Volkswagen pozbył się kontrowersyjnej fabryki w Chinach. W tle wielki skandal

Koncern Volkswagen sprzedał fabrykę w chińskim regionie Sinciang. W tle były podejrzenia o łamanie praw człowieka i niewolniczą pracę Ujgurów.
Volkswagen (zdjęcie ilustracyjne)
Fot. REUTERS/Axel Schmidt

Volkswagen rozstaje się ze swoją kontrowersyjną fabryką w chińskim regionie Sinciang. Fabryka i tor testowy w prowincji zostały sprzedane, ogłosiła dziś firma, a nabywcą jest Shanghai Motor Vehicle Inspection Certification (SMVIC), spółka zależna państwowej Shanghai Lingang Development Group. Oznacza to, że VW nie jest już obecny w tej chińskiej prowincji. Firma nie podała ceny zakupu fabryki.

Zobacz wideo Niemiecki polityk o aborcji w Polsce. "Piekło kobiet jest w Niemczech"

Jednocześnie Volkswagen i SAIC przedłużyły swoje partnerstwo o kolejną dekadę do 2040 roku. W ramach joint venture partnerzy planują od 2026 roku "nową ofensywę produkcyjną" i chcą wprowadzić na rynek łącznie 18 nowych modeli samochodów do 2030 roku. Rocznie VW chce sprzedawać cztery miliony aut i osiągnąć w Chinach udział na rynku w wysokości 15 procent.

Zakład w ogniu krytyki

Jako powód sprzedaży fabryki w Chinach VW podał względy gospodarcze. Zakład w regionie Sinciang od lat był jednak przedmiotem krytyki. Region ten zamieszkują Ujgurzy, którzy zdaniem obrońców praw człowieka są zmuszani do pracy przymusowej, torturowani, inwigilowani oraz przetrzymywani w obozach "reedukacyjnych". Chiński rząd zaprzecza tym zarzutom.

Na początku roku niemiecki dziennik "Handelsblatt" podał, iż niewykluczone jest, że przy budowie toru testowego VW w mieście Turpan korzystano z pracowników przymusowych. Gazeta powoływała się na informacje od pracowników VW i analizę jednego z ekspertów. Niemiecki koncern samochodowy zobowiązał się wtedy do przeprowadzenia audytu pod tym względem.

 

Wcześniej pochodzący także z Niemiec koncern chemiczny BASF wycofał się z prowincji Sinciang. Stało się to po tym, jak śledztwo telewizji ZDF ujawniło, że chiński partner BASF inwigiluje Ujgurów. 

(DPA, RTR/stef) 

Artykuł pochodzi z serwisu Deutsche Welle

Więcej o: