Spiders Web: Smacznego telefoniku!

Komórka jest chyba najbardziej żarłocznym z gadżetów, jakie kiedykolwiek powstały. W ciągu kilku ostatnich lat połknęła kilka kategorii przenośnych urządzeń. I wygląda na to, że to wcale nie koniec.
SMS
fot. Agencja Wyborcza.pl

Palmtopy de facto zniknęły z rynku nigdy nie osiągając masowej popularności. Ich miejsce zajmują dziś sprzedawane w dziesiątkach milionów sztuk smartfony. Producenci odtwarzaczy MP3 z rozrzewnieniem wspominają tłuste lata na początku XXI wieku - teraz muzyki słucha się z telefonów. Nawet tych najtańszych, za złotówkę. Mało kto potrzebuje osobnego kalkulatora. Zegarki? Coraz częściej sprawdzamy czas na ekranie komórki. Telefon jest nienasycony.

Skąd ten głód?

Z wygody. Lista elementów, z których składa się każdy z przenośnych gadżetów ma kilka żelaznych punktów. Są wśród nich bateria (akumulator), ekran (pomińmy na chwilę wybryki "natury" w rodzaju iPoda shuffle) i przyciski służące do sterowania urządzeniem (względnie - dodatkowa, czuła na dotyk warstwa wyświetlacza). Te bardziej zaawansowane (palmtopy, odtwarzacze MP3) potrzebują poza tym wydajnego procesora, pojemnej pamięci flash i przynajmniej jednego złącza (USB, WiFi, Bluetooth, itd.). Każdy ze wspomnianych elementów zajmuje określoną powierzchnię i ma jakąś masę. Część z nich (procesor, pamięć) da się zminiaturyzować, jednak pozostałe (ekran, bateria, przyciski) opierają się temu trendowi.

A mówimy przecież o urządzeniach przenośnych - czyli takich, w przypadku których każdy dodatkowy gram i centymetr sześcienny jest problemem. Po co nosić przy sobie kilka urządzeń, których elementy dublują się z punktu widzenia funkcjonalności? Po co pamiętać o ładowaniu trzech baterii, jeśli wystarczy podłączać do ładowarki tylko jeden gadżet? Po co płacić za to samo wiele razy? Przenośne gadżety mają dążenie do integracji zapisane w swoich genach.

To jednak nadal nie tłumaczy, dlaczego to właśnie telefon komórkowy połknął odtwarzacze MP3, a nie został przez nie połknięty.

Funkcje na kredyt

Odpowiedź leży w liczbach. Na świecie jest obecnie 5 miliardów telefonów komórkowych . W Polsce już od kilku lat mamy więcej aktywnych kart SIM niż obywateli. Olbrzymia popularność komórki naturalnie predestynowała ją do roli uniwersalnego gadżetu. Większa skala produkcji, niższe ceny.

Ale jest coś jeszcze. Telefony komórkowe są sprzedawane w dość specyficzny sposób - zupełnie inaczej niż palmtopy, odtwarzacze MP3 albo komputery. Lwią część sprzętu dostarczają operatorzy komórkowi, w modelu, który najwięcej wspólnego ma ze sprzedażą ratalną (nie nosząc przy tym piętna kredytu - bo przecież płacisz za minuty i SMSy). Podpisujesz umowę na korzystanie z usług, a komórkę dostajesz gratis . Oczywiście, nie ma nic za darmo - cena telefonu jest ukryta w kwocie abonamentu . Tyle, że znacznie łatwiej przełknąć comiesięczną dopłatę (zwłaszcza, jeśli ma się tylko mgliste pojęcie o jej wielkości) niż jednorazowy wydatek. Dodanie nowej funkcji zwiększa cenę telefonu, ale ta różnica - i tak stosunkowo niewielka (by zrobić z komórki odtwarzacz MP3, wystarczy dodać trochę pamięci i rozbudować oprogramowanie - bateria, procesor, przyciski i wyświetlacz i tak już tam są) jest dodatkowo ukryta poprzez podzielenie jej na raty.

Oczywiście, operatorzy mogliby skorzystać ze spadających kosztów produkcji telefonów i konkurować oferując coraz niższe abonamenty. Tyle, że nikomu to się nie opłaca . Niższa opłata, to mniejszy średni przychód z klienta (ARPU) i gorsza marża. A tak się składa, że multimedialny smartfon za złotówkę przemawia do wyobraźni znacznie bardziej niż perspektywa rachunku niższego o kilkanaście, kilkadziesiąt złotych . Poza tym, oferta dotowanych telefonów jest głównym wyróżnikiem operatora na rynku - minuty to minuty, wszystkie są takie same (detale, takie jak jakość sieci interesują niewielu).

Na koniec warto wspomnieć o jeszcze jednym fakcie. Dodawanie kolejnych funkcji może być sposobem na sprzedanie dodatkowych usług. Telefon z przeglądarką WWW? Świetnie, klienci będą potrzebowali pakietów. Własne dzwonki? Na tym też da się zarobić. Odtwarzacz MP3? Czemu nie - może uda się wycisnąć parę złotych ze sklepu z muzyką.

Operatorzy mają wiele powodów, by napędzać rozwój telefonów komórkowych. I jednocześnie - jako najwięksi klienci ich producentów - sporo do powiedzenia w tej kwestii.

Co jeszcze zje telefon?

Kolejne dwa gadżety, które w najbliższych latach zostaną zmarginalizowane przez coraz lepiej wyposażone komórki to kompaktowe aparaty cyfrowe i urządzenia do nawigacji . Oczywiście, telefon nigdy nie będzie robił tak dobrych zdjęć, jak lustrzanka (prawa optyki są nieubłagane), ale - podobno - najlepszy aparat to ten, który akurat mamy pod ręką . W przypadku topowych modeli komórek jakość jest już zupełnie wystarczająca z punktu widzenia zwykłego użytkownika, który nie wie co to winietowanie, głębia ostrości i bokeh. A to właśnie Kowalski, robiący zdjęcia na wakacjach w Chorwacji i na imieninach wujka był jak dotąd głównym klientem producentów cyfrówek. Ci najwyraźniej poczuli pismo nosem - stąd wysyp niedrogich lustrzanek. Prawdopodobnie więc, bardziej ambitni amatorzy zdecydują się na aparaty z wymienną optyką, a tym mniej wymagającym wystarczą telefony.

Wyrok śmierci na urządzenia prowadzące do celu został wydany prawie rok temu , wraz z udostępnieniem darmowej usługi nawigacji w systemie Google Android. Przypieczętowała go Nokia dodając swoje Ovi Maps do szerokiej gamy telefonów, poczynając od kosztującego mniej niż 500 zł modelu 2710 Navigation Edition. Nic dziwnego, że inwestorzy posiadający akcje TomToma i Garmina wpadli w panikę. Nawigacja w telefonie z pewnością nie jest tak dobra, jak topowe modele wspomnianych firm, ale przekonanie klientów, że warto zapłacić kilkaset złotych za kolejne urządzenie, które robi "to samo" co "darmowa" komórka będzie niełatwym zadaniem. Zwłaszcza, że nawigacja jest jedną z najbardziej pożądanych funkcji telefonu komórkowego .

Michał Młynarczyk

Więcej o: