- Jutro [w piątek 6 września - red.] w ramach prekonsultacji mamy rozmowy z górnikami. Zarezerwowaliśmy cały dzień - mówiła wiceministerka klimatu Urszula Zielińska na spotkaniu dotyczącym nowego planu transformacji energetycznej.
Dokument, nad którym ministerstwo pracuje od miesięcy, teraz trafi do konsultacji publicznych. "Ambitny" scenariusz transformacji zakłada szybsze odchodzenie od węgla i przewagę odnawialnych źródeł energii już w najbliższej przyszłości.
Chodzi o tak zwany Krajowy plan w dziedzinie energii i klimatu do 2030 r. (KPEiK). Dokument, który musi posiadać każdy kraj Unii Europejskie, wyznacza kierunek i opisuje konkretne działania w ramach zielonej transformacji. To nie tylko zmiany w energetyce, ale wszystkich sektorach gospodarki - od transportu i budynków po leśnictwo (bo lasy pochłaniają część emisji gazów cieplarnianych).
Aktualizację tych planów wszystkie rządy UE miały wysłać do Brukseli najpóźniej do końca czerwca. Polska nie wyrobiła się, ale w podobnej sytuacji jest większość krajów członkowski. Nowy rząd powtarza też, że za opóźnienie odpowiadają poprzednicy, którzy nie wykonali dostatecznej pracy przed zmianą władzy. W marcu ministerstwo klimatu pokazało połowę dokumentu - taki scenariusz bazowy, zakładający plus minus kontynuację obecnych warunków. Teraz uzupełniono go o drugi, "ambitny" scenariusz - ten zakłada dodatkowe działania i przyspieszenie transformacji. Co dokładnie to oznacza?
Ministerka klimatu Paulina Hennig-Kloska mówiła, że przygotowany przez jej resort dokument to "plan na bogatą, bezpieczną Polskę" i "zielony kompas rozwoju" kraju. Jaki kierunek wskazuje?
Ambitny scenariusz KPEiK zakłada szybsze przechodzenie na odnawialne źródła energii i odchodzenie od węgla. Do 2030 roku 56 procent produkcji energii elektrycznej miałaby pochodzić ze źródeł odnawialnych - przede wszystkim wiatraków na lądzie i morzu oraz paneli słonecznych. Z jednej strony OZE jako główne źródło elektryczności to kompletna zmiana w polskim systemie energetycznym. Z drugiej - już teraz jasno zmierzamy w tym kierunku. Jeszcze w 2019 roku było to 11 procent, a przez pierwsze 8 miesięcy tego roku - około 30 procent. Znacznie więcej energii odnawialnej ma być wykorzystywane także w ciepłownictwie.
Węgiel, który w ubiegłym roku stanowił prawie 2/3 produkcji energii elektrycznej, ma w ciągu siedmiu lat spaść na poziom 22 procent. Z 10 do 16 procent wzrośnie udział gazu, widoczny udział będą też miały magazyny energii. Podążanie taką ścieżką oznaczałoby znaczny spadek zapotrzebowania na węgiel kamienny. W 2030 roku byłoby ono o około połowę niższe, niż zakładane na przyszło rok. To także znacznie mniej, niż złożono w tak zwanej umowie społecznej, podpisanej przez rząd PiS i górnicze związki zawodowe. Zgodny z tą umową jest za to wolniejszy, "bazowy" scenariusz transformacji.
Hennig-Kloska przyznała, że ambicją rządu jest podążenie bardziej ambitną ścieżką, ale z zadbaniem, aby transformacja była sprawiedliwa i "zadbała" o górników. Dodała też, że rząd opisuje w dokumencie scenariusze maksimum i minimum, a rzeczywistość - pod wpływem różnych czynników - może być gdzieś pomiędzy nimi.
