"Chcesz wiedzieć, jak naprawdę wygląda sytuacja z cenami paliw? Zamiast słuchać hochsztaplerów i pożytecznych idiotów Putina, koniecznie przeczytaj do końca. Będzie długo i konkretnie" - czytamy w piątkowym (6 marca) wpisie biura prasowego Orlenu na platformie X.
Zwrócono uwagę, że z powodu konfliktu na Bliskim Wschodzie wzrosły ceny benzyny i diesla na światowych rynkach, a także ropy naftowej. "Ale dla nas, tankujących swoje samochody, znacznie ważniejszy jest wzrost cen paliw na światowych giełdach" - wskazało biuro. "Czy paliwa będą tańsze? Będą" - zapewniono. We wpisie podkreślono, że około 30 proc. paliw sprzedawanych w Polsce pochodzi z importu. Wyjaśniono również, że polskie rafinerie, nawet w spokojnych czasach, nie są w stanie zaspokoić wszystkich potrzeb naszego rynku.
Co trzeci litr paliwa sprzedawany na stacjach w naszym kraju jest sprowadzany z zagranicy - po światowych cenach. Co to oznacza w praktyce? Jeśli importer płaci za paliwo np. 6 zł na giełdzie w Amsterdamie, a ceny hurtowe w Polsce utrzymywałyby się na poziomie np. 5,5 zł, to nie dostarczy on paliwa, bo sprzedawałby je ze stratą. W efekcie dla co trzeciego kierowcy mogłoby zabraknąć paliwa. Właśnie z taką sytuacją mieliśmy do czynienia w czasach 'epidemii dystrybutorów' w 2023 roku, kiedy próbowano sztucznie zaniżać ceny. Pamiętasz?
- napisał zespół prasowy Orlenu.
Następnie wyjaśniono, że jeśli ceny w Polsce byłyby znacząco niższe niż na światowych giełdach, to poza brakami dostaw z zagranicy zmagalibyśmy się z problemem niedoborów wywołanych turystyką paliwową. "I znowu - dokładnie tak było w 2023 roku, kiedy na przedwyborczo sztucznie zaniżonych cenach najbardziej skorzystali nasi niemieccy sąsiedzi, masowo tankując w Polsce" - czytamy. Szacuje się, że w Niemczech zaoszczędzono w ten sposób 250 mln zł.
Wówczas braki importu oraz efekty turystyki paliwowej doprowadziły do naruszenia rezerw strategicznych i głębokiego kryzysu zapasów, które odbudowywaliśmy przez długi czas
- stwierdza biuro prasowe spółki.
"Doświadczenie uczy, że takie sytuacje jak obecna są przejściowe. Rynki reagują na wojnę skokami cen. Utrudnione dostawy ropy naftowej i produktów z Bliskiego Wschodu do niektórych krajów (akurat Orlen jest pod tym względem bezpieczny) powodują globalny wzrost ich cen. Tylko notowania diesla wzrosły w ciągu ostatniego tygodnia o ok. 50 proc. To przekłada się na wzrost cen paliw na lokalnych rynkach, w tym na ceny w Polsce" - podkreślono. Wskazano też, że pierwsze oznaki uspokojenia sytuacji lub znalezienia rozwiązań w przypadku jej dłuższego utrzymywania się (nowe szlaki dostaw, zwiększenie produkcji w innych miejscach) spowodują, że ceny zaczną spadać.
Biuro prasowe Orlenu przekazało również, że spółka ma jedynie częściowy wpływ na ceny paliw w Polsce. "Przy tak silnym rozchwianiu rynku Orlen dąży do tego, żeby balansować ceną między zaspokojeniem popytu (staramy się utrzymywać jak najniższe możliwe ceny, aby nie załamać możliwości zakupowych klientów) a cenami na rynkach światowych, aby uniknąć załamania dostaw. Dzisiaj to nasza największa troska" - zapewniono.
W dalszej części wpisu zespół prasowy wyjaśnił, że w przyszłym tygodniu ceny paliw mogą spaść lub wzrosnąć, a oba scenariusze są równie prawdopodobne. Jednak docelowo, według kontrolowanego przez państwo giganta, ma być taniej niż obecnie.
"W takich kryzysowych, wojennych sytuacjach zawsze znajdują się ludzie, którzy próbują skorzystać na chaosie i niepokoju. Od kilku dni obserwujemy w Polsce aktywność rosyjskich trolli próbujących destabilizować sytuację. Swoje dokładają nieodpowiedzialni polscy politycy, którzy dążą do tego samego, co rosyjska agentura. Wielokrotnie mówiliśmy, co na ten temat sądzimy i na pewno powiemy jeszcze nie raz" - podsumowano.
Jak powiadomił dziś portal e-petrol.pl, konflikt na Bliskim Wschodzie szybko przekłada się na sytuację cenową na rynku paliw w Polsce. "W cennikach rafinerii notujemy skokowe podwyżki, które z dnia na dzień przenoszą się na stacje paliw" - informuje serwis.
Notowania paliw gotowych na świecie rosną szybciej niż sama cena surowca, a krajowi producenci szybko adaptują swoje cenniki do sytuacji na rynkach międzynarodowych. Olej napędowy od poprzedniego piątku (27 lutego) podrożał aż o 1 373,20 zł. Metr sześcienny tego paliwa jest przez producentów wyceniany dziś średnio na 6 150,20 zł. To najwyższa cena od stycznia 2023 roku.
Średnie notowania 95-oktanowej benzyny na przestrzeni tygodnia wzrosły o 536,20 zł, a jej aktualna cena to 5 008,20 zł za metr sześcienny. Tak droga benzyna w hurcie ostatni raz była w lipcu 2024 roku.
Z cenowym szokiem w mijającym tygodniu mieliśmy też do czynienia w detalicznej części rynku paliw. "Udało się uniknąć masowej paniki wśród kierowców, która byłaby poważnym wyzwaniem dla całego logistycznego systemu, ale każdy kolejny dzień przynosił wyższe ceny" - czytamy.
W połowie tygodnia, według notowań e-petrol.pl, średnia cena 95-oktanowej benzyny po podwyżce o 25 groszy wyniosła 5,99 zł za litr. Olej napędowy podrożał aż o 41 groszy, do poziomu 6,40 zł/l. Litr autogazu kosztował o 8 groszy więcej, a tankujący płacili za niego 2,85 zł. Przed weekendem na wielu stacjach ceny były już jednak zdecydowanie wyższe. Za litr benzyny kierowcy płacili ponad 6 złotych, a cena diesla przekraczała poziom 7 złotych.
Prognozy na nadchodzący tydzień (9-15 marca) wskazują, że na stacjach cały czas będziemy mieć do czynienia z tzw. paragonami grozy. Szacowane przez e-petrol.pl przedziały cenowe dla poszczególnych gatunków paliw to: 6,15-6,30 zł za litr dla 95-oktanowej benzyny, 7,12-7,29 zł/l dla oleju napędowego oraz 2,97-3,10 zł/l dla autogazu.