Kluczowe dwa tygodnie dla frankowiczów. Co zmienią orzeczenia Sądu Najwyższego i TSUE?

Orzeczenie TSUE i Sądu Najwyższego mogą być finansowym ciosem dla sektora bankowego. W najczarniejszym scenariuszu będzie musiał on udźwignąć zobowiązania liczone w miliardach złotych. O tym, co zmienią orzeczenia TSUE i SN, mówi w Studiu Biznes mec. Barbara Garlacz, radczyni prawna specjalizująca się w tematyce kredytów frankowych.

Czy wyrok TSUE dotyczący kredytów frankowych będzie wyrokiem na polską branżę bankową? Obawy nie są na wyrost, możliwe bowiem, że sektor będzie musiał sięgnąć wyjątkowo głęboko do kieszeni. Orzeczenia, które najpierw ogłosić ma Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (w czwartek 29 kwietnia 2021 r.), a potem polski Sąd Najwyższy (11 maja), mogą być bowiem potężną bronią dla osób, które zaciągnęły kredyty hipoteczne w walutach obcych. Sądy mogą bowiem zyskać kluczowy argument, by umowy masowo zawierane przed mniej więcej dekadą równie masowo uznać za nieważne.

Zobacz wideo Kluczowe dwa tygodnie dla frankowiczów. Co zmienią orzeczenia SN i TSUE?

Co zmienią orzeczenia SN i TSUE?

- W tej chwili procesy sądowe potrafią trwać około pięciu lat. To jest czas, który trzeba zakładać na dwie instancje. Są procesy, które potrafią trwać i siedem lat. Więc to nie będą szybkie rozwiązania. Natomiast jeżeli na gruncie sądów apelacyjnych i na poziomie Sądu Najwyższego oraz Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej to orzecznictwo ukształtuje się jednoznacznie korzystnie, to moje przewidywanie jest, że banki nie będą chciały już pójść do drugiej instancji - prognozuje mec. Barbara Garlacz.

Jak to będzie wyglądało w praktyce? Prawniczka specjalizująca się w tematyce kredytów frankowych przewiduje, że po złożeniu pozwu przez kredytobiorcę bank będzie proponował ugodę. Kredytobiorca będzie decydował, czy chce taką ugodę zawrzeć, czy nie.

'Studio Biznes'Wyrok na frankowiczów wyrokiem na banki? Pytamy o konsekwencje

- Większość kredytobiorców, póki co przynajmniej ci, których ja reprezentuję, nie godzą się na takie ugody. Bank będzie przegrywał w pierwszej instancji, czyli gdzieś po około trzech latach od złożenia pozwu. I najprawdopodobniej na tym etapie te procesy się będą kończyć. Śmiem twierdzić, że to będzie ścieżka, która będzie dotyczyła większości tych osób, które są już w sądach. Dlatego, że banki tym osobom, jak ktoś już jest w procesie, nie są w stanie zaproponować relatywnie korzystnych umów w porównaniu do nieważności umowy - podkreśla rozmówczyni Łukasza Kijka. 

Mec. Garlacz: Bankom nie będzie się opłacało pójść do drugiej instancji

Z drugiej strony bankom nie będzie się opłacało pójść do drugiej instancji, bo koszty drugiej instancji są stosunkowo wysokie. Banki muszą za przegraną sprawę zapłacić pięć procent wartości sporu.

- Czyli na przykład kredytobiorca wziął kredyt na dwieście tysięcy, spłacił do tej pory sto pięćdziesiąt tysięcy złotych łącznie, więc wartość takiego przedmiotu sporu w sensie formalnym to jest trzysta pięćdziesiąt tysięcy złotych. Jeżeli bank przegra taką sprawę w pierwszej instancji, to żeby złożyć apelację, musi zapłacić pięć procent z trzystu pięćdziesięciu tysięcy złotych, czyli kilkanaście tysięcy złotych. Razy kilka tysięcy spraw sądowych, to będzie według mnie zabieg nieopłacalny - wyjaśnia mec. Garlacz.

Więcej o: