Nowa rakieta SpaceX raz po razie się rozpada. W tym szaleństwie Muska ma być metoda

Pierwsza widowiskowo wystrzeliła swój czubek kilkaset metrów w górę. Druga równie widowiskowo rozerwała się na kawałki. Trzecia niedawno zawaliła się pod własnym ciężarem. Raz po razie kolejne wersje nowej rakiety SpaceX zawodzą. Pomimo tego firma miliardera Elona Muska brnie naprzód, choć w standardowym przemyśle kosmicznym byłaby to katastrofa. W tym szaleństwie ma być metoda.

Najnowszy wybuchowy finał miał miejsce trzeciego kwietnia. Niedoszły pojazd o nazwie własnej Starship SN3 miał docelowo posłużyć do pierwszych testów z trzema nowymi silnikami Raptor i wykonać krótkie loty w atmosferze. Niestety podczas prób polegających na wypełnianiu zbiorników paliwem doszło do katastrofy. Konstrukcja zawaliła się pod własnym ciężarem.

Elon Musk twierdzi, że nie był to problem z samym statkiem, ale popełniono błąd przeprowadzając testy. W głównym zbiorniku paliwa (ciekłego tlenu) nie utrzymano odpowiednio wysokiego ciśnienia. Bez tego cała konstrukcja została pozbawiona wystarczającej sztywności i nie utrzymała całkowicie wypełnionego górnego zbiornika z ciekłym azotem (formalnie to zbiornik na metan, ale testy są przeprowadzane z bezpieczniejszym azotem).

Nauka z wpadek

Wypadek podczas testu zniszczył większość Starship SN3, ale dolna część silnikowa ocalała i ma zostać ponownie wykorzystana. W kompleksie produkcyjnym SpaceX umieszczonym w małej teksańskiej wiosce Boca Chica trwa bowiem seryjna produkcja kolejnych wersji pojazdu. Obecnie trwa już montaż Starship SN4, który być może wreszcie oderwie się od ziemi. Trwa też wstępna produkcja SN5. Musk deklaruje, że chciałby produkować pod koniec 2020 roku nawet jeden pojazd tygodniowo. Wszystkie z drobnymi stopniowymi poprawkami.

To ma być ta metoda w pozornym szaleństwie SpaceX. Seryjna produkcja połączona z wyciąganiem nauki z błędów i szybkie wprowadzanie poprawek w kolejnych egzemplarzach. Takiego rewolucyjnego podejścia obecnie nie stosuje nikt w przemyśle kosmicznym. Byłoby to zdecydowanie zbyt kosztowne i ryzykowne. Standardowa współczesna rakieta kosmiczna powstaje wiele miesięcy a niektóre nawet dłużej niż rok. Kosztują dziesiątki milionów dolarów lub więcej. Testuje się je na skomplikowanych i drogich stanowiskach oraz wyrzutniach.

Standardowe obecnie podejście zakłada więc, że cały proces projektowania, produkcji oraz testów jest bardzo skrupulatny i nastawiony na sukces za pierwszym razem. Musk postanowił zrobić odwrotnie. I na razie łatwo mu nie idzie.

Widok na wnętrze jednego z dwóch głównych zbiorników paliwa w pojeździe Starship. Wyraźnie widać, że nie jest to tak precyzyjne wykonanie jak w standardowo produkowanych rakietachWidok na wnętrze jednego z dwóch głównych zbiorników paliwa w pojeździe Starship. Wyraźnie widać, że nie jest to tak precyzyjne wykonanie jak w standardowo produkowanych rakietach Fot. Elon Musk/Twitter

Jeden za drugim na złom

Przez ostatnie dwa lata powstało aż siedem testowych i eksperymentalnych egzemplarzy przyszłego statku kosmicznego Starship. Jeszcze w 2019 roku trzy "podskoki" przy użyciu jednego silnika Raptor wykonał bardzo, ale to bardzo prymitywny pojazd nazwany Starhopper. Po zakończeniu testów z jego udziałem w sierpniu 2019 roku Musk bardzo optymistycznie mówił o pierwszych wysokich lotach pierwszego pełnoprawnego prototypu wiosną 2020 roku.

Niestety już jesienią 2019 roku Starship Mk1 eksplodował podczas testów zbiorników paliwa. Ten główny nie wytrzymał ciśnienia i został rozerwany. Okazało się, że spawy w krytycznych miejscach były za słabe. W efekcie budowany w podobny sposób pojazd Mk2 został odrzucony jako wadliwy i rozmontowany. Postanowiono skupić się na istotnie ulepszonym Mk3.

 

Jednocześnie przeprowadzono gruntowną reorganizację całej produkcji i zmieniono oznaczenia. Starship Mk3 od tej pory występował jako Starship SN1. Zrezygnowano też z równoległej produkcji pojazdów na Przylądku Canaveral na Florydzie i złomowano nieukończone tam Mk2 i Mk4.

Pech nie przestał jednak prześladować programu. SN1 (ex Mk3) również eksplodował podczas testów ciśnieniowych zbiorników paliwa. Miało to miejsce w ostatnich dniach lutego 2020 roku. Ponownie zawiodły spawy, choć wcześniej podczas testów dodatkowo zbudowanych samych zbiorników paliwa udało się osiągnąć zadowalające wyniki. Kolejny bardzo podstawowy prototyp SN2 miał przejść udane testy odporności na początku marca. Nie planowano użycia go do niczego innego.

 

Dopiero co zniszczony SN3 miał służyć do pierwszych próbnych odpaleń silników Raptor (trzy dla niego przeznaczone są już w Boca Chica) i krótkich skoków w atmosferze. Będący obecnie w zaawansowanej budowie SN4 miał wykonywać dłuższe loty. Nie jest jeszcze jasne czy te plany się zmienią.

SN5 i SN6 mają powstać późną wiosną. Założenie jest takie, że posłużą do bardziej zaawansowanych testów i być może jeden z nich pod koniec roku poleci w kosmos. O ile też nie skończą wybuchowo jeszcze na ziemi.

Są już za to serynie produkowane, testowane i ulepszane silniki dla nich, wspomniane raptory. Firma Muska podchodzi do ich opracowania podobnie jak do opracowania samych pojazdów. Nie doszło jednak do tylu spektakularnych awarii, choć przeprowadzono już wiele próbnych odpaleń. Raptory mają być pierwszymi tak dużymi silnikami rakietowymi, których głównym paliwem będzie metan. SpaceX twierdzi, że w pewnych kategoriach to obecnie najlepsze silniki na świecie a do tego wielokrotnego użytku i bardzo ekonomiczne.

Trzy silniki Raptor w Boca Chica. Miały zostać zamontowane na już nieistniejącym Starship SN3Trzy silniki Raptor w Boca Chica. Miały zostać zamontowane na już nieistniejącym Starship SN3 Fot. Elon Musk/Twitter

Stawka jest duża

Nie jest jeszcze przesądzone, że rewolucyjne i ryzykowne podejście Muska się opłaci. Na razie bardziej dają o sobie znać jego negatywne strony. Budowane w dużym tempie i w prymitywnych warunkach przez mało doświadczonych ludzi (początkowo głównie firmy od budowy wież ciśnień i temu podobnych konstrukcji stalowych) pojazdy Starship okazują się zawodne. Być może z czasem i zdobywanym doświadczeniem uda się przełamać złą passę.

Stawka jest bardzo duża. Jeśli w końcu się uda i ukochany projekt Muska zmaterializuje się tak jak wygląda w materiałach reklamowych, to będzie czymś przełomowym. W teorii ma to być pierwszy seryjnie budowany międzyplanetarny statek kosmiczny wielokrotnego użytku. Starship ma mieć kilka wersji ale w podstawowej ma zabierać na orbitę do stu ton ładunku lub nawet kilkudziesięciu pasażerów. Ma być też zdolny do długotrwałych lotów na Księżyc i Marsa oraz do lądowania tamże.

Uzupełnieniem samego pojazdu Starship ma być jego rakieta nośna o roboczej nazwie Super Heavy, która będzie wynosić go na orbitę. Ona też ma być wielokrotnego użytku i lądować na Ziemi. Na razie nie powstał nawet jeden prototyp.

To wszystko daje zestaw możliwości, jakich nie miał do tej pory żaden pojazd kosmiczny. Wszystko ma być też bardzo tanie. Jeden lot docelowo ma kosztować kilka milionów dolarów co jak na deklarowane możliwości byłoby kwotą absurdalnie małą. Dzisiaj loty najcięższych rakiet i tak zdolnych wynieść na orbitę kilka razy mniejszy ładunek, kosztują co najmniej kilkadziesiąt milionów dolarów albo i więcej.

Choć na razie droga do tego celu jest bardzo wyboista, to Musk już udowodnił, że potrafi pokonać bardzo duże przeciwności losu i dopiąć swojego. Tym bardziej, że program Starship jest finansowany z własnych pieniędzy SpaceX, więc nie trzeba się oglądać na akcjonariuszy i inwestorów żądających wyników już teraz. Musk nie ukrywa, że doprowadzenie tego projektu do końca to jego największa ambicja. Jego zdaniem ludzkość musi stać się gatunkiem międzyplanetarnym, aby przetrwać. Będąc przywiązani tylko do Ziemi mamy potencjał albo się na niej wybić sami, albo zginąć w jakiejś katastrofie. Jeśli stworzymy samowystarczalne kolonie na Księżycu czy Marsie, to jest spora szansa, że ludzkość gdzieś przetrwa.