Graniczący z Syrią i Izraelem Liban, położony nad Morzem Śródziemnym, to jeden z najciekawszych krajów Bliskiego Wschodu. Dawna francuska kolonia, która niepodległość uzyskała w roku 1943, podobnie jak inne państwa w regionie ma za sobą niezwykle zawiłą historię. Jeden z tego typu zwrotów w historii przyczynił się do tragedii, która wstrząsnęła krajem w roku 2020.
W tym czasie Liban był pogrążony w głębokim kryzysie politycznym i ekonomicznym. Gwałtownie rosnące bezrobocie, utrata wartości lokalnej waluty i spadek produktu krajowego brutto wywołały liczne społeczne niepokoje. Atmosferę podsyciła dodatkowo pandemia COVID-19, która zmusiła władze do wprowadzenia godziny policyjnej. Pech chciał, że kiedy największy szpital w kraju ogłosił, że nie może przyjąć już więcej chorych, doszło do tragedii. 4 sierpnia 2020 roku, trzy lata temu, służby otrzymały zgłoszenie o pożarze, który wybuchł w porcie. Znaczenie obiektu było strategiczne, bo za pośrednictwem portu do kraju trafiała zdecydowana większość zapasów żywności. Służby nie zignorowały wezwania, tym bardziej że dotyczyło ono składowiska sztucznych ogni.
Zanim jednak strażacy pojawili się na miejscu, żywioł rozszalał się na dobre. Zaledwie po godzinie od rozpoczęcia akcji doszło do eksplozji. Na tyle dużej, że fala uderzeniowa uszkodziła budynki znajdujące się w promieniu dziesięciu kilometrów. Na wydarzenia w Bejrucie zareagowały nawet sejsmografy.
Gdy pył opadł, okazało się, że w miejscu wybuchu znajduje się krater o średnicy 120 metrów. Kiedy jedne służby zajmowały się dogaszaniem pogorzeliska, inne próbowały zrozumieć, co tak naprawdę się stało. Przyczyna eksplozji szybko została zidentyfikowana. Okazało się, że w porcie od lat zalegał pokaźny transport saletry amonowej. 2750 ton tego potencjalnie niezwykle niebezpiecznego ładunku przybyło z Afryki. Do celu wypłynął... siedem lat wcześniej.
Najmłodszą ofiarą wybuchu była trzyletnia dziewczynka. - Tęsknimy za nią każdego dnia. Nie ma dnia, który pod tym względem różniłby się od innych. Nic nie zmienia się na lepsze - relacjonował Paul Naggear, ojciec dziecka, w rozmowie z reporterem kanadyjskiej stacji radiowej CBC. Mężczyzna nie krył wówczas rozczarowania brakiem wyników mozolnie toczącego się śledztwa. - Nic nie mamy. Jestem wściekły i sfrustrowany. Ale musimy żyć dalej, chociaż, jeśli mam być szczery, to naprawdę trudne - dodał.
Ojciec dziewczynki wspomina też dzień wybuchu. - Kompletny chaos, jakbyś grał w filmie science-fiction. Dookoła same zniszczenia - relacjonował. Naggear wraz z żoną i córką znaleźli się kilometr od epicentrum wybuchu. Dziewczyna przeżyła sam incydent, jednak jej stan szybko się pogarszał. Transport do szpitala odbywał się skuterem, później karetką. Po czterech dniach walki o życie dziecka lekarze musieli się poddać.
Skąd saletra wzięła się w Bejrucie? Jak się później okazało, jednostka, która ją przewoziła, trafiła do libańskiego portu w zasadzie przypadkiem. Statek został zatrzymany przez służby portowe. A fracht okazał się kukułczym jajem. Przez kilka lat po jego usunięciu z będącej w kiepskim stanie jednostki, nikt nie chciał zgłosić się po odbiór. Do głosu doszła biurokracja i ostatecznie saletry amonowej nie udało się ani wyeksportować, ani przekazać wojsku, ani przetworzyć na materiały wybuchowe.
Pośpiech w pozbyciu się problemu był jak najbardziej wskazany. Azotan amonu jest bowiem bardzo kapryśnym produktem, który staje się tym bardziej niebezpieczny, im dłużej jest składowany w nieodpowiednich warunkach. O to w kraju targanym wewnętrznymi konfliktami i borykającym się z trudnościami finansowymi przecież nietrudno.
W toku śledztwa ustalono, że eksplozja miała ścisły związek z działaniami władz, które chciały zabezpieczyć niebezpieczny ładunek przed kradzieżą. Na kilka godzin przed wybuchem pożaru drzwi do hali zaspawano.
Moc eksplozji w Bejrucie można porównać do małej bomby atomowej. Pochłonęła 218 ofiar śmiertelnych. Liczba rannych była jednak znacznie większa i przekroczyła 7500. Na liście śmiertelnych ofiar znaleźli się m.in. pacjenci szpitala mieszczącego się w centrum miasta. Tragedia zmusiła lekarzy do improwizowanych działań, takich jak przeprowadzanie operacji na szpitalnych parkingach. Olbrzymie były też straty materialne. Te szacowano na 15 mld dol. Tragedia uderzyła też w zapasy żywności i sprzętu medycznego i jeszcze bardziej pogorszyła sytuację obywateli. Ci szybko obarczyli za tragedię rządzących. Uznali, że władze dopuściły się zaniedbań.
Światowa społeczność błyskawicznie zareagowała na wydarzenia w Bejrucie. Sytuację szybko skomentowali światowi przywódcy. Pomoc zaoferowali wszyscy - od Stanów Zjednoczonych po Izrael. Czytelnicy Gazeta.pl również przyłączyli się do akcji, którą zorganizowało Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. Po naszym apelu dla potrzebujących pomocy w Bejrucie popłynął szeroki strumień pieniędzy. Zebrano ponad 100 tys. zł.
Kraj do dziś nie otrząsnął się z tragedii. Oficjalne śledztwo w sprawie przyczyn wybuchu utknęło w martwym punkcie. Na początku 2023 roku władze zdecydowały się zwolnić wszystkich zatrzymanych w sprawie. Lokalne media twierdzą, że wcale nie była to dobroduszność, a chęć uniknięcia odpowiedzialności przez urzędników, którzy de facto dopuścili się zaniedbań. Rodziny ofiar do dziś czują, że sprawiedliwości nie stało się zadość i liczą, że odpowiedzi na nurtujące pytania przyniesie śledztwo międzynarodowe. Organizacje społeczne twierdzą z kolei, że libańskie władze celowo utrudniają pracę wymiarowi sprawiedliwości. Wiadomo bowiem, że o ładunku doskonale poinformowani byli ówczesny premier i prezydent.
- Byliśmy przekonani od samego początku, że w Libanie nie zaznamy żadnej sprawiedliwości, ponieważ Liban to wzór bezkarności i niesprawiedliwości - ocenił w rozmowie z CBC Paul Naggear.
Czy tragedii można było uniknąć? Ryzyko wynikające ze złego składowania saletry jest doskonale znane. W 1947 roku w USA doszło bowiem do podobnej tragedii. Jej skala była nawet większa, bo wiele ofiar eksplozji, która wstrząsnęła Texas City, mogło zostać startych na pył, dlatego liczba zabitych tamtych wydarzeń nie jest pewna...