Na wstępie zaznaczę, że niniejsza recenzja dotyczy wyłącznie kampanii dla jednego gracza. Nie interesuje mnie balans broni w trybie multiplayer, nowe mapy do trybu Zombie czy system prestiży. Oceniam to, co dla wielu weteranów serii wciąż jest (a przynajmniej powinno być) sercem "Black Ops", czyli historię. Niestety ów serce w najnowszej odsłonie ledwo bije.
Akcja gry przenosi nas do 2035 roku, dekadę po finale znakomitego Black Ops 2. Niestety, potencjał tego settingu został pogrzebany przez scenariuszowy recykling najgorszego sortu. Twórcy zdecydowali się na narracyjną nekromancję, opierając całą intrygę na „powrocie" nieżyjącego Raula Menendeza, którego pośmiertne nagranie stawia świat w obliczu nowej zagłady. Do akcji wkracza David „Section" Mason, by powstrzymać chaos podsycany przez złowrogą korporację technologiczną. Całość jednak, zamiast trzymać w napięciu, przypomina mocno zgraną płytę.
Kampania w „siódemce" wygląda tak, jakby scenarzyści wzięli urlop, a skrypt napisało AI nakarmione filmami akcji klasy B oraz kompilacjami z TikToka. Historia rzuca nas w wir wydarzeń bez ładu i składu, serwując "zwroty akcji", które nie mają żadnego sensu. Zdrady, tajne organizacje, globalne zagrożenia - wszystko to już było, ale nigdy w tak niestrawnej formie.
Miałem nieodparte wrażenie, że ta gra została zaprojektowana dla graczy, którzy nie potrafią skupić uwagi na dłużej niż 15 sekund. To produkt skrojony pod "dopaminowych narkomanów". Nie ma tu miejsca na budowanie napięcia, na ciszę przed burzą, na taktyczne planowanie, które tak świetnie zagrało w poprzedniej części. Tutaj jesteśmy nieustannie bombardowani bodźcami.
Bohaterowie są płascy jak kartonowe makiety. Trudno przejąć się losem kogokolwiek, gdy dialogi składają się z wojskowego żargonu i patetycznych one-linerów, które brzmią jak parodia. David Mason, niegdyś postać z krwi i kości, tutaj jest tylko awatarem do wypluwania wojskowych komend. To nie jest thriller polityczny, to podrzędne kino akcji klasy B.
Największą zbrodnią Black Ops 7 jest jednak struktura rozgrywki. Twórcy dumnie ogłaszali „innowacyjną kampanię kooperacyjną" dla 4 graczy. Efekt? Grając solo, czujesz się jak w protezie trybu multiplayer.
Misje nie są reżyserowane tak, by budować napięcie. Są to otwarte areny, na których zalewają nas fale wrogów. Ponieważ gra jest projektowana pod 4 osoby, grając samemu, jesteś przytłoczony chaosem. Co gorsza, przeciwnicy otrzymali paski zdrowia i stali się istnymi „gąbkami na pociski". Strzelanie w głowę opancerzonego żołnierza Gildii, by patrzeć, jak schodzi mu pasek HP, zabija resztki immersji.
Kolejnym absurdem jest decyzja o wymogu stałego połączenia z siecią w trybie dla jednego gracza (tzw. Always Online). W trakcie ogrywania kampanii kilkukrotnie zostałem wyrzucony do menu z powodu "utraty połączenia z serwerami". Przypominam, że grałem sam, w zamkniętą historię fabularną.
Czy w festiwalu rozczarowań Black Ops 7 ma jakiekolwiek jasne punkty? Ma, i to takie, które momentami pozwalają zapomnieć o fabularnej mizerii. Pieniądze wpompowane w tytuł widać na ekranie, zwłaszcza w warstwie wizualnej. Przerywniki filmowe to absolutny majstersztyk. Mimika twarzy, oświetlenie czy detale otoczenia stoją na poziomie hollywoodzkich superprodukcji. Przejścia pomiędzy cutscenkami a rozgrywką są płynne i robią piorunujące wrażenie, pokazując, co potrafi wycisnąć obecna generacja konsol i PC.
Do tego dochodzi świetna warstwa audio. Dźwiękowcy ze studia Treyarch odrobili pracę domową na piątkę. Bronie nie brzmią tu jak kapiszony, ale jak narzędzia zagłady. Słychać ciężką i metaliczną pracę zamka, huk wystrzałów w zamkniętych pomieszczeniach jest ogłuszający, a futurystyczny arsenał energetyczny ma ten specyficzny, basowy wydźwięk, który czuć na dobrych słuchawkach.
Co więcej, fundament serii, czyli gunplay, wciąż jest solidny. Pomijając problem „gąbczastości" wrogów, samo mechaniczne odczucie strzelania potrafi dać satysfakcję. Responsywność celowania, "mięsisty" odrzut, animacje przeładowania - to wszystko działa wyśmienicie.
Nie dajcie się jednak zwieść tej fasadzie. Piękna oprawa audiowizualna i soczysty model strzelania nie są w stanie przykryć słabości scenariusza. Jeśli szukacie wciągającej historii szpiegowskiej, dusznego klimatu i intrygi, która zmusi was do myślenia - omijajcie ten tytuł szerokim łukiem. Black Ops 7 to piękna, świetnie brzmiąca, ale kompletnie pusta w środku wydmuszka.
Ocena: 5/10
Kopię gry do recenzji dostarczył jej dystrybutor.