Miliarderzy chcą, byś całował ich po butach za AI. Uważają się za Prometeuszy

Daniel Maikowski
Satya Nadella i Jensen Huang, prezesi wycenianych nie na miliardy, ale na biliony dolarów spółek, mają dość naszego narzekania. Irytuje ich to, że nazywamy cyfrowe śmieci "AI slopem" oraz nasz strach o przyszłość. Dla nich problemem nie są dziś niedoskonałości technologii, a tym bardziej społeczne koszty ich wdrażania. Problemem jesteśmy my, bo nie potrafimy docenić daru, jaki zstąpił na nas z krzemowego nieba.
Jensen Huang i Satya Nadella
fot. Reuters/Agencja Wyborcza.pl

Choć entuzjazm wokół sztucznej inteligencji wciąż napędza giełdowe indeksy, to jednak w społecznym odbiorze zaczyna ustępować miejsca zmęczeniu i irytacji. Niedawno twórcy słynnego słownika Merriam-Webster uznali termin "slop" (oznaczający bezwartościową papkę generowaną przez AI) za jedno z najważniejszych słów minionego roku. To wyraźny sygnał, że czara goryczy powoli się przelewa. 

Zobacz wideo Najsłabszym elementem każdego systemu jest człowiek. Oto błędy programistyczne, które skończyły się katastrofą [TOPtech]

"Rower dla umysłu" czy "młot na pracowników?"

Gdy rzeczywistość skrzeczy, najlepiej zmienić jej definicję. Z takiego założenia zdaje się wychodzić Satya Nadella. Prezes Microsoftu, widząc rosnącą społeczną niechęć do GenAI oraz zalewających sieć śmieciowych treści, postanowił zainterweniować.

W opublikowanym pod koniec grudnia 2025 roku wpisie na blogu, utrzymanym w typowym dla niego tonie natchnionego wizjonera, zaapelował, aby ludzie przestali używać określenia "slop" Jego propozycja? Powrót do metafory użytej kiedyś przez Steve’a Jobsa i nazywanie AI "rowerem dla umysłu". Nadella twierdzi, że powinniśmy postrzegać sztuczną inteligencję jako "rusztowanie dla ludzkiego potencjału", a nie jego substytut.

Musimy wyjść poza spory typu 'bełkot kontra wyrafinowanie' i wypracować nową równowagę w naszej 'teorii umysłu' - taką, która uwzględnia fakt, że ludzie są dziś wyposażeni w nowe narzędzia wzmacniające zdolności poznawcze, gdy wchodzą ze sobą w relacje

- czytamy we wpisie Nadelli, który momentami brzmi, jakby sam został wygenerowany przez ChatGPT.

Szef Microsoftu chce, by branża przestała mówić o AI jako czymś, co wkrótce zastąpi ludzi. Problem w tym, że działy marketingu firm technologicznych (w tym te sprzedające rozwiązania oparte na "agentach AI") robią dokładnie to: reklamują swoje produkty, obiecując redukcję kosztów pracy ludzkiej.

Sam Microsoft w 2025 roku zwolnił ponad 15 000 pracowników, mimo rekordowych przychodów, tłumacząc to "transformacją AI" i koniecznością dostosowania działalności firmy do nowej ery. Nadella w jednej ręce trzyma orle pióro, pisząc peany o "wzmacnianiu ludzkiego potencjału", a drugą podpisuje zwolnienia, które są bezpośrednim skutkiem przesuwania kapitału w stronę algorytmów.

Tymczasem Jensen Huang, prezes Nvidii - firmy, której rynkowa wycena dzięki gorączce AI poszybowała do absurdalnych poziomów - idzie o krok dalej. Podczas swojej niedawnej wizyty w podcaście "No Priors", stwierdził, że powinniśmy przestać być tak negatywnie nastawieni do AI. Huang uważa, że "narracja o zagładzie" (tzw. doomer narrative) jest "niepomocna dla społeczeństwa".

Szef Nvidii wskazuje na grupę branżowych ekspertów, którzy ostrzegając przed nieskrępowanym rozwojem sztucznej inteligencji, tak naprawdę szkodzą ludzkości. Oskarża ich także o kolportowanie wizji rodem z książek i filmów science-fiction. "To nie pomaga branży, to nie pomaga rządom" - grzmi.

Choć Jensen Huang łaskawie przyznaje, że krytycy mogą mieć czasem rację (nie podając jednak żadnego konkretnego przykładu), jego przesłanie jest jasne: przestańcie straszyć, bo psujecie interesy. Kiedy Dario Amodei, szef Anthropic, ostrzegał, że AI może w ciągu najbliższych pięciu lat wyeliminować połowę stanowisk biurowych niższego szczebla, Huang zbył to jako sianie strachu mające promować firmę Amodei'a.

