Biebrza 2050. "Za 30 lat możemy już tylko wspominać: tu kiedyś była woda i łosie i to się nazywało bagno"

- Dziesięć lat temu na Podlasiu zimą śnieg sięgał do pasa. Wiosną ludzie pływali po łąkach kajakami lub pychówkami, tak były zalane. Tego już nie ma. W przyszłym roku znów możemy mieć nad Biebrzą wielkie pożary - mówi Małgorzata Stanek z Fundacji Dla Biebrzy.

W nowej akcji Gazeta.pl #wakacje2050 pozdrawiamy z wakacji przyszłości. Mamy jednak nadzieję, że skończy się inaczej niż na naszych billboardach i pocztówkach. Wciąż mamy pole i czas do skutecznego działania na rzecz zapobiegania zmianom klimatycznym. Dlatego każdej z naszych czterech "kartek z wakacji" towarzyszy wywiad z mądrymi ludźmi od klimatu (wszystkie do przeczytania na stronie zielona.gazeta.pl)

Paulina Dudek: Z czym się pani kojarzy Biebrza?

Małgorzata Stanek*: Z ciszą, spokojem i nieograniczoną przestrzenią. Z niesamowitą przyrodą, która jest najlepszym miejscem do kontemplacji życia. Biebrza jest bogata przyrodniczo, różnorodna i kolorowa. A dzięki temu, że przez bardzo długi czas była słabo kojarzona przez większość Polaków, przyroda jest tu praktycznie nieskażona. Istnienie Biebrzańskiego Parku Narodowego objawiło się wielu osobom dopiero przy okazji wielkiego kwietniowego pożaru.

Widziała go pani na własne oczy?

Tak. I powiem pani, że nie da się tego zapomnieć, człowiek po raz pierwszy doświadcza siły takiego żywiołu. Jednej nocy stałam na wzniesieniu we wsi Wroceń i patrzyłam, jak ogień się przemieszcza. Słychać było trzask palonej trawy i zaniepokojone odgłosy ptaków, zupełnie inne niż zwykle. Swąd unosił się 40 kilometrów od miejsca pożaru. Cały sześcioosobowy skład naszej Fundacji Dla Biebrzy wziął wtedy wolne w pracy. My z dwiema koleżankami na zmianę jeździłyśmy w teren, a pozostałe trzy osoby prowadziły zbiórkę, kupowały sprzęt dla strażaków, odbierały po sto telefonów dziennie, odpisywały na maile. Adrenalina trzymała nas przez dobre cztery dni, a tydzień odsypialiśmy.

Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta

Jak to wyglądało z punktu widzenia kogoś, kto tu mieszka?

W akcję gaszenia parku angażowały się nie tylko jednostki ochotniczej straży pożarnej, ale też pracownicy parku, wolontariusze, lokalni rolnicy, koła gospodyń wiejskich, ludzie z całej Polski. Przywozili jedzenie, środki dezynfekujące, których w kwietniu był deficyt, sprzęt strażacki. Bardzo mnie wzruszyło to poczucie wspólnej sprawy.

Dzięki ofiarności społeczeństwa udało się zebrać 3,5 miliona złotych na sprzęt dla strażaków. Tych pieniędzy nie dało ministerstwo, tylko obywatele. Wydawałoby się - kwota ogromna. A po podziale na kilkadziesiąt różnych jednostek okazało się, że to nadal jest za mało. Może uda się kupić sprzęt podstawowy, ale nie specjalistyczny.

Po pożarze Biebrzy o potrzebie programów przeciwpożarowych dla polskich parków narodowych mówił minister środowiska Michał Woś. To przyznanie na głos, że mamy już w Polsce problem z wielkimi pożarami i nie jesteśmy na nie przygotowani?

Kwestia polityki przeciwpożarowej, o której mówił minister Woś, to o wiele szerszy i bardziej skomplikowany problem. Trzeba zacząć od tego, że następują zmiany klimatyczne. Nad Biebrzę przyjeżdżam od siedmiu lat, od pięciu lat mieszkam tu na stałe i te zmiany widać rok w rok. My jesteśmy na Podlasiu, na litość boską, a tu nie ma zim, nie ma śniegu! Mieszkańcy opowiadali mi, że dziesięć lat temu zimą śnieg sięgał do pasa. Zima zaczynała się pod koniec listopada, roztopy były w marcu. Wiosną ludzie pływali po łąkach pychówkami lub kajakami, tak były zalane. Tego już nie ma.

Nie ma już rozlewisk nad Biebrzą? Przecież najbardziej znana "pocztówka znad Biebrzy" to łoś brodzący w rzece kaczeńców!

W tym roku już nie było rozlewisk. W zimie nie spadł śnieg, spadł za to w połowie maja. To są anomalie pogodowe. Wody jest coraz mniej. I to wynika nie tylko z globalnego ocieplenia klimatu, ale też specyficznego położenia geograficznego Polski – woda stąd "ucieka". Susza jest zjawiskiem cyklicznym i ono się pogłębia. Bagna Biebrzańskie powoli przestają być bagnami.

Rozmawiamy o pożarach, ale one są konsekwencją braku wody. To woda będzie jednym z największych wyzwań tego stulecia. I my potrzebujemy polityki wodnej na miarę tego wyzwania. Dotychczasowa polityka wodna Polski była i jest prowadzona niewłaściwie.

Łosie nad BiebrząŁosie nad Biebrzą Fot. Zenek Borawski

Co to znaczy: dobra polityka wodna?

Właściwe podejście do problemu retencji wody. Nie melioracji. Tu następuje konflikt z rolnikami. Ale on według mnie wynika ze złych przepisów w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Biebrza jest jedną z nielicznych już rzek w Polsce, która nie została uregulowana - meandruje, może naturalnie wylewać. Teoretycznie: mamy tu wielkie szczęście.

Ale rolnik, żeby dostać dotacje unijne za swoje łąki, musi je skosić. Nie może tego zrobić, gdy łąki zaleje woda – wówczas musi zwrócić dofinansowanie lub zapłacić odszkodowanie. Rolnicy lub dzierżawcy meliorują więc pola, by woda z nich spłynęła. To jest błędne koło.

Tak samo trzeba wykonać pracę u podstaw, by ludzie nie wypalali na wiosnę łąk. Ogień bardzo łatwo wymyka się spod kontroli. My jako fundacja chcemy uświadamiać ludzi, że podpalanie przyrody skutkuje ogromnymi stratami. Traci przyroda i Skarb Państwa, czyli każdy obywatel. Bardzo wielu rolników jest uwrażliwionych na przyrodę, to jest piękne, jak podchodzą do ziemi. Ale sporo jest też takich, którzy uważają, że to i tak odrośnie, można spalić, tak robił ojciec, dziad i pradziad, i wszystko było w porządku.

Czy to nie jest jakiś odwieczny polski dysonans: rzucać się gasić pożar i być bohaterem albo zająć się żmudną, pozytywistyczną pracą u podstaw, żeby się jednak nie zapaliło? 

Dobra uwaga. Jeśli w przyszłym roku znowu nie będzie zimy, nie będzie rozlewisk, nie będzie opadów na wiosnę, to bardzo możliwe, że sytuacja z pożarem się powtórzy. Gdyby pani zobaczyła torf, tę naturalną gąbkę, gdy nie jest nawodniona – zamienia się w pył, rozsypuje w palcach.

Czyli niby mieszkacie przy - z założenia mokrych - bagnach, a tak naprawdę siedzicie na beczce prochu?

Tak, to jest - albo może być - beczka prochu. Na bagnach powinniśmy wszyscy brodzić w wodzie, ale od paru lat już tak nie jest. Wiele problemów się skumulowało.

Udało się już podliczyć straty dla parku po kwietniowym pożarze?

Naukowcy wciąż je liczą, a to może potrwać nawet parę lat. Bo dopiero po dłuższym czasie widać, jak dana zmiana wpłynęła na określony gatunek. W pierwszym miesiącu po pożarze było widać, że przede wszystkim jest mniej ptaków. Straciły miejsca do żerowania, a zaczął się okres lęgowy, więc musiały gdzie indziej szukać pożywienia dla młodych.

W połowie czerwca część szlaków została ponownie otwarta dla turystów. I niesamowicie patrzy się, jak szybko przyroda się odradza. Tereny, które jeszcze na początku maja były jednym wielkim pogorzeliskiem, dziś już pięknie się zazieleniły.

Niektórzy pisali: “spaliło się tylko trochę trawy, przecież niedługo odrośnie”. Inni, że "pożary są dla Biebrzy typowe". Trawa odrosła. Czyli nic się nie stało?

Stało się. To, że przyroda się odradza, nie znaczy, że nie doświadczyła ogromnej, dwumiesięcznej wyrwy w okresie, gdy najbardziej potrzebowała pożywienia. To jest nie do nadrobienia. To też nie jest "tylko trawa" - w tej trawie mieszka wiele gatunków zwierząt, od malutkich robaczków po łosie. Każde z nich jest potrzebne w ekosystemie. Dla zwierząt pożar to nie tylko bezpośrednie zagrożenie życia i zdrowia, ale też ogromny stres.

Jak komuś spali się dom, to też można powiedzieć: “Trudno, spalił się, odbuduje się. Teraz może trzeba ubezpieczyć, przecież zdarza się zwarcie instalacji”. Owszem, zdarzają się pożary w naturze, np. od uderzenia piorunu. Ale tak duże pożary zawsze są dla natury katastrofą. W dwudziestoletniej historii BPN tak wielkiego pożaru nie było. A gdyby zapalił się torf, paliłoby się jeszcze przez kilkanaście miesięcy i coś, co formowało się przez tysiące lat, byłoby nie do odratowania.

Brak wody łatwo ignorować, ale pożaru się już nie da?

Szkoda, że tak to działa. Dziś coraz więcej mówi się o tzw. megapożarach, takich jak w Australii. Ale w największym parku narodowym w Polsce w jednym pożarze spłonęło w tym roku AŻ dziesięć procent powierzchni. Dla nas, mieszkańców, ten pożar był gigantyczny. A to nie był jedyny – od początku wiosny pożarów w Biebrzy było już dwanaście. To już nie jest jakiś odległy, “egzotyczny i cudzy” problem.

To jest bardzo dziwny rok, na pożary nałożyła się też pandemia. Jak ona odbiła się na parku?

Dla mnie było czymś niesamowitym obserwować, jak "dzięki" pandemii przyroda ma szansę odpoczywać od człowieka. Mieszkam tu pięć lat i nigdy czegoś takiego nie widziałam. Sezon turystyczny i ornitologiczny startują nad Biebrzą już w połowie lutego, gdy zaczynają się ptasie przeloty. Wtedy zjeżdża się tu pół Europy, a czasem i pół świata tzw. bird watcherów. Tokowiska ptaków odbywały się w sposób niezakłócony. Na Narwi – której Biebrza jest dopływem - tej wiosny było aż dwadzieścia rodzin bobrów. Człowiek jest bardzo ekspansywny dla przyrody, a gdy znika z horyzontu, zaczynają się dziać niesamowitości.

Za to po zdjęciu pierwszych obostrzeń Biebrza zaczęła się cieszyć ogromnym zainteresowaniem polskich turystów. Takich tłumów na Carskiej Drodze, czyli głównym trakcie, który przechodzi przez BPN, dawno tu nie było.

To źle?

Z jednej strony dobrze. W czasie pandemii branża turystyczna bardzo mocno "siadła". Działając dla Biebrzy cieszymy się, że Polacy mogli usłyszeć o największym parku narodowym w Polsce i mieli ochotę przyjechać i zobaczyć, jak to wygląda, co tu się działo i czym tak naprawdę są polskie bagna.

A z drugiej strony?

Turyści bywają różni. Niektórym chce się wieźć śmieci z McDonald’sa oddalonego od Biebrzy o 70 kilometrów i wyrzucić je za siebie dopiero na szlaku turystycznym. Nie rozumiem tego. Dwa razy w roku wielkie sprzątanie Biebrzy organizuje klub płetwonurków Meander, wyławia się wtedy z wody tony butelek i puszek po alkoholu.

Ja po Biebrzy oprowadzam tylko hobbystycznie. Ale u swoich turystów - szukających ciszy, spokoju i prawdziwego kontaktu z naturą - widzę ogromne poczucie współodpowiedzialności za przyrodę. Mają świadomość, że to jest nasze wspólne dobro narodowe. Tak powinno być.

Patriotyzm przyrodniczy?

Ale taki bardzo zdrowy. Po pandemii, gdy wiele osób zostało zamkniętych w domach, zrozumiało, jak przyroda potrafi koić, jak bardzo potrzebujemy jej na co dzień, by czuć wolność i spokój wewnętrzny. Trochę się śmiałam, bo znajomi z miasta, którzy przyjechali do mnie w maju i czerwcu, wyglądali jak dzikie zwierzęta wypuszczone z klatki. Wewnętrzna potrzeba kontaktu z przyrodą okazała się dojmująca.

Ja rozumiem, że turysta, który przyjeżdża nad Biebrzę na jeden weekend, chce zobaczyć jak najwięcej, ma listę atrakcji do odhaczenia. Ale wtedy może się zawieść. Bo Biebrza to nie jest "natura instant", nie postawimy atrapy łosia w zaroślach.

Ludzie bywają rozczarowani?

Pewnie wielu niedzielnych turystów, którzy nie zobaczyli tego łosia w kaczeńcach, uzna, że na tych bagnach nic się nie dzieje. To nieprawda, dzieje się mnóstwo.

Biebrza to sanktuarium, ale trzeba umieć patrzeć. Najłatwiej odkrywa się ją w tygodniu, gdy ludzi jest mniej. Zawsze tłumaczę ludziom, że żeby zobaczyć zwierzęta, trzeba tu po prostu pobyć dłużej, w ciszy. I cieszyć się drobnymi rzeczami, nastawić na niespodziewane. Może nie będzie łosia, bo spłoszą go głośne rozmowy i dzwoniący smartfon, ale będą tropy wilka? To jest dopiero frajda - on tu był niedawno i my teraz możemy tą samą ścieżką kroczyć.

A co mówią turyści zagraniczni?

Oni przeżywają absolutną ekstazę, gdy zobaczą lisa albo kawałek lasu, który nie jest posadzony od linijki. Bo u nich przyroda jest już bardzo uregulowana przez człowieka. Już u siebie tej dzikości nie mają. Nie mogą się też nadziwić lokalnym wyrobom, temu, jak – w ich mniemaniu – potrafimy jeszcze ekologicznie żyć. Ja się z tego śmieję, bo wiadomo, że na wsi ludzie robią wiele rzeczy sami, ale dla nich to jest erzac. Słysząc ich, zdaję sobie sprawę, jak wartościowe rzeczy mamy wokół siebie.

W zeszłym roku wiosną odwiedziłam znajomą będącą w Belgii na stypendium naukowym i wspólnie zwiedzałyśmy tamtejszy park narodowy obejmujący bagna i mokradła. Na jednym krańcu parku była autostrada, a przecinała ją droga szybkiego ruchu. I ja się zastanawiałam: gdzie ja jestem?

Co jest obecnie największym zagrożeniem dla Biebrzy?

Pierwszym - brak wody.

A drugim - niepojęte dla mnie plany wybudowania w BPN międzynarodowej drogi ekspresowej S16. Jako członkowie fundacji naprawdę się zastanawiamy, skąd taki pomysł się wziął. Żeby przez najpiękniejsze tereny Polski, bezcenne przyrodniczo, zwłaszcza w aspekcie ornitologicznym – bo tu można zobaczyć 300 gatunków ptaków, z czego wielu prawie nie widuje się już nigdzie indziej na świecie - puścić ekspresówkę.

Trzeba zmienić myślenie, że natura to jest coś, co nam przeszkadza, hamuje rozwój, oddziela od cywilizacji. Przyroda nam pomaga. To my się wdzieramy w naturę, ograniczamy ją. I to my jej potrzebujemy bardziej niż ona nas. Natura bez człowieka poradzi sobie fantastycznie. A my bez niej?

Podobno do katastrofy klimatycznej zostało nam 30 lat. Pani wierzy, że te zmiany da się jakoś zatrzymać, spowolnić?

