Strajk nauczycieli. Lekarz rezydent radzi ws. negocjacji z rządem: Oliwi się tylko te drzwi, które skrzypią

Nauczyciele strajkują, a lekarze rezydenci widzą podobieństwa z ich sytuacją i protestem sprzed kilkunastu miesięcy. Taki strajk to jedyny sposób, żeby coś wymusić na rządzie - uważa Marcin Sobotka z Porozumienia Rezydentów OZZL.
Zobacz wideo

 

Maria Mazurek, Next.gazeta.pl: Lekarze rezydenci protestowali kilkanaście miesięcy temu, przez blisko miesiąc prowadzili głodówkę. Potem, w lutym ubiegłego roku, wynegocjowali z rządem porozumienie. Czy widzi pan jakieś podobieństwa między sytuacją waszej grupy a dzisiejszą sytuacją nauczycieli?

Marcin Sobotka, przewodniczący Porozumienia Rezydentów Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy: To, co się teraz dzieje w szkolnictwie, to jest kalka tego, co się dzieje w systemie opieki zdrowotnej. Mamy tam bardzo dużo nauczycieli, jak tu mieliśmy lekarzy, młodych, ambitnych, którzy są zaangażowani, chcą pracować. Natomiast widzą oni pewną mizerię systemu, są zniechęceni, ciągle coś im się dokłada, nie mogą się skupić na nauczaniu dzieci, na własnym rozwoju. A przede wszystkim nie mogą skupić się na własnym życiu, bo zarabiają tak marnie, że muszą brać dodatkowe prace. To jest to samo, co się dzieje u nas. Specyfika tych zawodów się różni, ale sytuacja jest podobna. Ja się wcale nie dziwię, że oni, patrząc na to, jak wygląda ich wynagrodzenie w porównaniu do nakładu pracy, już się po prostu wkurzyli, bo na wszystko są pieniądze, tylko nie na szkolnictwo.

Czytaj też: Egzamin gimnazjalny 2019. Chaos w szkołach. Rząd nie mówi, co robić. Jedyna rada: Przyjdźcie na egzamin

Myśli pan, że strajk coś da?

Taki spór zbiorowy, który oni teraz realizują, to jest jedyna szansa, żeby wymusić coś na rządzie. Bo rząd sam z siebie nigdy nie wyjdzie naprzeciw oczekiwaniom żadnego środowiska. Ktoś powiedział, że oliwi się tylko te drzwi, które skrzypią. Dopóki dana grupa społeczna nie wyjdzie na ulicę i nie zacznie się czegoś głośno domagać, to nie będzie prób naprawienia sytuacji.

Do kolejnych prób rozmów i nawiązania porozumienia zapewne jednak dojdzie. Pan przeszedł to ponad rok temu. Jakie miałby pan rady dla nauczycieli?

Przede wszystkim nie można ulegać presji rządu, także tej medialnej. Są media, które realizują linię polityki rządu, z tym też i my się zetknęliśmy. Ta presja to oczernianie, obrażanie, mówienie nieprawdy. To jest bardzo silny oręż, taką presję trudno wytrzymać, bo społeczeństwo ulega takiej "propagandzie" medialnej.

A jeśli chodzi o same negocjacje, to nauczyciele nie mogą skupiać się na tym, że rząd im coś obieca i to zrealizuje, bo tak nie będzie. Dopóki nie będzie się mieć tego zapisanego w ustawie, ta ustawa nie przejdzie przez Sejm, nie zostanie podpisana przez prezydenta i nie ukaże się w Dzienniku Ustaw, to nie ma się niczego w ręku. Zobaczyliśmy, że ten rząd, jeśli mu na czymś zależy, jest w stanie przeforsować ustawę w ciągu jednego dnia, a Sejm może ją przegłosować w nocy.

Zobacz także: Strajk nauczycieli. Rząd wie, że stary numer nie wypalił. Wybrał walkę w klinczu. Czas na ciosy poniżej pasa?

Jak państwo - środowisko lekarzy rezydentów - czują się kilkanaście miesięcy po podpisaniu porozumienia z rządem?

Czujemy się rozgoryczeni, czujemy, że nie idziemy w tym samym kierunku z Ministerstwem Zdrowia. Tak naprawdę nikomu nie zależy na naprawie systemu, bo to wiąże się z dużymi nakładami finansowymi.

Piszecie i mówicie, że resort zdrowia nie realizuje porozumienia.

W związku z tym, że Ministerstwo Zdrowia nie ma środków na realizację tego porozumienia i nigdy nie miało, tak że nigdy nie zamierzało realizować tego w pełni, oprócz podwyżek, które miały uciszyć środowisko. Nie realizuje tych poszczególnych punktów, bo nie ma na to pieniędzy.

Czego dokładnie rząd nie robi, choć obiecał?

Przede wszystkim jeśli chodzi o wzrost nakładów na cały system opieki zdrowotnej - w porozumieniu jest zapisane, że ma być to 6 proc. PKB do 2024 roku. Wygląda to tak, jakby rząd chciał to jak najmniejszym wysiłkiem finansowym zrealizować. Stąd przy wyliczeniach bierze PKB z dwóch lat wstecz, co obniża kwotę, o którą finansowanie ma być zwiększone. Do tego dodatkiem lojalnościowym, tym tak zwanym bonem patriotycznym, nie zostali objęci lekarze dentyści. Poza tym nie zlikwidowano jeszcze obowiązku ustalania przez lekarzy poziomu refundacji za leki - nie chcemy tego robić, bo ten poziom ciągle się zmienia, a za błąd grozić mają teraz jeszcze kary administracyjne i mandaty. Kolejną sprawą jest nowelizacja ustawy o zawodzie lekarza i lekarza dentysty. To jest dla nas bardzo ważna nowelizacja, bo znalazło się tam bardzo dużo zapisów, jeśli chodzi o prawo pracy, rozliczanie dyżurów, szkolenie specjalizacyjne, a także kwestie finansowe. Nowelizacji nie ma, bo rekomendacje zespołu opracowującego zostały przesłane z opóźnieniem do Ministerstwa Zdrowia. Resort powinien w tym czasie przygotowywać własne propozycje, żeby zdążyć w terminie 31 marca, zapisanym w porozumieniu.

Szykują się kolejne protesty lekarzy?

Podjęliśmy w styczniu decyzję, że będziemy organizować manifestację, a później protest. Manifestacja jest zaplanowana na 1 czerwca, natomiast główną akcję protestacyjną planujemy na wrzesień-październik, przed wyborami.

Społeczeństwo się przyzwyczaiło do tego, że w systemie zdrowia panuje bałagan. Nam też jest ciężko zmienić sposób myślenia: że można pracować mniej, zarabiać więcej, że możemy wykonywać tę pracę lepiej. Zobaczmy, co dzieje się na SOR-ze i na nocnej pomocy lekarskiej, gdzie pacjentów są tłumy i kolejki się nie zmniejszają. Środowisko jest naprawdę rozgoryczone, nie tylko lekarze, lecz także inne zawody, pielęgniarki, fizjoterapeuci, ratownicy, którzy też nie zostali potraktowani fair. Jest atmosfera do tego, żeby wyjść na ulice i jeszcze raz wszystko wykrzyczeć. Innej drogi nie widzę.

Zobacz wideo