Co z energią atomową? Tej nie widać w planach na rok 2030, bo ani poprzedni, ani obecny rząd nie zakładał, że do tego czasu uruchomiona zostanie elektrownia atomowa. Ale jak najbardziej jest ona obecna w horyzoncie do roku 2040. Urszula Zielińska zapewniła, że plany w tym zakresie są zgodne z obowiązującą strategią jądrową. KPEiK to także poprawa efektywności energetycznej budynków, rozwój transportu publicznego i elektryfikacja transportu oraz większe pochłanianie CO2 przez lasy. W liczącym 600 stron (z załącznikami) dokumencie wypisano 149 konkretnych działań.
Ile to wszystko będzie kosztować? Realizacja ambitnego scenariusza to oznacza skumulowane nakłady inwestycyjne wysokości 2,9 biliona złotych do 2040 roku - średnio około 150 miliardów złotych rocznie. Z tego prawie 800 miliardów przypadnie na lata 2026-2030. Największe nakłady inwestycyjne będą potrzebne w sektorze elektroenergetycznym. Ministerstwo zwraca uwagę, że chodzi zarówno o środki publiczne, jak i prywatne (np. prywatnych inwestorów, budujących elektrownie wiatrowe).
Hennik-Kloska podkreśliła, że chociaż koszty są duże, to brak transformacji także słono nas kosztuje. - W 2023 roku wydaliśmy 140 miliardów na import paliw kopalnych, w kryzysowym 2022 aż 250 miliardów. Dla porównania budżet na zdrowie to 220 mld zł - mówiła ministerka. Dodała, że koszty zanieczyszczenia powietrza - leczenie w szpitalach, przedwczesne zgony, nieobecności w pracy - są szacowane na 100 miliardów rocznie. Zielińska zwróciła uwagę, że rosną też koszty ekstremalnych zjawisk pogodowych, które nasilają się przez zmianę klimatu.
Ambitna transformacja ma też doprowadzić do spadku kosztu wytwarzania energii o 13 procent do 2030 roku i 30 procent do 2040. To - mówiła Zielińska - pozwoli na ustabilizowanie cen energii w przyszłości.
Nawet wydając dużo na transformację nasza gospodarka ma rosnąć - ministerstwo zakłada, że średnio do 2030 roku PKB Polski będzie rosło o 4,13 procent rocznie (znacznie szybciej niż średnia UE).
Zaś zrealizowanie ambitnego planu transformacji ma przynieść wymierne korzyści. Nie tylko zetniemy nasze emisje gazów cieplarnianych o ponad 50 procent w porównaniu do roku 1990, ale też mocno ograniczymy problem smogu. Poziom cząstek PM 2.5 w powietrzu spadłby do 2030 roku o 66 procent, a tlenków siarki - 87 procent. To przełożyłoby się na poprawę naszego zdrowia.
Dokument był już nieoficjalnie konsultowany między różnymi ministerstwami i według resortu klimatu panuje zgoda co do najważniejszych założeń. We wrześniu mają zacząć się pełne, oficjalne konsultacje międzyresortowe oraz publiczne. Celem jest przyjęcie planu przez rząd i wysłanie go do Komisji Europejskiej na przełomie roku.
Zanim ruszą oficjalne konsultacje, ministerstwo będzie prowadzić "prekonsultacje" już w tym tygodniu. - Zaprosiliśmy 70 organizacji pozarządowych, związki zawodowe, w tym górnicze, organizacje branżowe, ekologiczne - powiedziała Zielińska.
Rozmowy z górnikami najpewniej nie będą łatwe. Bo chociaż ministerstwo podkreśla, że w swoim planie ujmuje ogólnokrajowe zapotrzebowanie na węgiel i nie przekłada tego na konkretne kopalnie, to liczby pokazują jasno: węgla będzie potrzeba znacznie mniej. Jeśli wydobycie utrzymałoby się na podobnym jak teraz poziomie, to nie byłoby komu tego węgla sprzedawać.
Za rządów PiS górnicze związki zawodowe ze Śląska podpisały tak zwaną umowę społeczną, która zakładała stopniowe wygaszanie wydobycia - ale w bardzo powolnym tempie, z końcem pracy ostatnich kopalń w 2049 roku. Już wtedy było jasne, że taki scenariusz możliwy jest tylko na papierze. Teraz rząd będzie musiał przybliżyć oczekiwania branży węglowej do rzeczywistości.