"Tygrysy z Europy są masowo eksportowane na wschód. System jest chory, to jedna wielka szara strefa"

Należy przebudować cały system regulacji dotyczący rozrodu, transportu i obrotu egzotycznymi zwierzętami w Polsce i w Unii Europejskiej, bo jak na razie handlarze i hodowcy z powodzeniem omijają przepisy - mówi Maciej Bielak, aktywista i autor bloga animalus.eu. Bielak jest też pasjonatem dzikich zwierząt, który zdobywał doświadczenie m.in. w łódzkim zoo oraz w boliwijskim schronisku dla dużych kotów "Ambue Ari".

Jak to się dzieje, że po całym kontynencie wzdłuż i wszerz jeżdżą transporty z dzikimi zwierzętami, przemierzają tysiące kilometrów przez wiele godzin, a służby de facto są bezradne? Co tutaj nie działa?

To jedna z konsekwencji otwartych granic w Europie. Dziesięć tygrysów, o których dziś mówi cała Polska, przejechało całą trasę z Rzymu aż na Białoruś, nie wzbudzając niczyich podejrzeń.

Osobną sprawą jest fakt, że służby celne nie są w wystarczający sposób przeszkolone do kontrolowania takich transportów. Wiedzą, jak mają wyglądać wzory potrzebnych dokumentów - i mogą sprawdzić tylko to, czy one, kolokwialnie mówiąc, trzymają się kupy. Jeśli na papierze jest tygrys i "na pace" też jest tygrys, to wszystko teoretycznie jest w porządku i można puścić taki samochód dalej.

Celnicy nie są w stanie rozpoznać, jaki podgatunek czy odmiana zwierzęcia jedzie przez Europę. Graniczny lekarz weterynarii też zwykle nie jest specjalistą od zwierząt dzikich czy egzotycznych. Przy przewożeniu zwierząt domowych albo gospodarskich nie ma wielkiej filozofii, ale tutaj możemy mieć do czynienia z sytuacją, że jedna odmiana gatunkowa jest krytycznie zagrożona wyginięciem, a inna nie. Kto na przykład oceni, czy na cyrkowej pace jedzie lew azjatycki czy afrykański?

Zauważmy, że tygrysy zawrócono z Białorusi tylko dlatego, że nie zgadzały się papiery "ludzkie" - tzn. zabrakło ważnych wiz dla kierowców! Dopiero potem dopatrzono się, że dokumenty przewozowe dotyczące zwierząt też mają braki.

Jakie zmiany w prawie są potrzebne?

Należy przebudować cały system regulacji dotyczący rozrodu, transportu i obrotu nietypowymi zwierzętami w Polsce i w Unii Europejskiej, bo jak na razie opiera się on na słowie hodowców i handlarzy. Konwencja o międzynarodowym handlu dzikimi zwierzętami i roślinami gatunków zagrożonych (CITES) jest na terenie Unii obchodzona za pomocą zapisu o tzw. darowiźnie. W sytuacji, gdy zabroniony jest handel zarobkowy, wystarczy powiedzieć, że przewożone zwierzę jest prezentem dla cyrku, ogrodu zoologicznego i zwykle uniknie się kary, choć to de facto jest przecież przekazanie określonej własności. Tak było właśnie w przypadku tych nieszczęsnych tygrysów.

>>> Dziesięć tygrysów utknęło na granicy z Białorusią. Zwierzęta przebyły wielogodzinną podróż z Rzymu. Gdyby nie zatrzymano ich na obrzeżach UE, nie wiadomo, ile z nich przeżyłoby transport:

Zobacz wideo

Czyli to nie był odosobniony przypadek?

Z samych Włoch w ciągu ostatnich 20 lat wyeksportowano na wschód około 300 tygrysów, z Europy ogółem - około 1200.

Pamiętajmy, że w Azji tygrys martwy jest dziś warty nawet więcej niż żywy (ciała zwierząt są na wagę złota w krajach, gdzie kwitnie medycyna alternatywna). Kierowcom więc prawdopodobnie nawet niespecjalnie zależało na tym, aby zwierzęta dotarły na miejsce w dobrym stanie.

Czy dobrze rozumiem, że Unia Europejska jest w stanie uszczelnić prawo, aby takich przypadków było coraz mniej?

Tak, to jest w gestii prawa europejskiego, ale nie tylko. Przepisy, które wypracowano na całym świecie nie nadążają za handlem egzotycznymi zwierzętami. To gigantyczne zyski i gigantyczna szara strefa. Handlarze prześcigają się w coraz to nowych sposobach na ominięcie prawa. Trzeba dążyć do tego, aby tych furtek pozostawiać im jak najmniej: czyli wprowadzić skuteczny zakaz obrotu dzikimi zwierzętami, a potem go egzekwować.

Organizacje broniące praw zwierząt domagają się budowy w Polsce specjalistycznego azylu dla dzikich zwierząt z interwencji, takiego jak ośrodek AAP w Hiszpanii, do którego trafić ma część tygrysów "z Białorusi". To potrzebna inwestycja? 

To próba łatania ogromnego wycieku za pomocą plasterka. Oczywiście, powstanie takiej placówki usprawni przejmowanie zwierząt, ale za chwilę zabraknie na nie miejsca. Za pięć, dziesięć lat potrzebny będzie kolejny ośrodek, a potem kolejny i kolejny...

Faktyczna przyczyna problemu tkwi w systemie, który w całości jest do przebudowy. Obrońcy praw zwierząt powinni przede wszystkim edukować społeczeństwo. Edukować w kwestii tego, że nie warto odwiedzać cyrków ani prywatnych minizoo, na które teraz zapanowała moda. Każde większe gospodarstwo agroturystyczne ma teraz ambicje, aby sprowadzić dzikie zwierzęta: surykatki, szopy, strusie. Szał ostatnimi czasy wzbudzają też papugarnie. Przez ostatnie dwa lata sprowadzono cztery tysiące egzotycznych ptaków. Przecież Polska sama ich nie "wyprodukowała".

Dziękuję za rozmowę.