Boris Johnson premierem Wielkiej Brytanii. Co z imigrantami po brexicie? Może być większa kontrola

Nazywany "brytyjskim Trumpem" Boris Johnson został nowym premierem Wielkiej Brytanii. Polityk znany z niewybrednych komentarzy i nawoływania do brexitu coraz bardziej upodabnia się do amerykańskiego prezydenta. Zarówno pod względem medialnych gaf, jak zapatrywań na politykę imigracyjną.
Zobacz wideo

Zgodnie z obowiązującymi obecnie przepisami wszyscy obywatele spoza UE pracujący w Wielkiej Brytanii muszą zarabiać co najmniej 30 tys. funtów rocznie, jeśli ile chcą pozostać na Wyspach po brexicie. Jak podał Independent, koalicja grup biznesowych i firm edukacyjnych wezwała przyszłego premiera, którym został Boris Johnson, do zobowiązania się do obniżenia tego progu do 20 tys. funtów i zreformowania systemu imigracyjnego. Powód? Kryzys kompetencji na brytyjskim rynku pracy

Imigranci z krajów UE

Jak z kolei może zmienić się sytuacja dla imigrantów z krajów należących do UE? Nawet jeśli nie dojdzie do rewolucji w prawie, wiele wskazuje na to, że część dotychczasowych zasad może ulec zmianie, a inne będą twardo egzekwowane. Boris Johnson zapowiedział już, że polityka imigracyjna po brexicie będzie wiązała się z większą kontrolą. W tym celu nowy premier Wielkiej Brytanii od dłuższego czasu propaguje nowego systemu imigracyjnego, tzw. punktowego. 

Boris Johnson chce selekcji

Boris Johnson, były burmistrz Londynu i następca Theresy May, jest za wprowadzeniem nowego systemu imigracyjnego opartego na systemie punktowym, który obowiązuje w Australii.

Zgodnie z nim imigranci podlegaliby wygórowanej selekcji w kontekście przydatności zawodowej i społecznej. Musieliby też zdawać specjalny egzamin w języku angielskim.

Musimy być bardziej otwarci na wysoko wykwalifikowanych imigrantów takich jak np. naukowcy. Musimy także zapewnić opinię publiczną, że opuścimy Unię Europejską i przejmiemy kontrolę nad słabo wykwalifikowanymi imigrantami, którzy przyjeżdżają do naszego kraju. Musimy być bardziej wymagający dla tych, którzy wykorzystują naszą gościnność

- przekonywał Boris Johnson jeszcze zanim wybrano go na nowego szefa Partii Konserwatywnej.

To może skomplikować dalsze zamieszkanie i pracę w Wielkiej Brytanii sporej części imigrantów, w tym polskich.

Mniej imigracji po brexicie

Boris Johnson ma twardsze w kwestii migracji poglądy od swojego konkurenta z ostatniej prostej wyścigu o fotel premiera, Jeremy'ego Hunta. Oprócz tego, że zapowiada wprowadzenie systemu punktowego wzorowanego na australijskim, jest także przeciwny dotychczasowemu celowi migracji netto, który mówi o 100 tys. osób rocznie, choć podczas debaty zorganizowanej przez "The Sun" nie podał konkretnej liczby, do jakiej chciałby dążyć. Co więcej, chce powstrzymać imigrantów przed ubieganiem się o świadczenia natychmiast po przyjeździe do Wielkiej Brytanii.
 
Zgodnie z danymi GUS, na koniec 2017 r. w Wielkiej Brytanii przebywało 793 tys. Polaków w celach zarobkowych - najwięcej spośród krajów UE.

Ogłaszając swoją kandydaturę pod koniec maja tego roku, Johnson zapowiedział, że Wielka Brytania opuści Unię Europejską 31 października. Z umową brexitową lub bez niej. Co więcej, otwarcie i bezpardonowo targuje się z UE. W czerwcu zagroził, że wstrzyma "rachunek za rozwód" - 39 mld funtów, które Londyn ma zapłacić Wspólnocie - o ile nie dostanie lepszych warunków brexitu. Ocenia się, że blisko 70 proc. Partii Konserwatywnej, której przewodzi Johnson, popiera brexit, więc nie można wykluczyć tego scenariusza, także w jego "twardym" wariancie, co tym bardziej może wpłynąć na politykę imigracyjną.

Więcej o: