Zużywali rocznie tyle stali, ile potrzeba na zbudowanie 1000 wież Eiffla. Teraz walczą o przetrwanie

Marcin Kaczmarczyk
Kto myśli, że rozwój przemysłu stoczniowego to samo dobro, powinien popatrzeć na to, co dzieje się właśnie w Korei Południowej. Trzy największe stocznie na świecie są nad przepaścią. By przetrwały, państwo łoży na nie miliardy. Przypomina to zabiegi związane z ratowaniem naszego górnictwa.

We wtorek rząd Korei Południowej poinformował o utworzeniu specjalnego funduszu ratunkowego wartości około 9,5 mld dol. (mniej więcej tyle wynosi roczny budżet polskiego MON lub jest to dwa razy większa kwota od rocznych kosztów programu 500+), który ma pomóc znajdującym się w tarapatach trzem dużym stoczniom południowokoreańskim.

Hyundai Heavy Industries, Daewoo Shipbuilding & Marine Engineering i Samsung Heavy Industries to trzy największe zarówno w Korei Południowej, jak i na świecie stocznie. Zatrudniają łącznie niemal 62 tys. osób. To tak na marginesie, nieco mniej niż pracuje w polskim górnictwie – wszystkich pracowników w naszych kopalniach jest ponad 90 tys., a tych pracujących pod ziemią około 70 tys.

Tania ropa zabija stocznie

Koreańskie stocznie toną z powodu taniej ropy. Dzisiaj za baryłkę ropy Brent trzeba zapłacić nieco ponad 50 dolarów, dwa lata temu kosztowała około 115 dolarów. Z tego powodu przemysł naftowy drastycznie ograniczył inwestycje – w ubiegłym roku wg danych Międzynarodowej Agencji Energii o 24 proc., w tym mają one spaść o kolejne 17 proc. A nafciarze to jeden z najważniejszych klientów nie tylko dla koreańskich stoczni – zamawiają tankowce, pływające terminale gazowe, morskie platformy wiertnicze. Teraz niestety dużo mniej niż w czasach, gdy ropa była droga.

Na poziom  zamówień w przemyśle stoczniowym wpływa też cała globalna koniunktura. A ta jest taka sobie, między innymi z powodu trwającej przebudowy chińskiej gospodarki. 

Pięć lat temu trzy największe stocznie koreańskie zużywały rocznie 7,4 mln ton stali – to mniej więcej tyle, ile potrzeba na wybudowanie tysiąca wież Eiffela. Teraz to zużycie spadło do 5,7 mln ton. Jak malejący poziom zamówień w stoczniach, wpłynął na ich sytuację finansową, najlepiej widać w kursie ich akcji. Papiery np. Daewoo Shipbuilding na giełdzie w Seulu w rekordowym 2007 roku kosztowały ponad 60 tys. koreańskich wonów. Potem był światowy kryzys, stabilizacja i na przełomie 2013 i 2014 roku były wyceniane w okolicach 36 tys. wonów. Dzisiaj kosztują 4,7 tys. wonów – kilka procent ceny sprzed lat.

wykreswykres zrzut ekranu

 

Czytaj też: Zobacz, jak rządowe spółki radzą sobie na naszej giełdzie.

Bolesne cięcia etatów

Administracja Park Geun Hye, prezydent Korei Południowej, nie ukrywa, że stoczniowców czekają ciężkie czasy. Mówi się, że nawet kilkadziesiąt tysięcy osób może stracić pracę w branży – nawet 1/3 zatrudnionych.

Stocznie rozpoczęły już bardzo głęboką przebudowę. Pozbywają się między innymi mniej potrzebnych działów. Daewoo Shipbuilding sprzedaje np. aż 14 zależnych spółek, dwa duże doki i jeszcze wydziela do oddzielnej spółki cześć zajmującą się budowaniem najbardziej skomplikowanych i zarazem najbardziej dochodowych statków. Bardzo liczy też na dodatkową pomoc Korea Development Bank – to największy akcjonariusz stoczni.

Hyundai Heavy sprzedaje między innymi akcje, które ma w innych spółkach wielkiej grupy – w tym w Hyundai Motor, który zajmuje się produkcją samochodów. Wprowadzi również cięcia etatów i wynagrodzeń – ma ambitny plan szybkiego ograniczenia zadłużenia, które aż o 34 punkty procentowe przekracza giełdową wartość spółki.

Czytaj też: Ambitne plany Azjatów. Hyundai i Huawei ruszają na wojnę z Amerykanami.

Widać światełko w tunelu

Koreańczycy wierzą, że restrukturyzacja się powiedzie. Najgorsze wydaje się, że w przemyśle stoczniowym minęło. Ropa delikatnie zaczęła drożeć, na rynek napływają nowe zamówienia. Dodatkowy problem jednak jeszcze w tym, że podobne problemy do koreańskich stoczni mają inni wielcy budowniczowie statków - tacy, jak japoński Mitsui Engineering & Shipbuilding lub singapurski Cosco Corp. Wszyscy mają nóż na gardle, każdy walczy jak lew o nowe kontrakty.


Rozwój polskiego przemysłu stoczniowego na pewno nie będzie łatwy. I trzeba uważać. W najgorszym scenariuszu możemy zbudować dużą branżę, która podobnie jak górnictwo, może wymagać w przyszłości ogromnego rządowego dofinansowania.

Tekst pochodzi z blogu "Subiektywnie o giełdzie i gospodarce".