Wieże z kości słoniowej

Wypowiedzi Nadelli i Huanga budzą niesmak nie tylko dlatego, że ignorują oczywiste sygnały ostrzegawcze, ale również dlatego, że są pozbawione elementarnej wrażliwości społecznej. To przykład syndromu "wieży z kości słoniowej". Ludzie, otoczeni kordonem asystentów i potakujących klakierów, zdają się nie rozumieć, dlaczego zwykły człowiek nie pieje z zachwytu na widok kolejnego asystenta AI.

Miliarderzy nie widzą problemu "slopu", bo sami nie muszą przedzierać się przez śmietnisko, jakim stał się współczesny internet. Dla nich AI to eleganckie wykresy wydajności w chmurze Azure oraz rosnące słupki sprzedaży układów GPU. Dla przeciętnego użytkownika AI to zalew spamu w wyszukiwarkach, fałszywe reklamy na Facebooku, wygenerowane przez boty komentarze i groteskowe grafiki zalewające media społecznościowe. Nazywanie tego "rowerem dla umysłu" jest dziś policzkiem dla każdego, kto próbuje znaleźć w sieci rzetelną informację i tonie w oceanie algorytmicznych pomyj.

Jeszcze bardziej rażący jest ich stosunek do rynku pracy. Nadella i Huang bagatelizują lęki o zatrudnienie, nazywając je "niepomocnymi". Tymczasem dane są niepokojące. Jak wynika z opublikowanego pod koniec ubiegłego roku raportu Massachusetts Institute of Technology, sztuczna inteligencja już dziś ma techniczne możliwości wykonywania zadań odpowiadających pracy ok. 12 procent amerykańskiej siły roboczej.

Firmy tną koszty. Również w Polsce. Juniorzy w sektorze IT, który do niedawna był niemalże synonimem "zawodowego eldorado", mają problem ze znalezieniem pierwszej pracy, graficy i copywriterzy widzą, jak ich stawki spadają. Duże medialne koncerny ogłaszają kolejne zwolnienia grupowe. Strach przed utratą pracy i stabilności finansowej nie jest dziś "narracją science-fiction". Jest codziennością milionów ludzi, którzy nie mają opcji giełdowych Nvidii, by osłodzić sobie niepewność jutra.

Ultrabogaci prezesi pomijają też milczeniem gigantyczne koszty ukryte tej rewolucji. Ludzie widzą, jak przepalane są miliardy dolarów na modele, które nie potrafią poprawnie policzyć palców u dłoni. Widzą rosnące ceny energii i wpływ centrów danych na środowisko - AI zużywa tyle wody i prądu co małe państwa, a wszystko po to, byśmy mogli obejrzeć kolejny bezwartościowy film na TikToku. 

Technologiczni Prometeusze

Najbardziej irytująca w postawie Nadelli i Huanga jest jednak ich roszczeniowość. Próbują narzucić nam język, jakim mamy opisywać ich produkty. Wiedzą bowiem, że język jest najpotężniejszym narzędziem do kreowania rzeczywistości. Chcą pełnej kontroli nad dyskursem. Jeśli nie nazywasz AI "wzmacniaczem potencjału", jesteś "hamulcem dla rozwoju technologii". Jeśli obawiasz się o przyszłość cywilizacji lub po prostu o swoją pracę i stabilność finansową, jesteś "szkodliwym doomerem".

To próba odebrania nam prawa do krytyki. Miliarderzy oczekują, że będziemy wdzięczni za technologię, o którą nikt nie prosił w takiej formie, i która jest wdrażana w tempie uniemożliwiającym jakąkolwiek społeczną adaptację czy regulację. Zamiast dialogu, dostajemy korporacyjne połajanki.

Satya Nadella i Jensen Huang żyją w bańce, w której technologia jest celem samym w sobie, a nie narzędziem. Z ich perspektywy, wszelkie tarcia społeczne to błędy w kodzie, które trzeba zignorować lub zoptymalizować nową narracją. Nie rozumieją, że opór przed "slopem" to nie kwestia braku edukacji technologicznej, ale mechanizm obronny przed zalewem bylejakości.

Wydaje im się, że są Prometeuszami, którzy dali ludzkości ogień. Tymczasem - póki co - dali nam kolejny durny filmik z grającym na fortepianie kotem w skafandrze kosmonauty.

Daniel Maikowski
Więcej o: