Rośnie niebezpieczna bańka na rynku kredytów samochodowych w USA. Grozi nam powtórka kryzysu sprzed 8 lat?

Marcin Kaczmarczyk
Już dwie z trzech największych agencji ratingowych mówią o rosnącym ryzyku na amerykańskim rynku kredytów samochodowych. Sytuacja przypomina wydarzenia sprzed wybuchu globalnego kryzysu w 2008 roku.

Przemysł motoryzacyjny za wielką wodą przeżywa wielkie chwile. W ubiegłym roku Amerykanie kupili niemal 17,5 mln nowych aut, wydając na nie astronomiczną kwotę blisko 440 mld dol. O 40 tys. pobili rekord sprzedaży z 2000 roku. Sprzedaż jest też bez porównania większa niż w najbardziej kryzysowym 2009 roku – wtedy w USA sprzedano zaledwie 10,4 mln nowych samochodów.

Znaczna część tych samochodów jest kupowana na kredyt. Przy okazji miliony uboższych Amerykanów kupuje – również na kredyt – samochody używane. Całą sprzedaż aut napędza niskie bezrobocie i bardzo niskie stopy procentowe. A od pewnego czasu również, bardzo liberalne podejście banków w kwestii oceny wiarygodności kredytowej nabywców samochodów.

Kredyty pakowane w obligacje. Jak przed kryzysem

W poniedziałek S&P Global Ratings, jedna z trzech największych agencji ratingowych ostrzegła przed rosnącym ryzykiem na rynku obligacji strukturyzowanych opartych o nisko oceniane kredyty samochodowe. O co chodzi?

W pewnym uproszczeniu, w USA na rynku kredytów samochodowych dzieje się to samo, co na rynku kredytów hipotecznych tuż przed wybuchem globalnego kryzysu w 2008 roku. Banki dają kredyt na auto prawie każdemu chętnemu – nawet jeżeli jego wiarygodność kredytowa nie jest wysoko wyceniana. Następnie te kredyty „pakowane” są w paczki o różnym stopniu wiarygodności i sprzedawane w formie obligacji osobom szukającym godziwego zysku – chętnych na te papiery nie brakuje, bowiem w czasach bardzo niskich stóp procentowych jawią się one jako bardzo atrakcyjne.

Teraz S&P zauważa, że te obligacje (dokładnie powiązane z kredytami subprime, a więc najniżej ocenianymi) zaczynają lekko śmierdzieć – nie wszystkie pożyczki są spłacane na czas – i uczciwie, a więc inaczej niż w 2007 i 2008 roku, ostrzegają przed tym chętnych na ich kupno.

CZYTAJ TEŻ: Czy za błędy sprzed kryzysu największe banki poniosły jakiekolwiek konsekwencje prawne?

Agencja zwraca uwagę między innymi na fakt, że wydłuża się czas spłaty kredytów. W 2003 roku około 44 proc. pożyczek zaliczanych było do grupy kredytów 60-miesięcznych lub dłuższych. W 2011 roku już 78 proc., teraz około 80 proc. To sugeruje, że znaczna część kredytobiorców wzięła na siebie duże, jak na nich, obciążenie finansowe, które musi rozłożyć co najmniej na kilka lat spłaty.

Spłacane najgorzej od 20 lat

To, że problem istnieje sygnalizuje również Fitch Ratings, konkurent S&P. Już w marcu ostrzegł, że opóźnienia w spłacie samochodowych kredytów subprime osiągnęły poziom nieobserwowany na rynku od października 1996 roku. W lutym liczba pożyczkobiorców, którzy zalegali ze spłatą raty kredytu za auto była o blisko 12 proc. większa niż rok wcześniej. Fitch twierdzi, że już 5,16 proc. samochodowych kredytów subprime jest niespłacanych lub spłacanych z opóźnieniem.

To sporo, dla porównania w Polsce udział kredytów konsumpcyjnych (część z nich to kredyty samochodowe), których spłaty są spóźnione o co najmniej 90 dni, w ogólnej ich liczbie, i w wypadku tych, które zostały udzielone w 2012 roku, spadł ostatnio poniżej 2 proc.

Prawdopodobieństwo, że jednak rosnące ryzyko na rynku amerykańskich samochodowych kredytów subprime doprowadzi do kolejnego wielkiego krachu na rynku finansowym nie są wielkie. Po pierwsze, dlatego że agencje już ostrzegają – widzą problem, który w 2007 roku ignorowały. To powoduje, że chętnych na ryzykowne obligacje jest mniej – kluczowe instytucje finansowe nie kupują ich masowo, są ostrożniejsze. Teraz wydaje się więc, że w najgorszym wypadku czeka nas spowolnienie akcji kredytowej na amerykańskim rynku kredytów samochodowych, potem w całym przemyśle motoryzacyjnym, ale nie powinno to być tak gwałtowne i bolesne załamanie, jak to do którego doszło w czasach bankructwa Lehman Brothers.

Może jednak świat finansów czegoś się nauczył po ostatnim wielkim kryzysie.

Tekst pochodzi z blogu "Subiektywnie o giełdzie i gospodarce"