Podczas poniedziałkowej konferencji prasowej Najwyższa Izba Kontroli odniosła się do doniesień RMF FM z 4 lutego. To wtedy po raz pierwszy ujawniono, że urządzenia pracowników NIK zostały zaatakowane systemem Pegasus ponad 6 tys. razy, a około 500 z nich zostało zainfekowanych. Redakcji Gazeta.pl udało się niezależnie potwierdzić te informacje.
Czego dowiedzieliśmy się na konferencji? - Na obecnym etapie nie możemy udzielać szczegółowych informacji - powiedzieli urzędnicy NIK. Wyjaśniono, że zainfekowane zostały trzy urządzenia osób z najbliższego otoczenia prezesa Izby, Mariana Banasia. Jednym z tych urządzeń jest telefon Jakuba Banasia - doradcy społecznego prezesa Mariana Banasia, a prywatnie jego syna.
- Na chwilę obecną nie można wykluczyć żadnego scenariusza - mówił anonimowy ekspert. - Zebrane dane wskazują na anomalie, dla których hipotezą roboczą jest użycie tego typu oprogramowania [jak Pegasus - red.].
Kierownik wydziału bezpieczeństwa Najwyższej Izby Kontroli Grzegorz Marczak dodał, że obecnie nie można wykluczyć, że był to atak Pegasusem.
Pegasus - więcej informacji na temat programu szpiegowskiego znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl
Już z wcześniejszych doniesień medialnych wiadomo było, w jakim czasie dochodziło do cyberataków. Pierwszy szczyt ataku przypadał w czasie, gdy NIK zapowiedział kontrolę głosowania kopertowego. Kolejne piki nastąpiły w momencie publikacji wyników kontroli Funduszu Sprawiedliwości, w czasie zmian w kierownictwie Izby oraz gdy odbywało się posiedzenie Kolegium NIK w sprawie planu kontroli na 2022 rok. Chodzi o zakres czasowy od 23 marca 2020 r. do 23 stycznia 2022 r.
Omawiane zdarzenia dotyczące cyberataków na urządzenia pracowników Najwyższej Izby Kontroli zostały zaprezentowane na wykresie podczas konferencji prasowej.
- Konferencja NIK zrobiła na mnie duże wrażenie, ponieważ nie przedstawiono na niej żadnych informacji. To piękna strata czasu opinii publicznej i niestety być może kompromitacja doniesień o naruszeniach cyberbezpieczeństwa - skomentował konferencję NIK w rozmowie z Gazeta.pl dr Łukasz Olejnik, niezależny badacz i konsultant cyberbezpieczeństwa.
- Jeśli NIK ma uzasadnione podejrzenia, to oczywiście powinien poinformować służby państwowe oraz, zgodnie z RODO, Urząd Ochrony Danych Osobowych. Doniesienia o wyciekach danych z tak newralgicznej instytucji państwowej trzeba wszak traktować bardzo poważnie. Miejmy nadzieję, że z czasem ustalenia pójdą w jakąś konkretną stronę. Warto nie ośmieszać śledztw z dziedziny cyberbezpieczeństwa ani informatyki śledczej - dodał.