Prof. Lech Kotwicki, IO PAN: Muszę powiedzieć - może niestety - że sytuacja jest złożona. Zacząłbym od tego, że Bałtyk jest bardzo, bardzo specyficznym morzem. Przede wszystkim jest morzem słonawym, w którym występują zarówno gatunki ryb spotykane w morzach otwartych, oceanach, które preferują zasolenie na poziomie około 35 promili, jak i gatunki typowo słodkowodne - takie, które spotykamy w rzekach czy jeziorach, bo zasolenie Bałtyku to około 7 promili. To też jednak oznacza, że ani jedne, ani drugie z tych gatunków nie są idealnie przystosowane do tego typu środowiska, które jeszcze dodatkowo się zmienia poprzez zmiany klimatyczne.
Zdecydowanie tak. Myślę, że największy problem jest obecnie z dorszem, który faktycznie znika i pewnie zniknie zupełnie z Bałtyku, przynajmniej z jego mniej zasolonej części.
We wschodniej części naszego morza dorsza już się nie poławia, bo stado jest przełowione. Nie ma też już naturalnych warunków dla rozmnażania się tej ryby.
Dorsz jest gatunkiem ryby dennej - preferuje życie przy dnie i tam się odżywia, a do rozmnażania potrzebuje wody dobrze zasolonej i dobrze natlenionej. Składa ikrę, ta ikra powoli opada w kierunku dna i zatrzymuje się na tak zwanej haloklinie czyli różnicy gęstościowej, gdzie zasolenie przy dnie jest trochę wyższe. Niestety, przy dnie Bałtyku, szczególnie w miejscach rozrodu tych stad dorszowatych, a to są dosyć już duże głębokości, zaczyna brakować tlenu. Tlen jest niezbędny do rozwoju prawidłowej ikry i przeżycia małego narybku.
Owe obszary beztlenowe, nazywane pustyniami tlenowymi, z roku na rok zwiększają swój zasięg występowania. Przed okresem rozwoju przemysłowego krajów nadbałtyckich te pustynie zajmowały około 1-3 procent obszaru Bałtyku, teraz szacuje się, że jest to już 20 procent. I, niestety, ta powierzchnia będzie rosła z roku na rok. Jest to spowodowane specyfiką naszego morza, które jest prawie że jeziorem, bo z Morzem Północnym i morzami otwartego oceanu łączy się jedynie poprzez wąskie cieśniny. Utrzymująca się stratyfikacja - czyli podział na warstwy - wody i pustynie tlenowe sprawiają, że dla dorsza miejsca w Bałtyku już w niedalekiej przyszłości nie będzie.
Zdecydowanie tak. Pamiętajmy jednak, że Bałtyk można podzielić na kilka obszarów. W okolicach cieśnin duńskich natlenienie i zasolenie jest cały czas duże, co jest efektem wpływu wód z Morza Północnego. Na wysokości wybrzeża Polski jest już znacznie niższe. A im słodsza woda, tym mniej gatunków. Dla porównania: we wspomnianych cieśninach występuje około 1000 gatunków fauny dennej, która może być potencjalnym pożywieniem dla wyższych ogniw łańcucha troficznego. W Bałtyku centralnym takich gatunków jest około 50. A wszystkie elementy łańcucha troficznego są ze sobą powiązane. Wspomniany już dorsz to ryba drapieżna, potrzebująca tych gatunków z wyższych ogniw, za to szprot czy śledź będą żywiły się głównie planktonem.
Bałtyk jest morzem bardzo młodym, w zasadzie najmłodszym na świecie. I ciągle się zmienia - był czas, w którym był zbiornikiem typowo morskim i taki, kiedy był całkowicie słodkim. W obecnym kształcie istnieje od zaledwie kilku tysięcy lat, od ostatniego zlodowacenia. Teraz moglibyśmy mieć pewną stagnację, ale pojawiły się zmiany klimatyczne, duża eutrofizacja, czyli przeżyźnienie wody - wpompowaliśmy do niej przez lata bardzo dużo substancji biogennych.
Głównie tak. Nie oczyszczaliśmy odpowiednio wody przez dekady i do morza dostało się zbyt dużo substancji odżywczych dla fitoplanktonu. W latach 90. ubiegłego wieku zaczęliśmy budować oczyszczalnie ścieków i to przyniosło korzystny efekt. Prowadząc badania obserwujemy korzystne zmiany, ale - niestety - zakumulowanie się dużych ilości fosforu w osadach dennych spowodowało, że samooczyszczenie się wód nie jest możliwe w szybkim tempie. Samo zahamowanie dostarczania nie wystarczy i jeszcze następnych kilkadziesiąt lat Bałtyk będzie wykazywał wysoki stopień eutrofizacji.
Wywołują zbyt dużą ilość zakwitów, a opadający później na dno fitoplankton powoduje szybki ubytek tlenu w wodzie. A tego tlenu, szczególnie przy dnie, nam brakuje.
Wracając do pytania o ryby: dorsz na pewno zniknie, ale pojawią się inne ryby. Szprot i śledź powinny się lepiej rozwijać, bo odżywiają się głównie zooplanktonem, którego jest więcej, bo jest więcej tego roślinnego fitoplanktonu. Jest też niestety druga strona medalu, zmiany klimatyczne powodują podnoszenie się temperatury wody i jednocześnie jej wysładzanie.
Wspomniałem o szprocie i śledziu, które przy zrównoważonych połowach powinny nawet powiększać stada. Ale jest też jeszcze na przykład makrela, głównie zjadamy ją teraz wędzoną albo w konserwach, ale zapewniam, że świeża z grilla jest bardzo smaczna. Teraz mało jej jemy w takiej postaci, bo nie występuje w Bałtyku, ale wraz z cieplejszymi wodami może się pojawić i być może w pewnym stopniu zastąpić nam dorsza.
Czynników, które należy wziąć pod uwagę, by modelować zmiany w Bałtyku jest sporo. Mamy zmiany klimatu, którym staramy się przeciwdziałać, ale nie wychodzi nam to bardzo dobrze, próbujemy utrzymywać niską eutrofizację, choć w tym momencie niewiele możemy zrobić, bo akumulacja tych związków już jest duża. Do tego dochodzą zanieczyszczenia, w tym chemiczne, metalami ciężkimi, farmaceutykami, a ostatnio mikroplastikiem, o którym jeszcze niewiele wiemy.
Ryby są zdrowe i trzeba je jeść. Badania ryb przeprowadzane są regularnie, również pod względem zanieczyszczeń chemicznych i wskazują, że te zanieczyszczenia są dużo, dużo niższe od dopuszczalnych norm. W tym jeśli chodzi o metale ciężkie: ołów, rtęć czy kadm. Bałtyckie ryby są zatem bezpieczne. Jednego tylko parametru jeszcze nie badamy i nie wiemy, jak oddziałuje: zanieczyszczenia mikroplastikiem.
Na pierwszy rzut oka, badając najbliższe nam okolice Sopotu, czyli Zatokę Pucką, widzimy, że sytuacja bardzo się poprawia. To się wyraża ilością gatunków czy też zagęszczeniem poszczególnych populacji. Co jest bardzo ważne, obserwujemy wzrost zasięgu występowania podwodnych łąk, głównie trawy morskiej i roślinności naczyniowej, czyli wyższych roślin. Te gatunki, które żyją na dnie, pełnią bardzo ważną rolę dla ryb, szukających tam schronienia i miejsc do rozrodu. 30 lat temu było ich niewiele, łąki ograniczyły zasięg występowania do kilku "placków" w Zatoce. Teraz z roku na rok zwiększają obszar występowania, a tym samym powodują, że miejsc do rozrodu dla ryb, między innymi szczupaka, którego chyba też wszyscy znają, jest coraz więcej.
Oczywiście, że tak. Tak samo okoń, płoć, sandacz. To wszystko są ryby, które występują także w naszym Bałtyku i można je poławiać oraz dostać w smażalniach ryb. Te ryby potrzebują miejsc, gdzie będą mogły schować swoją ikrę i gdzie będzie ona bezpieczna. Stąd korzystne jest dla nich odrodzenie bałtyckich podwodnych łąk, które obserwujemy dzięki poprawie jakości wody. W latach 90. zaczęliśmy dbać o to, co wpuszczamy do Morza Bałtyckiego, ta jakość zaczęła się poprawiać. Szczególnie w płytszych rejonach, gdzie natlenienie jest bardzo dobre, bo woda natlenia się wraz z falowaniem w takich miejscach praktycznie aż do dna, osady są tam piaszczyste, więc pełnią rolę swoistego filtra.
Teraz, jak się wybierzemy popływać w naszej Zatoce Puckiej, to jesteśmy w stanie sami dostrzec krabiki, które zwiększyły liczebność, kilka gatunków krewetek - mało kto zdaje sobie sprawę że one u nas w Bałtyku występują. Ze względu na niższe zasolenie osiągają mniejsze rozmiary niż w wodach pełnomorskich, stąd nie bardzo nadają się do poławiania. Mamy też na przykład dwa gatunki ryb, które są kuzynkami konika morskiego i wyglądają fantastycznie. One wręcz wymagają do swojego życia podwodnych łąk trawy morskiej. Przyczepiają się ogonkami do liści, samce - podobnie jak u koników - mają komorę lęgową, w której wychowują młode. Przyjemnie jest popatrzyć, jest tego coraz więcej.
Na szczęście to nasze wybrzeże tak wygląda - w każdym razie jeszcze. Prowadziłem badania na wybrzeżu belgijskim, które ma tam 45-50 kilometrów długości i jest to praktycznie szpaler hoteli. Dobrze by było, gdyby u nas to zostało tak, jak jest. To ewenement na skalę europejską - to, że bardzo często musimy nad to morze dojść, przez las, często nawet kilometr. I to pomaga w oczyszczaniu wody. Piasek jest takim sitkiem wyłapującym zanieczyszczenia z wody. Dodatkowo, w tym osadzie znajdują się miliardy wielokomórkowych organizmów, bakterii i pierwotniaków, które czekają tylko na to, co się dostanie między ziarenka piasku - i "zjadają" nam to zupełnie za darmo. Jeśli zakłócimy - na przykład poprzez zabudowę na wybrzeżu - ten naturalny system napływania fali, oczyszczania, to albo ten filtr zepsujemy, albo się go całkowicie pozbędziemy.
Wszystkie plaże nadbałtyckie w Polsce są kontrolowane wielokrotnie w ciągu roku przez sanepid pod kątem czystości wody. Ja pamiętam czasy, kiedy większość plaż w rejonie Zatoki Puckiej czy nawet Gdańskiej była zamknięta ze względu na zbyt dużą koncentrację bakterii kałowych e.coli. Zapomnieliśmy już chyba o tym. Teraz takie zamykania zdarzają się rzadko, są czasowe i dotyczą najczęściej zakwitu sinic. To dowodzi, że morze jest czystsze i ono potrafi zadbać o siebie, jeśli nie będziemy mu przeszkadzali.
No jest, nie da się ukryć. Pamiętajmy jednak, że sinice w morzu były zawsze. To one są w dużej mierze odpowiedzialne za ten tlen, który mamy na Ziemi, są pierwszymi organizmami, które pojawiły się w morzach i zaczęły go produkować. Są w wodzie i zawsze w niej będą.
Zwiększone, spektakularne wręcz zakwity sinic, które mogą dla nas być szkodliwe, wynikają z tego, że jest coraz cieplej - bo klimat się ociepla. Sinice wykorzystują do tego także związki biogeniczne zakumulowane w osadach dennych, głównie fosfor - to, co kiedyś masowo pompowaliśmy do morza rzekami. Azotu mają pod dostatkiem w powietrzu. Coraz cieplejsze dni, coraz cieplejsze morze, spokojne pogodowo dni bez mieszania się wody doprowadzają do częstszych i większych zakwitów sinic. Dopóki w wodzie będzie wystarczająco dużo owych biogenów, dopóty to zjawisko będzie się potęgować. Powinniśmy stworzyć mapy potencjalnych zakwitów i w dni, kiedy się one uaktywniają, unikać wchodzenia do wody. Później jeden dzień wietrzny powoduje, że ten zakwit jest praktycznie rozmywany przez fale i duże natlenienie wody.
Każda nasza ingerencja w jakimś stopniu wpływa, natomiast dobre jest to, że wszystkie inwestycje muszą podlegać ocenom oddziaływania na środowisko. To jest nowość. My jako Instytut też robiliśmy takie oceny, z analiz wynika, że w większości przypadków na przykład farmy wiatrowe będą w minimalny sposób wpływać na środowisko naturalne. Ja optuję za tym, byśmy pozyskiwali zieloną energię i monitorowali, czy występują jakiekolwiek negatywne skutki. Belgia, Wielka Brytania mają farmy wiatrowe na morzu już od kilkudziesięciu lat. Alarmujących negatywnych skutków nie widać, pojawiają się za to pozytywne dla przyrody - fundamenty takich elektrowni są porastane przez epifity i epifaunę, zwiększając lokalnie bioróżnorodność - działają troszeczkę jak taka sztuczna rafa. Pamiętajmy też, że wiatrownie, które będą budowane na Bałtyku przez nas, będą ogromne i oddalone od siebie o około 1 kilometr, to nie będzie gęsta zabudowa. Także technologia samej budowy idzie do przodu i jest ona już znacznie mniej ingerująca w środowisko, to czasem jest tylko monopal.
Ja robię wszystko, żeby tak było. Myślę, że jestem mimo wszystko raczej realistą. Bałtyk będzie się zmieniać, wpłyną na niego zmiany klimatu, dorsz zniknie, co dla niektórych być może będzie katastrofą, ale to morze będzie wciąż żyło. Przyroda ma niesamowitą siłę adaptacji do zmiennych warunków. Będziemy mogli się w Bałtyku kąpać, może będzie nieco cieplejszy. My wolimy jeździć nad Morze Śródziemne, które jest bardzo przejrzyste, choć pod względem zanieczyszczeń przy brzegu niekoniecznie wszędzie musi być czystsze niż Morze Bałtyckie.
Zaniedbywaliśmy to nasze morze przez wiele lat, a żyje wokół niego 80 milionów ludzi, teraz muszą oni - musimy - pamiętać, żeby Bałtykowi nie przeszkadzać w procesie samooczyszczenia. Kroki, które podjęliśmy i podejmujemy, są moim zdaniem zbyt mało radykalne i zbyt powolne, ale idzie to w dobrym kierunku. Jeżeli będziemy słuchać zaleceń naukowców, to Morze Bałtyckie sobie poradzi, a kolejne pokolenia będą z niego w pełni korzystały.