Z informacji brytyjskich mediów wynika, że Boris Johnson zawarł tajne porozumienie z północnoirlandzką DUP (Demokratyczna Partia Unionistów), które ma uregulować relację pomiędzy Irlandią Północną i Republiką Irlandii, po opuszczeniu Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię.
Na jego mocy Irlandia Północna pozostałaby pod kontrolą jednolitego unijnego rynku w zakresie przepływu produktów rolno-spożywczych i towarów przemysłowych co najmniej do 2025 r., choć de facto od Republiki Irlandii, oddzielałaby ją "niewidzialna" granica. O dalszych relacjach miałaby z kolei zdecydować brytyjsko-irlandzka rada ministerialna, która została powołana w 1996 r. na mocy porozumienia wielkopiątkowego.
Propozycja Johnsona to alternatywa dla tzw. backstopu, który stał się w Wielkiej Brytanii kością niezgody i doprowadził do odrzucenia pierwszego porozumienia z UE wynegocjowanego jeszcze przez rząd Theresy May. W skrócie, backstop miał zagwarantować, że po brexicie nie wróci twarda granica pomiędzy Irlandią a Irlandią Północną. Wielu polityków Londynie uważa, że backstop naruszyłby integralność terytorialną kraju, z kolei Irlandczycy nie chcą słyszeć o powrocie twardej granicy z Irlandią Północną.
Trudno im się dziwić. Warto pamiętać, że mówimy o regionie, w którym w przeszłości dochodziło do bardzo silnych konfliktów na tle religijno-społecznym. Powrót granic mógłby więc obudzić "irlandzkie demony".
Propozycja, którą premier Boris Johnson chce przedstawić w środę na zakończenie dorocznej konferencji Partii Konserwatywnej, może sprawić, że Londyn i Bruksela powrócą do stołu negocjacyjnego i wypracują umowę brexitową. Jednak wciąż nie ma pewności, że spotka się z akceptacją ze strony Irlandii.
Wcześniej Bruksela, jak i Dublin bardzo krytycznie odniosły się do innej propozycji Borisa Johnsona, która wyciekła do mediów. Zakładała ona utworzenie stanowisk odprawy celnej między Irlandią Północną oraz Republiką Irlandii. Brytyjski premier tłumaczył jednak we wtorek, że ten pomysł jest już nieaktualny.
Podczas swojego wystąpienia w Manchesterze Johnson ma podkreślić, że nowa propozycja to "uczciwy i rozsądny kompromis", który jest efektem ponad 70 godzin rozmów z unijnymi liderami. Chwilę później brytyjski premier ma przejść do ofensywy i stwierdzić, że jeśli UE nie zaakceptuje jego propozycji, to doprowadzi on do brexitu bez umowy pod koniec października.
Moi przyjaciele, obawiam się, że po trzech i pół roku negocjacji nasi obywatele są wodzeni za nos. Mogą odnieść wrażenie, że istnieją w naszym kraju siły, które nie chcą dopuścić do wystąpienia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej
- ma stwierdzić Boris Johnson.
Straszenie twardym brexitem to jednak dla Borisa Johnsona dość ryzykowna gra. Warto przypomnieć, że kilka tygodni temu brytyjska Izba Gmin zobowiązała premiera do wynegocjowania porozumienia z UE do 19 października br., a w przypadku fiaska negocjacji, do zawnioskowania o przesunięcie terminu brexitu.
Z drugiej strony premier wielokrotnie udowadniał, że ze zdaniem brytyjskiego parlamentu raczej zbytnio się nie liczy. We wrześniu doprowadził nawet do zawieszenia prac Izby Gmin, co - jak stwierdził później Sąd Najwyższy w Londynie - okazało się działaniem niezgodnym z brytyjskim prawem.