PZL Świdnik miał być w czasach PiS krainą mlekiem i miodem płynącą. Jest rozczarowanie i zwolnienia

Przez ostatnie sześć lat politycy PiS na najróżniejsze sposoby deklarowali, zapewniali i zapowiadali, że w przeciwieństwie do swoich poprzedników zadbają o "polskie fabryki śmigłowców". Miały być zamówienia, miała być praca. Teraz pracownicy jednej z nich dobitnie mówią, że to było wszystko puste obietnice. Przyszłość zakładów w Świdniku nie wygląda optymistycznie. Zwłaszcza ich niegdyś sztandarowego dzieła - śmigłowca Sokół.

O sytuacji w należących do włoskiego koncernu Leonardo zakładach pisze bez ogródek jeden z działających w nich związków zawodowych - Związek Zawodowy Inżynierów i Techników PZL-Świdnik (ZZIT). Pisownia w tym cytacie i kolejnych oryginalna.

Wszystkie obietnice, które przed każdymi wyborami były przekazywane załodze naszej firmy przez licznie nas wtedy odwiedzających polityków rządzącego ugrupowania oraz ich lokalnych koalicjantów były niczym więcej jak tylko tzw. "Soboniowym bajaniem" nie mającym żadnego przełożenia na realne kontrakty. Na zakończenie spotkania wręczyliśmy pochodzącemu ze Świdnika posłowi jedną z jego ulotek z maja 2015 roku aby przypomnieć jaką to wg zapewnień jego ugrupowania mieliśmy być krainą mlekiem i miodem płynącą i jakie miały nastąpić "złote lata dla Sokoła" szkoda tylko, że nie dodał wtedy, że miał na myśli miejsce honorowe w muzeum...

Nadszedł kryzys

Poseł, wspomniany w zacytowanym powyżej fragmencie oświadczenia ZZIT umieszczonego w sieci, to Artur Soboń. Pochodzący ze Świdnika polityk PiS. Początkowo w samorządzie, ale w 2015 roku dostał się do parlamentu. W 2019 roku ponownie. W trakcie swojej pierwszej kampanii wyborczej dużo obiecywał pracownikom zakładów PZL-Świdnik, co mu dzisiaj wypominają związkowcy. Jest określany między innymi "świdnickim pinokiem" z bardzo długim nosem.

Złość pracowników fabryki narasta już od lat, ale obecny kryzys związany z pandemią koronawirusa najwyraźniej przelał czarę goryczy. Problemy światowej gospodarki odbiły się na świdnickich zakładach, które są tylko i aż elementem globalnego łańcucha produkcyjnego włoskiego koncernu Leonardo, czyli właściciela. Polacy odpowiadają głównie za wytwarzanie dużych elementów kadłubów śmigłowców kilku typów. Po uderzeniu wirusa Włosi mieli ograniczyć zamówienia niemal o połowę. W efekcie jeszcze w kwietniu zapowiedziano zwolnienie 90 osób, ograniczono czas pracy, wysyłano pracowników na zaległe urlopy i zarządzono kilkudniowy przestój całych zakładów.

Związkowcy przekonują jednak, że pomimo takich środków zaradczych przyszłość zakładów jest niepewna. Już na początku maja pojawiła się informacja o planach zwolnienia kolejnych 120 osób. - Jeśli nie otrzymamy konkretnego wsparcia rządowego, to w naszej firmie są możliwie wszystkie scenariusze - stwierdzono w oświadczeniu ZZIT. Związkowcy podali przykład fabryki Fiata w Tychach (na fali poprzedniego kryzysu zwolniono ponad 1,5 tysiąca osób i przeniesiono część produkcji do Włoch), jako tego, w jaki sposób Włosi potrafią dbać o zakłady w swoim kraju kosztem tych w Polsce.

Płonne nadzieje

W związku z tym, związkowcy skierowali swoją uwagę na polskie władze i pod koniec kwietnia wysłali pismo do premiera oraz do posła Sobonia. Pomimo rozczarowania jego dotychczasowymi osiągnięciami, nadal ma on w Świdniku opinię "naszego człowieka w Warszawie".

Zwracamy się w imieniu pracowników naszej firmy z prośbą o ratowanie zagrożonych miejsc pracy w naszej firmie poprzez pilne ulokowanie obiecywanych od pięciu lat zamówień rządowych na nowe śmigłowce oraz uruchomienie w trybie pilnym obiecywanej modernizacji eksploatowanych w siłach zbrojnych RP śmigłowców W-3A do wersji wsparcia pola walki

Związkowcy uważają, że rząd PiS, zgodnie ze swoimi wcześniejszymi obietnicami, powinien pomóc. Konkretnie kontraktami na prace przy własnych wytworach PZL Świdnik, czyli maszynach W-3 Sokół i SW-4 Puszczyk, które przynajmniej pozornie nie są zależne od kaprysów włoskich właścicieli i które teoretycznie mogą zapewnić dodatkową stabilną podporę dla zakładów. Problem w tym, że już od kilku lat nie są produkowane i nic nie zapowiada, aby ta sytuacja się zmieniła.

Trudna rzeczywistość

Nadzieje na ekstraordynaryjne zamówienia zostały dość szybko rozwiane. Już piątego maja ZZIT w emocjonalnym oświadczeniu relacjonował spotkanie z posłem Soboniem i otrzymane dzień wcześniej pismo z MON. Informacje w nim zawarte są ciekawe nie tylko z punktu widzenia losów załogi PZL Świdnik.

Wynika z nich, że nie ma planów zawarcia najbardziej upragnionego przez załogę Świdnika kontraktu, czyli modernizacji 25-30 najstarszych W-3 polskiego wojska. Ma też nie być planów modernizacji SW-4, używanych w Dęblinie do szkolenia młodych pilotów śmigłowców wojskowych. - Nasza spółka dostała już od obecnie rządzących zamówienie na cztery sztuki AW-101 i nic więcej się dla nas nie przewiduje - tak treść pisma z MON streszczają związkowcy. AW-101 to śmigłowce zamówione w 2019 roku dla Marynarki Wojennej. - Jesteśmy tylko ich dystrybutorem w ramach koncernu Leonardo. Ten zakup, wbrew tezom głoszonym przez pochodzącego ze Świdnika posła, nie spowodował utworzenia żadnych nowych miejsc pracy w naszym zakładzie - komentuje to teraz ZZIT.

Co ciekawe, związkowcy relacjonują również, że poinformowano ich o "najprawdopodobniej" fiasku planów zakupu przez Polską Grupę Zbrojeniową Zakładów Napędów Lotniczych w Rzeszowie, należących do amerykańskiej firmy Pratt&Whitney. Rozmowy w tej sprawie są prowadzone już od 2019 roku i duże nadzieje wiązali z nimi nie tylko pracownicy ze Świdnika, ale też Rzeszowa. Tamtejsze zakłady produkują bowiem i serwisują między innymi silniki oraz przekładnie do śmigłowców Mi-2 i W-3 oraz polskich samolotów M-28. Dla Amerykanów to stara i nieprzydatna technologia, więc otwarcie deklarują, że chcą wygasić tą część działalności. Oznacza to zwolnienia w Rzeszowie.

Z tego powodu MON i PGZ chcą rzeszowskie zakłady nabyć. Jednak w nieoficjalnych rozmowach z Gazeta.pl pracownicy państwowego koncernu przyznają, że warunki sprzedaży przedstawione przez Amerykanów na razie są nie do przyjęcia. Formalnie rozmowy trwają jednak nadal. Ich ewentualne fiasko oznacza wielki problem dla MON, ponieważ Mi-2 i W-3 to obecnie najliczniejsze śmigłowce polskiego wojska. Bez dostępu do części i serwisu kluczowych elementów napędu ich dalsza eksploatacja stanie pod znakiem zapytania.

Obie te informacje oznaczają wielki problem dla marzeń załogi PZL Świdnik, która chciałaby jak najdłużej zajmować się "swoimi" śmigłowcami, czy najlepiej wznowić ich produkcję. - Pochodzący ze Świdnika poseł przekazał nam szczegóły kolejnej wizji stworzenia Sokoła bis, które teraz pewnie będą w różnych wariantach powielane przez kolejne lata - dodają w swoim wpisie związkowcy.

MON wyciąga kartę z zamrażarki

Podstawowy problem z marzeniami pracowników PZL Świdnik jest taki, że poza nimi mało kto widzi przyszłość dla ich śmigłowców. Wojsko nie jest w nich zakochane. Ich podstawowym problemem są za słabe silniki, przez co oba typy maszyn mają za mało mocy. Pojawiające się od kilku lat sugestie, jakoby można było przy współpracy z Ukrainą zamontować mocniejsze, są tym samym od kilku lat, pomysłami. Dodatkowo regularnie dochodzi do scysji na tle terminowości i jakości prac wykonywanych podczas modernizacji oraz remontów w PZL Świdnik.

Sokoła i Puszczyka nie chcą też Włosi. Deklaracje o wspieraniu ich rozwoju oraz sprzedaży na całym świecie, składane ponad dekadę temu przy okazji prywatyzacji, zostały deklaracjami. Dla Włochów to niepotrzebna konkurencja dla ich własnych konstrukcji, mało dochodowa i przyszłościowa. Podobnie jak dla Amerykanów w Rzeszowie silniki i przekładnie. Podczas nieoficjalnych rozmów związkowcy wręcz oskarżają włoskich właścicieli o sabotowanie szans na eksport sokołów, poprzez oferowanie składającym zapytania państwom tylko swoich własnych konstrukcji.

W takich realiach nie może dziwić zmierzch ostatnich rzeczywiście polskich śmigłowców. Zapewne przypadkiem, kilka dni po przelaniu się czary goryczy u związkowców, Inspektorat Uzbrojenia (zajmuje się większością zakupów dla wojska) ogłosił rozpoczęcie dialogu technicznego w ramach programu Perkoz. Jego celem jest zakupienie 32 lekkich śmigłowców mających zastąpić Mi-2 oraz część W-3. Kierownictwo zakładów w Świdniku już poinformowało załogę, że koncern Leonardo będzie składać ofertę na Perkoza w postaci jednego ze swoich śmigłowców. Padły przy tym zapewnienia, że w razie jego zakupienia przez MON, większa część produkcji zostanie umieszczona w Polsce.

Co znamienne, jeszcze rok temu MON oficjalnie informował, że program Perkoz jest odkładany na po 2026 roku. Priorytetem miał być zakup śmigłowców bojowych w ramach programu Kruk, do zastąpienia wiekowych radzieckich Mi-24. Z czego wynika nagła wolta śmigłowcowa MON? Nie wiadomo. Ministerstwo już przyzwyczaiło, że ocena tego, co jest priorytetowym zakupem, potrafi się zmieniać jak w kalejdoskopie. Wyjaśnień nie raczy przedstawiać publicznie.

Warto też pamiętać, że sam fakt rozpoczęcia dialogu technicznego nie oznacza, że cokolwiek zostanie zakupione. W końcu priorytety potrafią się szybko zmieniać. Na razie rozdrażnieni pracownicy Świdnika mogą mieć jakąś nadzieję.