Permanentna inwigilacja, czyli czego się boję, jak przyjeżdża śmieciarka [LIST CZYTELNIKA]

Przed 7 rano budzi mnie najpierw jazgot nadciągającej śmieciarki, a potem zza okna słyszę wykrzykiwany mój adres. I już wiem, że właśnie trafiłem do notatnika z listą śmieciowych kryminalistów.

Wielka śmieciowa zmiana w sumie kojarzyła mi się dotąd dość dobrze. Kiedy z nowym rokiem w mojej podwarszawskiej gminie pojawiły się nowe zasady segregacji odpadów nie zareagowałem alergicznie i to mimo znacznie podniesionej ceny za ich wywóz. Jasne, grubo ponad 100 zł za śmieci miesięcznie to dotkliwy wydatek, ale wydaje mi się, że rozumiem, dlaczego musi się pojawić w moim domu co najmniej pięć różnych worków na śmieci i czemu muszę za to więcej płacić.

Ponad 20 lat temu jako student ochrony środowiska, wtedy w Polsce kierunku raczkującego, wyjechałem do Holandii na kilka miesięcy. Tam już wtedy, w poprzednim wieku, normą było kilka pojemników na śmieci i kalendarze z zaznaczonymi dniami odbioru, wiszące w każdej kuchni, czy garażu. Dziś w Polsce co tydzień widzę, że nie tylko udaje mi się - chyba z sensem - segregować, ale też, że dzięki tej zmianie zwracam uwagę na to, co kupuję i w co to coś jest opakowane. Śmieci jest po prostu mniej. Serio - jestem entuzjastą rewolucji odpadowej w Polsce i wierzę, że przyniesie dobre efekty. I nie zmienię raczej zdania, choć od kilku tygodni czuję się permanentnie inwigilowany i nieustannie podejrzany.

Kalendarzyk z datami odbioru odpadów mam. Jest super. Większość różnych rodzajów śmieci mam zabierane w środę, poza gabarytami i zielonymi (trawa/liście). Pamiętam pierwszą styczniową środę, bodaj tę po święcie Trzech Króli. Wystawiłem żółty wór z plastikiem, zielony z flaszkami po winie jeszcze ze świąt, związane sznurkiem poskładane tekturowe pudła i papiery oraz 120 litrowy czarny kosz na śmieci z jednym workiem zmieszanych. Zajrzałem pod zlew. W wielkim brązowym worze, którego użyłem do odpadów biodegradowalnych (bo w żadnym sklepie w okolicy nie znalazłem mniejszego i wziąłem taki na liście, żeby kolor się zgadzał) było na dnie kilka skórek po banach, resztki marchewki z zupy, parę ogryzków i fusy z kawy. Olałem i nie wystawiłem. Nawet się nad tym zastanawialiśmy w domu, bo następny odbiór takich śmieci był wg. kalendarza za 2 tygodnie. Argumentowałem, że albo wyrzucę ogryzki na kompost (mamy taki w kącie ogrodu), albo wsadzimy wór do garażu, jak już mocno będzie capić skisłymi cytrynami.

Przypomniałem sobie, że wypełniałem deklarację...

Rano w środę obudził mnie ryk śmieciarki. Najpierw przyjechała ta po zmieszane, tuż za nią  kolejna, na inne kolorki. Przestało być zabawnie. W skrócie wyglądało to tak, że wyskoczył z szoferki jeden pan i zaczął wrzeszczeć do drugiego siedzącego za kierownicą. Ten miał notatnik, taki zeszycik mały, serio. I zapisał mój adres. Pojechali na koniec ulicy, a ja w tym czasie wyszedłem zabrać pojemnik. Jak zawrócili, zamachałem i spytałem o co chodzi z tym moim adresem, czy mogę w tym pomóc. Dowiedziałem się, że jedną z rewolucyjnych zmian w podejściu do polityki śmieciowej w mojej gminie jest kontrolowanie, czy dany delikwent prawidłowo segreguje. Ja nie wystawiłem worka z zielonymi odpadami gnijącymi i trafiłem do notatnika. Odjechali.

Przypomniałem sobie, że wypełniałem deklarację, w której zobowiązałem się do segregacji i do oddzielania biodegradowalnych śmieci od innych. Z tego tytułu płaciłem, o ile dobrze pamiętam, ciut mniej, ale to było w poprzednich latach. Jakimś tam zakapiorem nie jestem, więc w sumie to nawet ucieszyłem się, że znów mnie odwiedzą miłe panie z urzędu gminy. Jak wtedy, kiedy przyjechały z kontrolą metrażu mojego domu i zamiast złapać mnie na oszustwie okazało się, że przez sześć lat płaciłem zawyżony podatek od nieruchomości, bo poprzedni właściciel podał za wysoki metraż. Serio. Z chęcią tym razem pokazałbym im worek w garażu, albo skórki od pomidorów na kompoście. Notowanie adresów przez panów ze śmieciarek stało się osiedlową anegdotką, przy okazji opowiadania której dowiedziałem się, że jeden z sąsiadów zaczął kupować inne żółte worki na plastik i metal, bo jak miał takie półprzezroczyste, to mu śmieciarze nie zabierali, jeśli uznali, że w środku znajduje się "zły" odpad. Raz ich przyłapał na tym, że ominęli worek, okazało się, że chodziło o plastikowy słoik po marynowanym łososiu, który wyglądał jak szkło...

Raczej to wszystko traktuję ze śmiechem, segreguję najlepiej jak umiem i staram się ograniczać produkcję śmieci. Nie brałem udziału w gminnym spotkaniu na temat (głównie cen) śmieci, ale podobno było na nim więcej mieszkańców niż na podobnych wiecach o budowie spalarni czy pobliskiego węzła drogi ekspresowej. Styczeń minął szybko, w lutym pojechaliśmy z dzieciakami na ferie. Mamie, która doglądała domu, kota i rybek powiedziałem, żeby nie wystawiała w środę śmieci, bo się niewiele zebrało. Dopiero po powrocie dotarło do mnie, że to był błąd, mogłem rodzicielkę poprosić, żeby zwiozła trochę śmieci. Pod naszą nieobecność, nie zrobiłem zapasów gnijących odpadów. I wczoraj, w kolejną środę, znowu nie wystawiłem wora z biodegradowalnymi. Gdy przed 7 podjechała śmieciarka i rozległy się krzyki, już nie wyszedłem się tłumaczyć. Poczułem się jak śmieciowy kryminalista z recydywą, poddany permanentnej inwigilacji. I z jednej strony nadal mnie to śmieszy, z drugiej myślę, że nie pomaga to w zrozumieniu wielkiej idei rewolucji odpadowej.

Zobacz wideo Gdzie wrzucić paragon, a gdzie stare ubrania? Wyjaśniamy

"Daj kosza śmieciom" to ekologiczny cykl redakcyjny Gazeta.pl. Nie będzie on jednak tylko zwykłym poradnikiem. Zależy nam na dialogu z naszymi czytelnikami – chcemy, abyście opowiedzieli, jak segregujecie śmieci, co Was motywuje, a co irytuje. To właśnie komentarze i historie użytkowników Gazeta.pl będą siłą napędową naszych tekstów. Chcesz podzielić się swoja opinią? Napisz do naszego autora Patryka Strzałkowskiego: patryk.strzalkowski@agora.pl. Najciekawsze teksty opublikujemy na stronie Gazeta.pl

Przeczytaj inne teksty z cyklu "Daj kosza śmieciom" >>