Miną się o włos z prędkością 53 tysięcy km/h. Groźne spotkanie wysoko nad USA

12 metrów - w takiej odległości mają się dzisiaj minąć na orbicie stary teleskop i stary satelita wojskowy. Zrobią to z prędkością względną około 53 tysięcy km/h. Jak na warunki kosmiczne będzie to bardzo, ale to bardzo bliskie spotkanie. Szanse na zderzenie są określane jako dość małe, ale gdyby do niego doszło, mogłoby mieć bardzo poważne skutki dla ludzkości.

Obecnie prawdopodobieństwo kolizji jest szacowane na jeden do stu. Jeszcze do niedawna było to jeden do tysiąca, ale po zgromadzeniu bardziej precyzyjnych informacji na temat orbit obu obiektów szacunek zmieniono.

Szansa może wynosić nawet jeden do dwudziestu, jeśli założyć, że jeden z satelitów jest jednak większy, niż wynika z oficjalnych danych. Rzekomo w ramach wojskowych eksperymentów miał wysunąć długi na 18 metrów kabel lub żerdź, jednak firma wykonująca obliczenia nie jest tego pewna i nie wiadomo, w jakim kierunku ten element wystaje.

Autorzy wyliczeń stwierdzają, iż do zderzenia "najpewniej" nie dojdzie. Podkreślają jednak, że incydent pokazuje, jak bardzo zaśmieciliśmy najbliższe okolice naszej planety i musimy bardziej się postarać, aby sprzątać nasze kosmiczne śmieci. Inaczej możemy tego bardzo żałować.

Bliskie spotkanie dwóch śmieci

Jeden ze wspomnianych obiektów to stary teleskop NASA działający w podczerwieni o nazwie IRAS. Został wystrzelony na orbitę w 1983 roku i jeszcze w tym samym roku zakończył działalność, po uprzednim dostarczeniu mnóstwa cennych danych dla naukowców. Od tego czasu krąży po orbicie wokół Ziemi na wysokości około 900 kilometrów. Teleskop waży około tony i ma wymiary 3,6x3,4x2 m. Nie jest to największy z obiektów okrążających Ziemię, ale jak na kosmiczne śmieci dość duży.

Drugi obiekt to jeszcze starszy wojskowy satelita badawczy o nazwie GGSE-4 wystrzelony w 1967 roku. Służył do przeprowadzenia testów nowych rozwiązań konstrukcyjnych dla satelitów wojskowych. Sądząc z nazwy (Gravity Gradient Stabilization Experiment), można zakładać, że chodziło o przetestowanie systemów stabilizujących orientację satelity w przestrzeni przy wykorzystaniu ziemskiej grawitacji. GGSE-4 był wariantem eksperymentalnym serii wczesnych satelitów rozpoznawczych US Navy o nazwie Poppy. Standardowo działały przez maksymalnie trzy lata. Są niewielkie. To prawie kule o średnicy 68 cm i masie zaledwie 84 kilogramów. Według nieoficjalnych doniesień ma mieć jednak wspomniany kabel/żerdź o długości 18 metrów. GGSE-4 krąży po orbicie na wysokości około 900 km.

IRAS i GGSE-4 mają mieć swoje bliskie spotkanie nad USA, konkretnie nad okolicą miasta Pittsburgh, o godzinie 23:39:35 UTC. W Polsce oznacza to już 30 stycznia i godzinę 00:39:35. Oba obiekty poruszają się w niemal idealnie przeciwnych kierunkach z prędkościami nieco ponad 26 tysięcy km/h. Mijanka będzie więc z zawrotną prędkością względną bliską 53 tysięcy km/h.

Mała szansa, ale duże ryzyko

Informacje na temat spodziewanej "mijanki" podała amerykańska firma LeoLabs, która zajmuje się śledzeniem śmieci na niskiej orbicie okołoziemskiej. Robi to w celu sprzedawania informacji na temat potencjalnych niebezpieczeństw dla operatorów aktywnych satelitów. Sytuację z udziałem IRAS i GGSE-4 nagłośniono zapewne w celu zwrócenia uwagę na zagrożenie, którym jest zaśmiecanie najbliższej okolicy Ziemi. Gdyby oba satelity się zderzyły, najpewniej zamieniłyby się w chmurę tysięcy odłamków, które nadal by okrążały Ziemię, stanowiąc teraz dodatkowe zagrożenie dla innych satelitów.

Już w 1978 roku pracownik NASA Donald Kessler opisał możliwy scenariusz, w którym gęstość obiektów na niskiej orbicie doprowadza do sytuacji, kiedy zderzenie dwóch z nich rozpoczyna reakcję łańcuchową. Szczątki powstałe w wyniku pierwszej kolizji wywołają kolejne, te wywołają kolejne i tak dalej. Efektem może być takie zagęszczenie szczątków na niskiej orbicie, że będzie ona zbyt niebezpieczna dla misji załogowych, a każdy umieszczony na niej satelita będzie skazany na zniszczenie w krótkim czasie.

Praca Kesslera dała początek myślenia o kosmicznych śmieciach jako o problemie. Obecnie wszystkie państwa formalnie to rozumieją i są podejmowane starania, aby nie zaśmiecać orbity bardziej, niż to konieczne. Trwają również różne programy mające na celu stworzenie rozwiązań pozwalających na uprzątnięcie zużytych satelitów i innych śmieci. Można to zrobić albo wypychając je na jakąś odległą orbitę cmentarną, albo popychając ku atmosferze w celu wejścia w nią i spłonięcia. Amerykańskie przepisy wymagają na przykład, aby wszystkie satelity umieszczane na cennej orbicie geostacjonarnej (umieszczony tam obiekt ciągle znajduje się nad tym samym punktem na równiku, to idealne miejsce dla satelitów telekomunikacyjnych) w celu obsługi terytorium USA pod koniec swojej aktywności były usuwane tą pierwszą metodą.

Nie ma wyliczeń pozwalających na przewidzenie, kiedy i jak może się rozpocząć opisana przez Kesslera katastrofa. Może nigdy do niej nie dojdzie, bo na czas ograniczymy śmiecenie na orbicie i zaczniemy usuwać to, co już po niej krąży. Jednak gdyby miała się zacząć, to początkiem mogłoby być właśnie takie bliskie minięcie się IRAS i GGSE-4, które jednak skończyłoby się zderzeniem. Szansa mała, ale zawsze.

Polskie firmy próbują sił w poszukiwaniu rozwiązania problemu kosmicznych śmieci

Zobacz wideo
Więcej o: