To dopiero początek Armagedonu po Brexicie. Może być jeszcze gorzej. Plan Morawieckiego do kosza

Marcin Kaczmarczyk
Dolar powyżej 4 złotych i potężne spadki na wszystkich giełdach świata to jeszcze nie wszystko, co może nas spotkać po Brexicie. Wkraczamy w erę wysokiej niepewności politycznej – w takich warunkach możemy zapomnieć o silnym i stabilnym wzroście gospodarczym.

Nie przypadkiem w piątek wczesnym popołudniem akcje dużych brytyjskich banków notowały spadki oscylujące w pobliżu 20 proc. Nie przypadkiem też w tym samym czasie na giełdzie w Warszawie prawie o 10 proc. taniały akcje mBanku i PKO BP. Giełda często brutalnie informuje nas o tym, co może zdarzyć się w przyszłości. Inwestorzy nie wierzą w świetlaną przyszłość najważniejszych europejskich banków, nie wierzą też w silny wzrost gospodarczy – boją się nadchodzącej wielkiej niepewności politycznej. Mówiąc jeszcze krócej – nie podzielają opinii, że nowa Unia, 27 wkrótce członków, będzie dalej zjednoczona – jak napisali to w południe w piątek we wspólnym oświadczeniu najważniejsi politycy Unii, Donald Tusk, Martin Schulz, Mark Rutte i Jean-Claude Juncker.

Tak więc w najbliższym czasie droższe wakacje za granicą i droższe raty kredytów walutowych mamy już zapewnione – ale to może okazać się najmniejszym problemem.

Recesja w Europie? Niewykluczone

Przed południem analitycy mBanku napisali na twitterze, że jedno jest pewne. W Europie stopy procentowe będą bardzo długo ujemne. To będzie, jak uważają, paniczna walka o utrzymanie wzrostu.

Banki centralne będą musiały prowadzić – i już zresztą zaczęły – bardzo aktywną politykę monetarną by najpierw uspokoić rynki, a potem zachęcić przestraszony Brexitem biznes do inwestycji. To nie będzie ani łatwe, ani tanie, ani skazane na sukces.

Zwłaszcza, że Brexit to może być dopiero początek politycznej katastrofy. We Włoszech, Francji, Holandii i Szwecji już się mówi o referendach podobnych do brytyjskiego. To wszystko oznacza bardzo dużo niepewności, której inwestorzy i biznes nie znoszą.

Polityka uderzy więc w całą europejską gospodarkę. W tym w polską, której relacje z Wielka Brytanią są bardzo silne. Przypomnijmy, że Zjednoczone Królestwo to jeden z naszych najważniejszych partnerów gospodarczych. To trzeci kraj, jeśli chodzi o wielkość polskiego eksportu – po Niemcach i Czechach. I do tego w handlu z Wyspami mamy sporą nadwyżkę - w zeszłym roku wyniosła ona ponad 7 mld zł. To więcej niż całe nasze dodatnie saldo obrotów handlowych z pozostałymi krajami i ponad 1,5 proc. polskiego PKB. Wątpliwe by to się utrzymało, jeżeli Brytyjczycy zagłosują za wyjściem z Unii.

Mniejszy wzrost PKB w Polsce

Może zmaleć nasz handel z Wielką Brytanią, mogą spaść inwestycje brytyjskie w Polsce. Może również do Polski napłynąć mniej zamówień z Niemiec, która same sporo ucierpią na Brexicie.

Morgan Stanley prognozuje, że przegrana Camerona w referendum może zmniejszyć wzrost polskiego PKB w 2016 roku o 0,1-0,2 pkt. proc. a w przyszłym o 0,5-1,4 pkt. proc.

- Szacujemy, że w razie wyjścia Wielkiej Brytanii z UE, PKB Europy Środkowo-Wschodniej straciłoby łącznie 0,7 pkt. proc. do końca 2017 r. W ekstremalnym scenariuszu wzrost mógłby być mniejszy o 1,9 pkt. proc., podobnie jak w strefie euro, choć byłoby to bardziej rozłożone w czasie – napisali analitycy amerykańskiego banku inwestycyjnego w raporcie opublikowanym jeszcze przed Brexitem.

I co bardzo ważne, w raporcie tym zakładano jednak pewną stabilizację polityczną w Unii. Teraz już wiemy, że ona nie jest pewne. Emocje są wielkie, siły odśrodkowe rosną w siłę.

Bardzo ważne słowa powiedział w piątek dla PAP Enrique Diaz-Alvarez, dyrektor ds. oceny ryzyka w firmie Ebury specjalizującej się w usługach finansowych. - Jesteśmy zdania, że rynek może nie do końca właściwie wyceniać negatywny polityczny i gospodarczy wpływ wczorajszej decyzji Brytyjczyków na Unię Europejską w odpowiedzi na głosowanie. Od czasu ogłoszenia wyników w Wielkiej Brytanii zaczęły odzywać się głosy w innych europejskich krajach, sugerujące chęć organizacji podobnego referendum - powiedział.

Po czym dodał, że niepewność względem unii gospodarczej i fiskalnej będzie narastać, a rozwój instytucjonalny unii monetarnej będzie istotnie utrudniony. W takim świecie rozwój gospodarczy naprawdę może być problemem.

Czytaj też: Co łączy Trumpa z szefem niemieckiej Pegidy, a Obamę z Warufakisem i Morawieckim?

Plan Morawieckiego do kosza. Mniej pieniędzy z Brukseli

Jeżeli Wielka Brytania wyjdzie z Unii Europejskiej, skończy się również szeroki strumień euro płynący do nas z Brukseli. Tylko w 2014 r. otrzymaliśmy z Unii na czysto 13,7 mld euro. To ok. 1/3 kwoty, która trafiła do wszystkich unijnych beneficjentów. Problem w tym, że Wielka Brytania jest trzecim największym płatnikiem netto do kasy UE. Składka Wielkiej Brytanii do wspólnego budżetu sięga ponad 11 mld euro rocznie przy 13,5 mld euro Francji, 25 mld euro z Niemiec oraz 3,5 mld euro z Polski.

Jeżeli więc Brytyjczycy pożegnają się z unią, możemy na początek stracić około 2 mld euro – o takich pieniądzach się mówi. A to ostrożny szacunek. Bo zapewne nowy budżet Unii po roku 2020 nie będzie już tak hojny dla biedniejszych krajów jak do tej pory.

Możemy zapomnieć o takich pieniądzach z Unii, jakie dostawaliśmy wcześniej i jakie mamy dostać jeszcze w aktualnym budżecie. To przekreśla finansowanie planu Morawieckiego. Wicepremier chciał by w planie o wartości ponad biliona złotych około połowa inwestycji została sfinansowana środkami pochodzącymi z Brukseli. Teraz to wydaje się utopią. Nie ma szans na takie pieniądze z mniejszej, być może dalej się rozpadającej Unii.

Co z Polakami w Anglii? Nic tutaj nie wiadomo

W Polsce bardzo mało i niechętnie mówi się o tym, że wielu Anglikom bardziej przeszkadzali Polacy na Wyspach niż uchodźcy, których Angela Merkel zaprosiła do Europy. Masowa imigracja wyznawców islamu to może problem Belgów, a ostatnio Niemców, ale nie Brytyjczyków. To Polacy i inni wschodni Europejczycy byli ostatnio widoczni niemal w każdym zakątku Zjednoczonego Królestwa – a nie przybysze z Syrii. I to wielu Anglików irytowało, co doskonale było i jest widać na stronach brytyjskich tabloidów – tych samych, które nawoływały z powodzeniem do Brexitu.

I choćby tylko dlatego pewna i spokojna przyszłość naszych rodaków na Wyspach nie jest pewna. Nie wiemy, czy zachowają swoje „przywileje”, nie wiemy jak zostanie uregulowany ich pobyt na Wyspach. Nic nie wiemy – o tym wszystkim będzie decydował ostatecznie brytyjski parlament, w którym niekoniecznie musimy liczyć na wielką życzliwość wobec Polaków.

Oczywiście Brytyjczycy potrzebują też pracowników i będą rozmawiać o przyszłości polskich „wyspiarzy” z naszym rządem – ale nie wiemy również, jakie te rozmowy przyniosą efekt.

Pewne jest jedno w Europie, wkraczamy w nowy, trudniejszy niż dotąd, etap. Pełen bardzo wielu zagrożeń.

Tekst pochodzi z blogu "Subiektywnie o giełdzie i gospodarce"