Z informacji południowokoreańskiej agencji wywiadowczej NIS wynika, że w październiku tego roku Korea Północna bezpośrednio włączyła się w wojnę Rosji przeciw Ukrainie. W ramach militarnego wsparcia zbrodniczych działań Władimira Putina do rosyjskiej bazy we Władywostoku miało trafić 1500 żołnierzy z KRLD.
Na początku listopada dziennikarz "Financial Times", Gideon Rachman, opublikował na portalu X dość zaskakujący wpis dotyczący pierwszych efektów (bynajmniej nie militarnych) pobytu wojskowych z Pjongjangu w Rosji.
Źródło, które zazwyczaj jest wiarygodne, przekazało mi, że północnokoreańscy żołnierze, którzy zostali wysłani do Rosji, nigdy wcześniej nie mieli nieograniczonego dostępu do internetu. W rezultacie zafascynowali się pornografią
- stwierdził Gideon Rachman. Choć komentator "Financial Times" nie poparł swoich twierdzeń konkretami, jego słowa wywołały w sieci prawdziwą burzę. Na tyle dużą, że w odniósł się do nich sam Pentagon. W rozmowie z branżowym serwisem Task & Purpose rzecznik amerykańskiego Departamentu Obrony, podpułkownik Charlie Dietz zaprzeczył, jakoby Biały Dom posiadł jakąkolwiek wiedzę w temacie uzależnienia żołnierzy z KRLD od internetu i pornografii.
Choć brzmi to zabawnie, to jednak nie mogę potwierdzić żadnych północnokoreańskich nawyków internetowych. Nic nie wiadomo mi również o tym, by żołnierze z tego kraju uczestniczyli w Rosji w ‘wirtualnych zajęciach dodatkowych'
- przekazał Dietz. Dodał, że Pentagon koncentruje się na "poważniejszych aspektach zaangażowania Korei Północnej, jeśli takowe w ogóle ma miejsce, w operacje wojskowe prowadzone przez Rosję".
Oczywiście nie ma sposobu na weryfikację plotek dotyczących rzekomego uzależnienia żołnierzy z Korei Północnej od internetu i pornografii. Dość powiedzieć, że sama Moskwa zaprzecza nawet jakoby wojska KRLD w ogóle stacjonowały w Rosji.
Niezaprzeczalnym faktem jest natomiast to, że Korea Północna znajduje się w niemal całkowitej izolacji od globalnego internetu, a w ostatnich latach sytuacja wcale nie zmieniła się na lepsze. Dla przeciętnego Koreańczyka z Północy synonimem internetu jest tzw. Kwangmyong. To wewnętrzna sieć intranetowa, która jest w całości kontrolowana przez reżim. Uruchomiony w 2001 roku Kwangmyong daje obywatelom dostęp do kont poczty elektronicznej, wyszukiwarki, forów społecznościowych oraz - wedle różnych źródeł - nawet kilku tysięcy stron intranetowych, które są ściśle nadzorowane przez aparat.
Pod koniec 2016 r. mieszkańcy Korei Północnej uzyskali możliwość bezprzewodowego łączenia się z siecią Kwangmyong za pośrednictwem smartfonów, tabletów oraz innych urządzeń wyposażonych w karty SIM. Stało się to możliwe dzięki uruchomieniu nowego łącza Mirae (dosł. - przyszłość) zbudowanego w oparciu o sieć zewnętrznych nadajników Wi-Fi.
Obecnie mieszkańcy KRLD mogą czytać w zamkniętej sieci cyfrowe wydania propagandowych gazet, robić zakupy (również te spożywcze), oglądać firmy oraz seriale na platformie streamingowej Manbang, czyli lokalnym odpowiedniku Netfliksa, a nawet grać w gry on-line, które przywodzą na myśl zachodnie produkcje MMO sprzed ponad 20 lat.
Cały czas mówimy tu o dostępie do INTRANETU, a nie INTERNETU. Łączność z globalną siecią WWW jest w Korei Północnej zarezerwowana wyłącznie dla rządzących elit oraz turystów. Z opublikowanego w lutym 2024 r. raportu przygotowanego przez firmę DataReportal wynika, że KRLD pozostaje krajem o najmniejszym ruchu internetowym na świecie. Stały dostęp do sieci ma tu ok. 0,1 procent obywateli.
Jak opowiada w swoim reportażu Roman Husarski z "Działu Zagranicznego", turyści odwiedzający KRLD mogą korzystać z internetu, a nawet publikować posty na Facebooku i Instagramie. Dostęp do Wi-Fi oferują niektóre hotele, ale sieć zazwyczaj jest przeciążona. Alternatywą jest kupno karty SIM. Sęk w tym, że kosztuje ona równowartość nawet 1000 zł, a każde doładowanie to wydatek rzędu 100 zł za 50 MB transferu. Turyści i tak znajdują się jednak w uprzywilejowane pozycji.
Zwykli Koreańczycy nie mogą liczyć nawet na tyle. Chociaż w niektórych miejscach stolicy są darmowe hotspoty Wi-Fi, a wiele osób ma smartfony i w metrze łatwo spotkać zapatrzone w nie osoby, to urządzenia nie mają możliwości wyszukania innej sieci niż państwowa mirae (dosł. 'przyszłość').
- tłumaczy w rozmowie z Romanem Husarskim Nam Bada, sekretarz generalny People for Successful Corean Reunification (PSCORE), pozarządowej organizacji z Seulu zajmującej się m.in. pomocą uchodźcom z Korei Północnej.
Komputery i laptopy, za pośrednictwem których Koreańczycy łączą się z siecią Kwangmyong, wyposażone są w system operacyjny Red Star OS. Ten jedynie legalny OS w kraju został oparty na Fedorze (jedna z dystrybucji Linuksa). Pod względem interfejsu początkowo przypominał on Windowsa XP, choć obecnie zdecydowanie bliżej mu do starszych dystrybucji MacOS.
Pierwsza wersja Red Star OS została wydana w 2008 r. przez Koreańskie Centrum Komputerowe. Od tego czasu system doczekał się kilku kolejnych wydań, które rozszerzały oferowane funkcje. Najnowsza wersja, czyli Red Star OS 4.0 daje użytkownikom dostęp m.in. do pakietu biurowego, kalendarza, kalkulatora, odtwarzacza multimediów i zmodyfikowanej przeglądarki internetowej Naenara, opartej na Mozilli Firefox.
W 2015 r. dwaj niemieccy eksperci ds. cyberbezpieczeństwa Florian Grunow i Niklaus Schiess, przyjrzeli się Red Star OS, a wnioski płynące z ich analizy nie powinny być dla nikogo zaskoczeniem. Użytkownicy komputerów w KRLD poddawani są ciągłej inwigilacji. Każdy utworzony plik otrzymuje znak wodny w postaci numeru seryjnego komputera, a ten - rzecz jasna - jest przypisany do konkretnej osoby. W systemie Red Star OS zaszyta jest także "furtka" (pod postacią programu antywirusowego), która umożliwia służbom zdalne usunięcie dowolnego pliku znajdującego się na danym sprzęcie.
Choć reżim Kim Dzong Una robi wszystko, aby izolować obywateli od świata zewnętrznego, to w ostatnich latach Pjongjang poluzował nieco restrykcje dotyczące korzystania z urządzeń elektronicznych. W efekcie już około 80 procent populacji tego kraju może mieć dostęp do sieci telefonicznej, a od 15 do 25 proc. obywateli posiada telefony komórkowe, w tym smartfony. Rośnie też popularność tabletów.
Oczywiście, tak jak w przypadku komputerów, urządzenia mobilne działają w wewnętrznych i zamkniętych sieciach (m.in. Koryoling oraz Byol Star) i nie mają dostępu do internetu. Koreańczycy mogą do siebie dzwonić, wysyłać SMS-y i korzystać z zasobów Kwangmyong, ale ze światem zewnętrznym się nie połączą.
Smartfony, tablety i inne urządzenia elektroniczne muszą przejść przez wieloetapowy proces rejestracji w północnokoreańskim Ministerstwie Poczty i Telekomunikacji. Co więcej, istnieje też obowiązek instalacji oprogramowania uwierzytelniającego PyongyangSong, który zapewnia reżimowi wgląd w historię połączeń oraz zawartość pamięci urządzenia.
W 2016 roku miał miejsce incydent, na skutek którego upubliczniono listę wszystkich stron internetowych działających w północnokoreańskiej domenie .kp. Warto dodać, że nie chodzi tu o dostępne dla samych Koreańczyków witryny z sieci Kwangmyong, ale o strony, z którymi można połączyć się z dowolnego miejsca na ziemi. Reżim w Pjongjangu nigdy nie ukrywał ich przed światem zewnętrznym, ale też specjalnie się nimi nie chwalił. Z tego powodu dopiero ów "wyciek" dał nam pełen obraz północnokoreańskiego internetu.
A jest to obraz niezbyt imponujący, gdyż pełna lista adresów liczy zaledwie 28 pozycji. Znajdziemy tu m.in. stronę linii lotniczej Air Koryo, serwis poświęcony północnokoreańskiej kuchni, witrynę gazety "Voice Of Korea", rządowy portal Naenara, a także stronę zachęcającą turystów do odwiedzenia Korei Północnej.
Wszystkie te serwisy mają dwie cechy wspólne: wyglądają siermiężnie (niczym polskie portale z przełomu lat 90. oraz 00.) i zajmują się głównie wychwalaniem Kim Dzong Una pod niebiosa oraz przekonywaniem, że miłość do Szanownego Przywódcy jest w tym narodzie powszechna.
Co ciekawe, swoją oficjalną stronę internetową ma również ambasada Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej w Polsce (choć ta znajduje się akurat w polskiej domenie). W serwisie tym możemy przeczytać m.in., że "Korea jest niezależnym i suwerennym państwem, jednak Południe ciągle jest kontrolowane przez imperialistyczne interesy i amerykańską klikę".