcia z kettami są dość wymagające nawet na zwykłym poziomie trudności. Jednocześnie są bardzo intensywne i satysfakcjonujące. Szczególnie na dalszym etapie gry, gdy uda nam się nieco rozwinąć naszą postać.
Podczas walki możemy liczyć również na dwójkę towarzyszy, którym możemy wydawać polecenia. Obawiałem się nieco o AI moich sprzymierzeńców, ale okazało się, że na polu walki zachowywali się oni bardzo rozsądnie i wielokrotnie ratowali mi skórę .
Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to do systemu osłon. Ryder nie chowa się za przeszkodami po naciśnięciu przycisku, ale w sposób automatyczny. Czasami to rozwiązanie sprawdza się dobrze, ale bywa również powodem frustracji, gdy – wbrew logice – nasz bohater usilnie nie chce ukryć się przed wrogim ogniem za osłoną.
Andromeda, jak na rasowego cRPG-a przystało, posiada rozbudowany system rozwoju postaci. Podczas rozgrywki zdobywamy punkty doświadczenia, które pozwalają nam poprawiać umiejętności w jednej z trzech dziedzin: walce, biotyce oraz technologii.
Walka, to przede wszystkim umiejętności posługiwania się bronią. Ryder może świetnie strzelać z karabinu snajperskiego, pistoletu lub potężnego działa. Biotyka pozwala nam manipulować otoczeniem. Możemy np. nauczyć się ciskać kettami w powietrze. Dzięki technologii możemy natomiast budować wieżyczki szturmowe i sabotować wrogów.
Z poszczególnych umiejętności możemy w łatwy sposób korzystać podczas walki. Wystarczy przypisać je do odpowiedniego przycisku na naszym padzie. W danym momencie możemy jednak korzystać maksymalnie z trzech umiejętności.
Na początku gry staniemy również przed wyborem profilu naszej postaci. Ryder może zostać żołnierzem, inżynierem, strażnikiem, szturmowcem, szpiegiem, odkrywcą lub adeptem. Każda z tych postaci ma swoje unikalne cechy, które ją wyróżniają.
Na dalszym etapie gry możemy przełączać się pomiędzy poszczególnymi profilami. Jest to rozwiązanie ciekawe, bo pozwala nam podejść do każdego starcia w inny sposób. Zdecydowanie wolałbym jednak, aby gra nakładała na mnie większy ciężar wyboru. Skoro zdecydował się, że moja postać będzie szpiegiem, to nie powinna zmieniać się w "maszynkę do zabijania" po naciśnięciu jednego przycisku na padzie.
Ryder musi dbać również o swój ekwipunek. W czasie gry znajdować będziemy nowe pistolety, karabiny, strzelby, broń białą, elementy pancerzy oraz inne przedmioty, którymi możemy później handlować w sklepach.
Potężny świat - nie bez wad
W świecie Mass Effect: Andromeda godziny mijały jak minuty. Cały czas miałem ochotę odkrywać więcej - "jeszcze jedną misja", "jeszcze jedna planeta", "jeszcze jedna walka". To właśnie ta kluczowa cecha tej gry sprawia, że podczas zabawy zapominam o wielu wadach i niedociągnięciach, których w dziele studia BioWare nie brakuje.
Obowiązek recenzenta nakazuje jednak o nich wspomnieć. Zawodzi przede wszystkim oprawa wizualna, która jest bardzo nierówna. Z jednej strony możemy podziwać piękne i różnorodne plenery, a z drugiej kiepskie animacje twarzy i "plastikowego" Nexusa.
Wielu postaciom i dialogom brakuje "ikry", co sprawia, że interakcje szybko się nudzą. Wśród naszych kompanów są zarówno postacie bardzo intrygujące (Drack i Peebe), ale również do bólu przeciętne i sztampowe. Podobnie jest ze spotykanymi NPC-ami.
Nie mogę nie napisać o problemach z optymalizacją. Na PS4 gra ma problemy z utrzymaniem 30 klatek na sekundę, a zdarzały się również momenty, w których liczba FPS-ów spadała poniżej 20. To sytuacja, która po prostu nie powinna mieć miejsca.
Mimo tych technicznych niedociągnięć Mass Effect: Andromeda jest jedną z najbardziej fascynujących wirtualnych przygód, w jakich miałem okazję uczestniczyć w ostatnim czasie. Ogromny świat, satysfakcjonujący system walki, świetna muzyka i "gęsty" klimat sprawiły, że płyta z grą jeszcze przez wiele dni będzie gościć w mojej konsoli.
Ocena: 8,5/10
Zobacz też: Współtwórca gry "Wiedźmin": Tych błędów bym już nie popełnił