Niewątpliwym symbolem zagrożenia, jakie może nieść ze sobą energetyka atomowa, jest to, co w 1986 roku wydarzyło się w Czarnobylu. W wyniku przegrzania się reaktora doszło tam jednej z największych katastrof XX wieku, która pochłonęła - w zależności od szacunków - nawet 200 tys. ofiar.
Dziś wiemy, że katastrofy w Czarnobylu można było uniknąć - wystarczyło nie ignorować licznych odczytów wskazujących, że coś jest nie tak. Okazuje się, że w historii Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, jest co najmniej jeszcze jedna katastrofa, z której można było wyciągnąć lekcję na przyszłość. Nie wyciągnięto. Chodzi o katastrofę kysztymską, do której doszło 29 września 1957 roku w Majaku. Nazwa katastrofy to wynik polityki ZSRR, najbliższym miastem położonym w pobliżu zakładu był Oziarsk. Miał jednak status miasta zamkniętego, dlatego też w mediach używano nazwy mieszczącego się znacznie dalej Kisztymu.
Zanim opiszemy dramatyczny przebieg wydarzeń, warto cofnąć się w czasie o kilkanaście lat. Po zakończeniu II wojny światowej między USA a ZSRR rozpoczął się wyścig zbrojeń. Radziecki program rozwoju broni jądrowej był daleko w tyle za amerykańskim. Dlatego politbiuro wydało rozkaz jak najszybszego opracowania technologii produkcji uranu i plutonu. W wyniku politycznych nacisków, nie zważając na brak doświadczenia i wiedzy, zapadała decyzja o pośpiesznej budowie elektrowni Majak na Uralu. Trwała w latach 1945-1948.
Władze od początku nie przejmowały się ani kwestiami bezpieczeństwa, ani środowiskiem. Radioaktywne odpady były zrzucane bezpośrednio do rzeki. Skażono też pobliskie jezioro, które wykorzystywano do chłodzenia. Dopiero w roku 1953 zamontowano pierwsze magazyny płynnych odpadów jądrowych.
I to właśnie jeden z 14 podziemnych zbiorników, w którym przechowywano odpady, stał się źródłem katastrofy, która do czasów Czarnobyla pozostawała największą. Wykonany ze stali nierdzewnej pojemnik, który zakopano na głębokości ponad ośmiu metrów, eksplodował 29 września 1957 roku po godzinie 16. Zawiódł układ chłodzenia. Energia była na tyle duża, że betonowa płyta o wadze 160 ton przykrywająca konstrukcję, uniosła się, uwalniając radioaktywny pył. Chmura zawisła kilometr nad ziemią. Jak relacjonowali świadkowie, z oddali widać było pomarańczowo-czerwone błyski. Mieszkańcy okolicznych wiosek nie zdawali sobie sprawy z tego, że osadzający się na budynkach pył jest zabójczy.
Pył penetrował coraz to większe obszary, szybko dotarł do pobliskiego Oziorska. Miasta zamkniętego, gdzie wstęp mieli tylko pracujący i administrujący elektrownią. Nie wszyscy zdawali sobie sprawę, że władze możliwość eksplozji przewidziały. Miasto zostało bowiem zbudowane "pod wiatr" - w lokalizacji, która w wypadku wybuchu większość radioaktywnej chmury powinna oddalać się od Oziorska.
Nie było bezpośrednich ofiar katastrofy. Nie oznacza to jednak, że nie zebrała ona śmiertelnego żniwa. W wyniku choroby popromiennej zmarło bowiem 200 osób. Ewakuowano 10 tys. ludzi, a na podwyższone ryzyko napromieniowania narażonych zostało blisko pół miliona ludzi. Radioaktywna chmura w ciągu zaledwie kilkunastu godzin pokonała kilkaset kilometrów. Władze, podobnie jak w przypadku Czarnobyla, nie ujawniły opinii publicznej prawdy.
O wypadek obwiniono kierownika zakładu radiochemicznego i głównego inżyniera. Zarzucono im "rażące naruszenie przepisów". Pomimo poważnych skutków incydentu i jednego z najcięższych okresów w historii ZSRR, winowajców spotkało "jedynie" zwolnienie.
Zachód prawdziwy obraz wydarzeń w ZSRR poznał dopiero w roku 1976. Wówczas to prawdę ujawnił zbiegły na Zachód dysydent. W amerykańskich mediach dyskutowano, czy katastrofa kysztymską faktycznie była tak dramatyczna, jak wynika to z relacji zbiega.
Pojawiły się doniesienia o "ludziach wpadających w histerię", "nieznanych, tajemniczych chorobach", "ludziach ze skórą odsłaniającą części ciała". Zachodni eksperci początkowo relację wyśmiewali i kpiąc z niej wyolbrzymiali. Do czasu, gdy informacje o przebiegu zdarzeń potwierdził radziecki ekspert ds. biologii molekularnej. Dystansowanie się wobec skutków katastrofy mogło być inspirowane przez władze.
Z ujawnionych akt CIA wiadomo bowiem, że służby tak naprawdę wiedziały o incydencie od razu. Nie ujawniono go jednak, bo Amerykanie obawiali się, że storpeduje to rozwój rodzącego się w USA przemysłu jądrowego. Mieszkańcy amerykańskich miast, w pobliżu których powstawały elektrownie i różnego rodzaju ośrodki jądrowe, mogliby wszcząć protesty.
O tym, że energia atomowa może być groźna, Stany Zjednoczone dowiedziały się w roku 1961. Wówczas to doszło do katastrofy eksperymentalnego reaktora SL-1 w Idaho. Do feralnego ciągu zdarzeń doszło po świąteczno-noworocznej przerwie, podczas ponownego rozruchu. Polegał on na ręcznym uniesieniu rdzenia na wysokość ok. 10 cm. Niedoświadczony członek załogi uniósł specjalne szczypce zbyt wysoko.
Nastąpiła błyskawiczna, trwająca niecałe pół sekundy reakcja, która stopiła rdzeń i doprowadziła do uwolnienia olbrzymiej energii. Według późniejszych relacji pechowiec, który podnosił rdzeń, został nim dosłownie przybity do sufitu. Jego ciało udało wydobyć dopiero wiele dni później. Stojący obok pracownik zginął na miejscu zalany wrzątkiem. Trzecia ofiara zmarła w karetce. Lekarze byli zmuszeni porzucić pacjenta wraz z karetką.
W 1979 roku znów doszło do innego poważnego incydentu. Wówczas miał miejsce wypadek w elektrowni jądrowej Three Mile Island. Doszło tam do częściowego stopienia rdzenia, ale wybuchu udało się uniknąć.