Boris Johnson gra w ryzykowną grę. Może obudzić irlandzkie demony

Boris Johnson, nowy brytyjski premier, w bardzo wojowniczym wystąpieniu w Izbie Gmin podkreślił, że z tzw. backstopem nie będzie umowy z Unią Europejską. Natychmiast i mocno zareagowali na to Irlandczycy.
Zobacz wideo

Backstop to, najkrócej mówiąc, specyficzne zabezpieczenie, które wprowadzono do umowy pomiędzy Wielką Brytanią a Unią Europejską po to, by po brexicie nie wróciła twarda granica pomiędzy Irlandią a Irlandią Północną. Jeżeli wróci - uważają eksperci - istnieje ryzyko, że konflikt pomiędzy katolikami a protestantami w Irlandii Północnej znowu się rozpali.

Teraz w Irlandii Północnej jest spokojnie. Głównie dzięki dwóm rzeczom. Po pierwsze, porozumieniu wielkopiątkowemu z kwietnia 1996 roku, które zakończyło krwawy 30-letni konflikt pomiędzy katolikami opowiadającymi się za przyłączeniem Irlandii Północnej do Republiki Irlandii a protestantami opowiadającymi się za pozostaniem Irlandii Północnej w składzie Wielkiej Brytanii.

I po drugie, dzięki Wspólnocie Europejskiej, której unia celna pozwoliła usunąć twarde granice pomiędzy Irlandią Północną a resztą Zjednoczonego Królestwa oraz Irlandią. Brak tych granic pozwala żyć wcześniejszym stronom konfliktu zarówno w pewnej symbiozie gospodarczej, jak i w przeświadczeniu, że naprawdę niewiele ich dzieli od reszty ojczyzny.

Bardzo ważna unia celna

Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej oznacza bardzo wysokie ryzyko, że twarda granica znowu pojawi się tam, gdzie jej istnienie jest silnie niewskazane. Stanie się tak, jeżeli Brytyjczycy nie będą chcieli stworzyć przynajmniej unii celnej z Unią Europejską. Wtedy Bruksela, by chronić interesy gospodarcze swoich członków, w tym Irlandii, która w UE pozostaje, będzie musiała wprowadzić szczelną granicę tam, gdzie kończą się brytyjskie ziemie.

W trakcie negocjowania traktatu brexitowego rozważano też wprowadzenie twardej granicy pomiędzy Irlandią Północną a Wielką Brytanią, ten pomysł był jednak nie do zaakceptowania przez Londyn. Rząd May zgodził się za to na backstop, czyli, w pewnym uproszczeniu zgodę na to, że unia celna z Unią Europejską będzie trwać aż do chwili, gdy nie uda się wynegocjować nowego porozumienia o współpracy po brexicie. Teraz nowy premier Boris Johnson chce, by punkt o backstopie wykreślić z porozumienia z Brukselą.

- To musi być jasno zrozumiałe, że droga do umowy (z Unią Europejską) prowadzi przez odrzucenie backstopu - mówił w czwartek w Izbie Gmin.

Twarde irlandzkie "nie"

Ten pomysł bardzo nie podoba się Irlandczykom. Już w czwartek irlandzki premier Leo Varadkar wyraźnie powiedział, że nie będzie umowy brexitowej z Wielką Brytanią, jeżeli Londyn nie zaakceptuje backstopu. - Stanowisko Unii Europejskiej i Irlandii nie zmieniło się. Backstop jest integralną częścią układu o wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii - mówił.

I dodał, że bez backstopu nie będzie tego układu, nie będzie późniejszego okresu przejściowego, ani przyszłej umowy o wolnym handlu z Wielką Brytanią.

Pomysł Johnsona skrytykował też w piątek Simon Coveney, irlandzki minister spraw zagranicznych. Nazwał dzień przemówienia brytyjskiego premiera w parlamencie "bardzo złym dniem" i wyraził nadzieję, że Londyn w kwestii backstopu jeszcze zmieni zdanie.

Istnieje duże prawdopodobieństwo, że niektórzy północnoirlandzcy katolicy nie będą tak subtelni w ocenach nowego stanowiska brytyjskiego premiera, jak premier i szef MSZ Irlandii. Napięcie w Irlandii Północnej może znowu wzrosnąć. I wtedy okaże się, że Johnson i wcześniej inni zwolennicy brexitu otworzyli irlandzką puszkę Pandory.