Brzmi trochę absurdalnie? Dla nas też, ale przyjrzyjmy się jak przebiega argumentacja FUU.
Ile jesteś wart dla Facebooka lub innego serwisu społecznościowego?
czytamy na stronie Facebook Users Union . Inicjator, Richard Buchanan, stwierdza, że korzystanie z serwisu w istocie wcale nie jest darmowe - "opłacamy" je podając nasze osobiste dane. W świecie social media użytkownik staje się zarówno odbiorcą treści, jak i ich twórcą. A przecież bez treści i bez użytkowników serwisy typu Facebook nie mają racji bytu . Dlatego też (kontynuuje Buchanan), użytkownicy serwisu powinni móc rościć sobie prawa do części zysków. Szacuje się, że w ubiegłym roku Facebook zarobił ok. 800 milionów dolarów . Jaka część tej kwoty powinna należeć do Ciebie?
FUU nie chce jednak, aby "należna część zysków" przekazywana była na konto użytkownika, lecz aby serwis przekazywał na przykład 10 proc. rocznej "wartości" danej osoby na "szczytny cel" , co w perspektywie osiągniętego niedawno pół miliarda użytkowników dawałoby okrągłą sumkę. Buchanan stworzył nawet cennik przeciętnej działalności użytkownika na Facebooku i skrzętnie wyliczył, że roczna działalność jednej osoby to 75 dolarów i 40 centów. Co Wy na to?
Do Unii Użytkowników Facebooka dołączyło już (w momencie pisania tego tekstu) 71 osób, a do oficjalnego profilu w serwisie ponad 500. Siła nie jest zatem znaczna, ale warto zwrócić uwagę na samo zjawisko. Chyba po raz pierwszy ktoś usiłuje zaktywizować użytkowników największego serwisu społecznościowego na świecie zwracając im uwagę, że to nie Facebook jest dla nich. To oni są dla Facebooka.
Oczywiście, jest w tym sporo racji. Prawdą jest zarówno to, że na naszych prywatnych danych serwisy społecznościowe całkiem nieźle zarabiają jak i fakt, że czasem dość tanio się sprzedajemy . Buchanan wydaje się jednak zapominać, że to sami użytkownicy umieścili w serwisie swoje dane. Rozważałam koncepcję FUU ze wszystkich stron i wciąż nie mogę pozbyć się przekonania, że jest ona absurdalna. Facebook (MySpace, Nasza Klasa, itd.) nie są organizacjami charytatywnymi, oferują nam unikalne usługi, które stają się częścią naszego życia. Firma (jaką jest Facebook) musi zatrudniać programistów, tłumaczy, specjalistów PR , opłacać ogromne serwerownie i zapewne pokrywać jeszcze inne koszta. A mimo to deklaruje że jest i zawsze pozostanie darmowy.
Problem z globalną społecznością, która w dodatku wciąż się powiększa jest taki, że wcześniej czy później ktoś wpadnie na niefortunny pomysł trafiający w sam rdzeń biznesowego funkcjonowania serwisu. Tak, w Internecie " content is king " , ale jakiego rodzaju "kontent" (czyli polskie "treści") tworzą użytkownicy Facebooka? Chyba tylko zdjęcia, chyba że ktoś liczyć chce jeszcze zmiany statusów. Szybki rzut oka na profile znajomych pokazuje jednak, że większość treści jakie są udostępniane to linki do tekstów, znalezionych w Sieci (z których część została "wyprodukowana" za darmo, na przykład wpisy z blogów, a za część autor otrzymał zapłatę). Tak, Facebook przekuwa nasze dane w pieniądze. Ale czy można powiedzieć, że jesteśmy zarówno produktem jak i usługą? Jesteśmy narzędziem, za pośrednictwem którego Facebook stał się imperium, lecz pamiętajmy, że Zuckerberg nigdy (do tej pory) nie atakował nas agresywnymi reklamami , utrzymując w centrum użytkownika-narzędzie, a nie reklamodawców. To zapewne był jeden z ważniejszych czynników dla których udało mu się osiągnąć taką pozycję na rynku.
Przemysław Pająk ze Spider's Web rzuca pytanie co byłoby, gdyby inicjatywa Facebook Users Union spodobała się politykom, którzy zaczęliby nad nią debatować; niestety nie rozwija tego tematu. Moim zdaniem źródło problemu tkwi nie w "roszczeniodawcy", a w mechanizmie społeczności. Prowadzenie serwisu społecznościowego wiąże się z tym, że w momencie gdy zadomowią się na nim użytkownicy, to oni przejmują nad serwisem symboliczną "władzę". Czy to znaczy, że teraz czytelnicy Gazeta.pl wyciągną rękę po "swój" udział w zyskach"? Właściwie, to czemu się ograniczać? Codziennie korzystam z Google'a, który zarabia na mnie miliony wyświetlając spersonalizowane reklamy. A właściwie to kolcem w oku jest mi każda spółka internetowa która osiągnęła sukces i której usługi są dostępne za darmo. Po co się ograniczać?
Joanna Sosnowska