Dzień Wolności Podatkowej czyli pomieszanie z poplątaniem

Rafał Hirsch
W tym roku przypada 15 czerwca, rok temu to było 11 czerwca. Tym razem więc stajemy się wolni od podatkowej opresji państwa 4 dni później. Dzień Wolności Podatkowej to najbardziej jaskrawy przykład niezwykle szkodliwej propagandy, zgodnie z którą państwo jest złe.

Skoro to dzień „wolności”, to sugeruje to, że wcześniej jej nie było. Sytuacja w której nie ma wolności to sytuacja niewolnika. Czyli wygląda na to, że co roku państwo nas zniewala i dopiero gdzieś tam w połowie roku udaje nam się wyswobodzić.

Potrzeby rządu

Oficjalna interpretacja dnia wolności podatkowej jest taka, że tego dnia symbolicznie przestajemy płacić państwu, a zaczynamy zarabiać na siebie. Na stronie Centrum Adama Smitha, które wylicza kiedy ten dzień przypada w Polsce jest napisane, że to „data, od której przestajemy PRZYMUSOWO pracować NA POTRZEBY rządu, a zaczynamy wyłącznie dla siebie i swoich rodzin”. Czyli wcześniej nie zarabialiśmy na siebie. Albo może zarabialiśmy, ale państwo nam ten zarobek zabierało. Siłą oczywiście, jak mafia. Zabierało, żeby za te nasze pieniądze sobie pokrywać swoje potrzeby.

Wielomiliardowe coroczne wydatki państwa idą głównie na wypłaty  świadczeń socjalnych, emerytur, a także na całą masę subwencji dla samorządów, za które utrzymywane są na przykład szkoły. Sporo pochłania też służba zdrowia. Polska jest też w bardzo nielicznej grupie państw NATO, które wydają na obronność nie mniej niż 2 procent PKB. Wygląda na to, że to wszystko zdaniem Centrum Adama Smitha to są „potrzeby rządu”, które finansują przymusowo zniewoleni podatnicy.

Wydatki to nie dochody

Ale w końcu w czerwcu przychodzi ten dzień, kiedy już nie musimy finansować potrzeb rządu i jesteśmy wolni. Tyle, że to nieprawda. Pomijam już sam błędny moim zdaniem sposób rozumienia tego po co jest państwo i jak funkcjonuje. Samo wyliczenie jest błędne, bo Centrum wyliczenia Dzień Wolności Podatkowej na podstawie udziału wydatków publicznych w PKB. Wydatków. Wydatki to nie podatki. Wydatki to podatki plus inne dochody państwa (na przykład zysk NBP) plus deficyt budżetowy. Ten deficyt czasami jest poważny, na przykład w 2010 sięgał 7 procent PKB.

No ale gdyby liczyć dochody państwa, a nie wydatki, to dzień wolności podatkowej przypadałby szybciej, bo w maju. Efekt oburzenia na państwo-mafię byłby zapewne mniejszy. Niewola do czerwca jest bardziej sensacyjna niż niewola do maja.

Dzień wolności podatkowej liczony według wydatków państwa i dochodów państwaDzień wolności podatkowej liczony według wydatków państwa i dochodów państwa Centrum im. Adama Smitha, obliczenia własne

Swoją drogą ciekawie wygląda porównanie tego kiedy w danym roku przypada Dzień Wolności Podatkowej do tempa wzrostu gospodarczego w tym roku

Dzień Wolności Podatkowej, a wzrost PKB w PolsceDzień Wolności Podatkowej, a wzrost PKB w Polsce CAS, GUS

Wygląda na to, że kiedy tylko Dzień Wolności Podatkowej przesuwał się w stronę daty wcześniejszej, w pierwszą połowę czerwca, gospodarka nam zwalniała.Za to dłuższa niewola podatkowa zdarzała nam się w latach z szybszym wzrostem PKB. Nie twierdzę, że wysokie podatki są super. To po prostu efekt liczenia podatków razem z deficytem, który krótkoterminowo podkręca wzrost.

Wysokie dochody państwa są dobre

Ale jeśli porównamy już tylko same dochody państwa z tempem wzrostu PKB, to też nam wychodzi, że generalnie im wyższe dochody tym lepiej. Z jednego wykresu obejmującego 10 lat nie wynika oczywiście, że tak jest zawsze (w gospodarce nic nie jest „zawsze”), ale jeśli ktoś się upiera, że im niższe podatki tym lepiej dla wzrostu gospodarki, powinien mieć z tym wykresem pewien problem.

Dochody państwa, a wzrost PKBDochody państwa, a wzrost PKB GUS, Eurostat

Możliwe, że wysokie podatki nie szkodzą gospodarce bo pieniądze z tych podatków są przeznaczane na bardzo pożyteczne rzeczy, które tej gospodarce służą. Na przykład na infrastrukturę, która jest zbyt mało dochodowa aby mógł ją finansować kapitał prywatny szukający szybkiego wzrostu z inwestycji. Albo na emerytury. Oczywiście wszystko zazwyczaj można zrobić lepiej, nie twierdzę tu, że nasze państwo działa bez zarzutu. Ale co do zasady jest dla mnie jasne, że wydatki państwa są dobre, a nie złe i warto je finansować podatkami. Dlatego konieczność ich uiszczania nie kojarzy mi się z żadną niewolną. Dlatego kompletnie nie rozumiem pojęcia dnia „wolności” podatkowej. Dla mnie to totalny absurd.

ZOBACZ TEŻ: Czy 500+ jest finansowane przez osoby bezdzietne, czyli skąd państwo ma pieniądze?

Obawiam się jednak, że pomysłodawcy tej imprezy mogą nigdy nie przyznać, że podatki są okej, bo polityczny dogmat o tym, że państwo jest złe jest dla nich nadrzędny – uznają, że państwo wydaje pieniądze gorzej niż ludzie, a redystrybucja dochodu narodowego poprzez budżet jest zła. Czyli to nawet nie tylko podatki są złe, tylko w ogóle wydatki państwa są złe.

Nierówności, a wolność

Moim zdaniem to dlatego, że redystrybucja dochodu kojarzy się z równością. Przynajmniej z dążeniem do równości i likwidowaniem nierówności. Z liberalnego punktu widzenia to złe pomysły, bo równość wyklucza wolność. Wolność w sposób naturalny pozwala na wszelkiego rodzaju nierówności. Z tego wniosek, że redystrybucja pieniędzy poprzez budżet ogranicza zakres wolności.

Mogę się z tym zgodzić, ale niestety jest coś jeszcze. Niestety dożyliśmy takich czasów, w których brak redystrybucji także może nam wolność ograniczać i to może nawet w bardziej dotkliwy sposób. Żyjemy w demokracjach, w których poziom nierówności dochodowych w ostatnich kilkudziesięciu latach wyraźnie wzrósł. Dlaczego? – to temat na inną rozmowę, ale kluczowe jest to, że masa ludzi może czuć się z tym źle. Może mieć poczucie niesprawiedliwości i potrzebę zmiany. Tę potrzebę z łatwością mogą wykorzystywać politycy, którzy zmieniać rzeczywistość mogą tylko na gorsze. W efekcie na końcu tej wolności możemy mieć znacznie mniej niż przy nawet bardzo wysokiej redystrybucji możliwej do uzyskania dzięki nawet wysokim podatkom.

W tym sensie podatki to także forma ubezpieczenia przed potencjalną katastrofą związaną z dojściem do władzy ludzi, którzy wolności nie lubią i nie szanują. Dlatego właśnie Dzień Wolności Podatkowej jest moim zdaniem kompletnie bez sensu. To najbardziej znany i widoczny symbol niesamowicie błędnego myślenia o gospodarce i o państwie.