Indyjska firma Velmenni przeprowadziła ostatnio przełomowy test technologii Li-Fi na uniwersytecie w Tallinie. Wykorzystała do przesyłu danych standardowe żarówki LED. Naukowcom udało się w normalnych warunkach biurowych uzyskać przesył danych na poziomie 1Gbps. To dużo, bo konkurencja oferuje w tej chwili systemy przesyłające dane z maksymalną prędkością 10Mbps.
Temat wzbudził olbrzymie zainteresowanie naszych czytelników, dlatego postanowiliśmy sprawdzić, czy nowa technologia ma szanse na upowszechnienie się.
Okazuje się, że pomimo wielkich zalet Li-Fi i gigantycznego potencjału (w laboratoriach udaje się uzyskać przesył 224Gb/s), technologia nie trafi prędko do przeciętnego użytkownika. Pierwszy powód - zdaniem Tech Crunch - Li-Fi zadziała tylko wewnątrz budynków. A nawet tam musi pokonać inne sztuczne i naturalne źródła światła. Drugi: komunikację pomiędzy świetlówką, a urządzeniem będzie można zakłócić - przeszkodą fizyczną lub innym urządzeniem. Kolejnym problemem są koszty: świetlówki LED same w sobie nie są najtańsze, do kosztu ich montażu trzeba doliczyć jeszcze zwiększony koszt energii. Li-Fi zadziała tylko, jeśli urządzenie odbiorcze jest wyposażone w odpowiedni sensor. W przypadku komputerów biurowych takie rozwiązanie wyobrazić sobie łatwo (chociaż koszt zakupu odbiorników może być znaczący). Standardowe smartfony lub tablety bez dodatkowej przystawki raczej z Li-Fi nie skorzystają.
Trudno ocenić, czy ograniczenie działania technologii do określonego pomieszczenia jest zaletą czy wadę. Z jednej strony komunikację prowadzoną za pomocą Li-Fi chyba trudniej podsłuchać, z drugiej bez inwestowania w infrastrukturę Li-Fi nie dotrze do wszystkich zakamarków budynku.
Z Li-Fi jest też jeszcze jeden problem: to rozwiązanie niszowe, wspierane przez małą liczbę producentów. Twórcy technologii muszą więc udowodnić, że ma ono naprawdę sporą przewagę nad standardowym Wi-Fi. A z tym na razie - w praktyce - nie jest najlepiej.