Depesze Wikileaks: Za atakiem na Google faktycznie stały Chiny

Depesze ujawnione w ubiegłym tygodniu przez serwis Wikileaks zawierają informacje, które mogą potwierdzać iż za ubiegłorocznym włamaniem do infrastruktury Google stały chińskie władze.

Wedle doniesień Wikileaks, u podstaw konfliktu Google-Chiny miały stać możliwości wyszukiwarki oraz samego Internetu , jakkolwiek niezrozumiałe może wydawać się to z naszego, zachodniego punktu widzenia. Jedna z depesz zawiera wpis sugerujący, że wysoko postawieni dostojnicy partyjni "nie byli zadowoleni" z otrzymanych w Google wyników wyszukiwania, po wpisaniu własnego nazwiska. W efekcie wywołało to jeden z głośniejszych konfliktów cybernetycznych naszych czasów, w który zaangażowała się nawet dyplomacja Białego Domu.

Atak na Google

Historia sporu na linii Pekin-Mountain View sięga grudnia ubiegłego roku. Wówczas to miało miejsce wyrafinowane i zaawansowane włamanie do bazy danych kilkudziesięciu amerykańskich firm, w tym Google . Koncern ogłosił to na początku stycznia, nie wskazując bezpośrednio potencjalnych sprawców ataku. Dość szybko jednak pojawiły się informacje, jakoby za włamanie odpowiedzialni byli hakerzy z Chin, inspirowani wpływem władz.

Pekin wciąż zarzutom zaprzeczał. Ostatecznie pod koniec kwietnia Google zrezygnował z cenzurowania wyników wyszukiwania chińskiego Internetu , a ruch był przekierowywany do domeny znajdującej się w Hong Kongu.

Wikileaks - wiedza zawarta w depeszach

Konflikt przycichł - aż do teraz. Kilka dni temu, pod koniec listopada, świat obiegła wiadomość, że serwis Wikileaks opublikuje tajne depesze amerykańskich dyplomatów oraz Departamentu Stanu . Eksperci nie oceniają jednoznacznie konsekwencji politycznych ujawnienia tych dokumentów - według jednych jest to "trzęsienie ziemi" , inni bardziej ostrożnie stwierdzają, że okazały się "burzą w szklance wody" . Dla nas jednak najważniejsze jest to, że część depesz wysyłana była przez dyplomatów z Pekinu - dokumenty stwierdzają, że za grudniowym atakiem na infrastruktury amerykańskich firm faktycznie stali włamywacze z Chin, inspirowani przez najwyższe władze w kraju. Jak to możliwe?

Jak podaje New York Times , osobą która miała duży wpływ na włamania był jeden z najwyższych urzędników państwowych - Li Changchun - członek Komitetu Biura Politycznego Chin, odpowiedzialny między innymi za cenzurę. Według jednej z depesz Li miał spróbować kiedyś wygooglować swoje nazwisko w wyszukiwarce i być "niemile zaskoczony" iż wśród rezultatów znalazły się także nieprzychylne wpisy. Miał to być przyczynek do głębszego zastanowienia się nad Internetem oraz jego demokratyczną naturą. NYT stwierdza, że także inne dokumenty potwierdzają jego "niemal obsesję" Siecią i możliwymi problemami dla utrzymania obecnego stylu władzy. Jednak to, co naprawdę niepokoiło Pekin w Google to niechęć koncernu do współpracy i podporządkowania się wymogom cenzury . "Wrażliwe" materiały obejmowały informacje o chińskich dysydentach, obrońcach praw człowieka, a także przywódcach partyjnych i ich rodzinach.

Inna depesza stwierdza, że po wycofaniu się Google z chińskiego rynku "Internet jest w końcu pod kontrolą".

Więcej o: