Nie wiadomo, kto był właścicielem ładunku, który eksplodował w Bejrucie. Mnożą się znaki zapytania

Agencja Reutera postanowiła ustalić, kto był właścicielem ładunku saletry amonowej, która przed tygodniem eksplodowała w Bejrucie. Łańcuch powiązań pomiędzy firmami uczestniczącymi w przewozie groźnego ładunku nie jest jasny. Część z firm już nie istnieje. Dlaczego jednak nikt przez lata nie zgłosił się po towar wart blisko milion dolarów?

W zeszłym tygodniu w Bejrucie doszło do potężnej eksplozji. Agencja Reutera postanowiła ustalić, do kogo należał ładunek trzech tysięcy ton saletry amonowej - bo to właśnie wybuch tej substancji doprowadził do śmierci ponad 170 osób (według libańskiego ministerstwa zdrowia ofiar było 171, gubernator okręgu stołecznego mówi o ponad 200 zabitych) i ogromnych zniszczeń w mieście.

Groźny ładunek miał dotrzeć do Mozambiku

Historia pechowego frachtu jest pełna niejasności. Z dokumentacji, do której dotarł Reuters, wynika, że statek został załadowany azotanem amonu we wrześniu 2013 roku w grudniu. Towar miał zostać dostarczony producentowi materiałów wybuchowych w Mozambiku. Do celu jednak nie dotarł. Załoga statku w rozmowie z agencją twierdzi, że dostała polecenie zatrzymania się w Bejrucie. Dyspozycję miał wydać biznesmen pochodzący z Ukrainy, który uznawany jest za faktycznego właściciela jednostki.

Ostatecznie jednostka utknęła w stolicy Libanu - władze najpierw miały zastrzeżenia do stanu technicznego statku, później pojawił się problem z opłatami. Formalności trwały tak długo, aż wreszcie podjęto decyzję o rozładowaniu statku - groźny ładunek trafił do magazynu, a sama jednostka w roku 2018 zatonęła.

Bejrut po eksplozji saletry amonowej w porcieBejrut po eksplozji saletry amonowej w porcie Fot. Ghassan Saleh / Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej

Fortuna, po którą nikt się nie zgłosił?

Znaków zapytania jest więcej. Nie jest bowiem jasne, do kogo należał azotan amonu, ani dlaczego właściciel ładunku nie próbował go odzyskać. Wedle szacunków towar był wart całkiem sporo, bo ok. 700 tys. dolarów - w cenach z 2013 roku. Gruzińska spółka, która wytworzyła produkt, dziś już nie istnieje, upadła. Wiadomo, że miała wierzycieli. Nie jest jednak jasne, dlaczego nie spróbowali oni odzyskać majątku w postaci ładunku saletry.

Czytaj też: Od katastrofy do katastrofy. Liban to państwo z gospodarką w ruinie. "Jesteśmy przeklęci"

Agencja ustaliła też, że fabryka z Mozambiku nie zamówiła saletry bezpośrednio od producenta, a za pośrednictwem firmy, która ma przedstawicielstwa w Wielkiej Brytanii i na Ukrainie. Spółka odmówiła komentarza w sprawie.

Tragedii można było uniknąć? Statek został zatrzymany wcześniej

Dziennikarskie śledztwo wykazało też, że zanim statek z azotanem amonu utknął w Bejrucie, był zatrzymany przez władze Hiszpanii. I tu pojawiły się zarzuty dotyczące złego stanu technicznego - statek miał mieć niesprawne silniki i być skorodowany.

W tego typu wypadkach jednostka musi być dopuszczona do ponownej żeglugi. Reuters ustalił, że statek otrzymał odpowiedni certyfikat i wyruszył do Bejrutu. Okoliczności przekazania dokumentu nie są jednak jasne.

Bejrut po eksplozji saletry amonowej w porcieBejrut po eksplozji saletry amonowej w porcie Fot. Ghassan Saleh / Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej

Łańcuch firm, które zaangażowane były w wykorzystywanie statku jest jeszcze dłuższy. Właścicielem jednostki miała być bowiem spółka zarejestrowana w Panamie. Statek został jednak wyczarterowany przez inny podmiot - zarejestrowany na Wyspach Marshalla. Tu jednak trop się urywa, bo firma nie odpowiedziała na prośbę o komentarz do sprawy.

Reuters dotarł do informacji, wedle których dyrektor ostatniej ze spółek i Ukrainiec, który wydawał polecenie załodze statku, to ta sama osoba. Z nieoficjalnych informacji wynika, że biznesmen został już przesłuchany przez cypryjską policję. 

Zobacz wideo Bejrut. Tak wyglądają zniszczenia po wybuchu saletry w porcie

Tragedia w Bejrucie. Cały rząd podał się do dymisji

Mieszkańcy Bejrutu za zeszłotygodniową tragedię obwiniają władze, zarzucając im lata zaniedbań. Rząd na protesty zareagował i podał się do dymisji. Premier Hassan Diab zakończył tym samym misję rozpoczętą w styczniu, kiedy to stanął na czele rządu technokratów, mającego wyciągnąć kraj z kryzysu gospodarczego. Składając dymisję, stwierdził, że korupcja w kraju okazała się silniejsza.

Bejrut od lat pogrążony jest w kryzysie. W ostatnich latach dotknęła go wojna, problemy gospodarcze, w tym te spowodowane wirusem. Według przedstawicieli organizacji pozarządowych, którzy prowadzą na miejscu akcję pomocową, eksplozja może być "gwoździem do trumny" dla lokalnej gospodarki.

Pół miliona osób poszkodowanych

Rana Gabi, reprezentująca Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej, organizacji charytatywnej, która zajmuje się ofiarami eksplozji, przyznaje w rozmowie z Gazeta.pl, że sytuacja na miejscu jest ciężka. - Morze potrzeb jest nieprzebrane. Ludzie zostali pozbawieni dachu nad głową, nie mają gdzie się schować, gdzie normalnie funkcjonować. Stracili wszystko wskutek tego wybuchu. Mówimy o pół miliona osób - wyjaśniła. Dlatego apelujemy do wszystkich, którzy chcieliby nas wesprzeć - odbudujmy wspólnie to miejsce - zaapelowała szefowa Misji PCPM Liban.