DeepSeek stał się w ostatnich dniach prawdziwym fenomenem. Jego twórcy twierdzą, że można bowiem stworzyć zaawansowany model językowy (LLM) za ułamek tego, co na inwestycje w AI przeznaczają takie firmy, jak Meta, Google czy też OpenAI. Oczywiście opowieści o tym, że młody chiński startup zbudował swój model za 6 mln dolarów można włożyć pomiędzy bajki, o czym więcej przeczytacie w tym tekście.
Nawet jeśli jednak DeepSeek zainwestował w swoje nowe narzędzie nie kilka, ale kilkadziesiąt lub kilkaset milionów dolarów, to kwota ta jest niczym w porównaniu z setkami miliardów dolarów, które w sztuczną inteligencję wkładają firmy z tzw. Wspaniałej Siódemki.
Kilka dni temu DeepSeek udostępnił aplikację ze swoim modelem. Jest dostępna za darmo na smartfonach z Androidem i iOS. Warto zaznaczyć, że wbrew błędnym informacjom przekazywanym przez część mediów NIE JEST ona oparta na najbardziej zaawansowanym modelu R1 (to właśnie on pokonał w testach model OpenAI o1), ale na "słabszym" modelu DeepSeek V3, który miał swoją premierę w grudniu 2024 r. V3 - jak twierdzi firma - wygrywa w benchmarkach zarówno z otwartym modelem Llama od Mety, jak również z zamkniętymi modelami, takimi jak GPT-4o od OpenAI.
Od poniedziałku aplikacja DeepSeek bije rekordy w sklepach Google Play i Apple App Store. W obydwu przypadkach znajduje się obecnie na szczycie listy najchętniej pobieranych aplikacji, zostawiając w tyle m.in. ChataGPT. DeepSeek cieszy się ogromnym zainteresowaniem również w Polsce.
Czy chińska aplikacja AI jest jednak bezpieczna? Jakie informacje na nasz temat zbiera? Gdzie trafiają te dane? Przed zainstalowaniem DeepSeek na swoim smartfonie postanowiłem zajrzeć do polityki prywatności firmy. Kilka zapisów może budzić wątpliwości.
Dane osobowe, które od Ciebie zbieramy, mogą być przechowywane na serwerze znajdującym się poza krajem, w którym mieszkasz. Przechowujemy zebrane informacje na bezpiecznych serwerach znajdujących się w Chińskiej Republice Ludowej
- czytamy w dokumencie opublikowanym przez DeepSeek.
No dobrze, a jakie konkretnie dane na nasz temat zbiera. DeepSeek? Okazuje się, że jest tego całkiem sporo. To nie tylko adres e-mail, numer telefonu i data urodzenia, ale również wszelkie dane wprowadzone przez użytkownika podczas korzystania z aplikacji, w tym tekst, dźwięk i historia czatów. Do tego dochodzą również tzw. informacje techniczne - od modelu urządzenia, z którego korzystamy, przez system operacyjny, adres IP, a skończywszy na "wzorcach naciśnięć klawiszy".
W tym miejscu warto zaznaczyć jednak, że polityka prywatności DeepSeek w niewielkim stopniu różni się od tej stosowanej przez konkurencyjne amerykańskie modele AI, jak ChatGPT od OpenAI czy Gemini od Google. Różnica polega na tym, że w tym drugim przypadku nasze dane trafiają nie do Chin, ale do Stanów Zjednoczonych.
W przypadku każdego otwartego modelu sztucznej inteligencji z interfejsem internetowym lub aplikacyjnym - w tym również, ale nie wyłącznie, DeepSeek - komendy lub pytania zadawane sztucznej inteligencji stają się dostępne dla twórców tego modelu, podobnie jak odpowiedzi
- tłumaczy Emily Taylor, szefowa Oxford Information Labs, cytowana przez portal BBC. - Dlatego każda osoba pracująca w obszarach poufnych lub związanych z bezpieczeństwem narodowym musi być świadoma tych zagrożeń - dodaje.
Jest jednak jeden zapis w polityce prywatności DeepSeek, który może budzić większe wątpliwości. Chodzi o okres, po którym firma usuwa ze swoich serwerów dane na temat użytkowników. Przykładowo Google może trzymać takie dane przez 3 lata (!), z kolei OpenAI usuwa je po 30 lub 90 dniach. Jak wygląda to w przypadku chińskiego modelu AI?
Polityka prywatności DeepSeek stanowi, że firma przechowuje informacje o użytkownikach "tak długo, jak jest to konieczne do świadczenia naszych Usług i w innych celach określonych w niniejszej Polityce prywatności".
Wątpliwości budzi również stosowana przez DeepSeek autocenzura. Choć takie aplikacje jak ChatGPT czy Gemini również blokują możliwość rozmowy na niektóre tematy (chodzi m.in. o treści odwołujące się do rasizmu czy przemocy seksualnej), to jednak w przypadku chińskiego rozwiązania wspomniana autocenzura jest dość ordynarna.
Przekonał się o tym chociażby mój redakcyjny kolega Dominik Moliński, który zapytał DeepSeek m.in. o to, co wydarzyło się w 1989 roku na placu Tiananmen. Odpowiedź była - delikatnie mówiąc - niezbyt satysfakcjonująca >>> Więcej na ten temat przeczytasz w tym tekście.