Na pewno nie można się poddać. Wiele leży w gestii międzynarodowych polityków, ale zawsze patrzę, co ja sama mogę zrobić na miarę moich możliwości. I staram się to robić. Więc tak, wierzę, że skutki globalnego ocieplenia jesteśmy w stanie spowolnić. A na pewno zawsze jesteśmy w stanie wpłynąć na to, jak wygląda nasze najbliższe otoczenie.

Czy akcje typu: kupuję ekologiczne mydło, bo pięć złotych z jego sprzedaży idzie na Biebrzę, mają sens? Czy lepiej się nie ośmieszać?

Zmiana zaczyna się od pojedynczych osób i małych rzeczy. Przykładowo, jeśli każdy z nas będzie ograniczał ilość zużywanych butelek plastikowych na wodę, a zastąpi je bidonem i filtrem do wody z kranu, będzie zakręcał wodę myjąc zęby, zbierał deszczówkę i przestanie wyrzucać śmieci, gdzie i jak popadnie, to milion obywateli spowoduje efekt dźwigni. Podejmowanie świadomych decyzji konsumenckich - choćby to była tylko zmiana mydła na naturalne - jest ważne.

W skali całego kraju musimy patrzeć strukturalnie i holistycznie, bo my od problemu suszy, pożarów i zmian klimatycznych już nie uciekniemy. Ale każde małe działanie, każda zmiana w postawie obywateli ma sens.

Czemu z wszystkich miejsc na świecie do życia wybrała sobie pani akurat Biebrzę?

Powody były prozaiczne: zakochałam się w przyrodzie i w mężczyźnie. I zostałam. Wyszłam ze świata biznesu, bardzo szybkiego, bezwzględnego tempa życia i zamieszkałam w drewnianej chacie na wsi. Zobaczyłam, że mogę żyć inaczej. Samo przyglądanie się następującym po sobie porom roku – rodzeniu się, umieraniu i odradzaniu na nowo – to jest dla mnie kwintesencja życia. Można nabrać dystansu do własnej historii. A zbieranie własnych owoców i warzyw - to daje prawdziwe poczucie mocy.

Małgorzata Stanek nad BiebrząMałgorzata Stanek nad Biebrzą Fot. Karolina Ostaszewska

Mówi pani swoim turystom o zmianach klimatu czy woli nie psuć humorów?

To nie jest kwestia psucia humoru. Ludzie przyjeżdżający latem naprawdę często nie wiedzą zbyt dużo o zmianach klimatu i bardzo się dziwią: “Acha, nie wiedziałem”. Zaczynają dopytywać. A wydawałoby się, że media ciągle tłuką ten temat. Ilu mieszkańców Warszawy codziennie przejeżdżając przez Wisłę patrzy na jej poziom, a nie siedzi w telefonach? To jest taki papierek lakmusowy.

Jak może wyglądać Biebrza do 2050 roku?

Dla mnie największa katastrofa byłaby wtedy, gdyby przez środek BPN szła droga ekspresowa. Bo to miejsce przestałoby istnieć. Wówczas można by już tylko wspominać: zobaczcie, tu kiedyś stała woda po pas, były łosie i wodniczki. I to się nazywało bagno...

Jeśli chcesz wesprzeć Fundację dla Biebrzy w jej działaniach, WEJDŹ TUTAJ >> 

*Małgorzata Stanek. Prezes Fundacji dla Biebrzy. Specjalistka od zarządzania projektami. Absolwentka Stosunków Międzynarodowych oraz Centrum Studiów Europejskich im. Jeanna Moneta przy Wydziale Politologii i Stosunków Międzynarodowych na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Stypendystka programu Socrates/Erasmus. Absolwentka studiów podyplomowych z Psychologii Pozytywnej na Uniwersytecie SWPS w Sopocie oraz pedagogiki leśnej na Dzikich Studiach (pod patronatem Wildnisschule Wildniswissen, Niemcy). Od kilku lat prowadzi własną działalność gospodarczą z zakresu zarządzania projektami i doradztwa w zarządzaniu zasobami ludzkimi. Od ponad 15 lat zaangażowana w działalność prospołeczną i kulturalną (stowarzyszenia, fundacja), wolontariat (CSR). Pasjonatka przyrody, fotografii, rozwoju osobistego.

Małgorzata StanekMałgorzata Stanek Fot. Karolina Ostaszewska