Podczas konferencji programowej Prawa i Sprawiedliwości (PiS), która odbyła się w sobotę 9 września w Końskich (woj. świętokrzyskie), premier Mateusz Morawiecki zapowiedział wzrost średniego wynagrodzenia do 10 tys. zł, który miałby nastąpić w przypadku kolejnej kadencji partii, w 2027 roku. W trakcie przemówienia odniósł się również do kilku innych planów oraz statystyk mających przedstawić skuteczność rządu.
- Wierzymy, że istnieje dekalog polskich spraw, a na samym szczycie tego dekalogu jest dbałość o Polskę - rozpoczął swoje wystąpienie Mateusz Morawiecki. Zdaniem premiera jednym z przejawów tej dbałości jest polityka gospodarcza kraju, która w przeciągu sześciu kolejnych lat miałaby doprowadzić do wzrostu średnich zarobków.
- Pierwszy raz od około 400 lat mamy szansę doprowadzić do tego, że za cztery, osiem lat, te państwa Europy Zachodniej, które dla nas zawsze były niedoścignionym wzorem, możemy dogonić w zarobkach. A nawet za osiem lat niektóre z nich będą nas gonić, a nie my ich - zapowiadał ambicje rządu premier.
Realizacją planów partii PiS miałaby spowodować rozwój gospodarczy, który byłby zarazem sprawiedliwy i solidarny, jak i spełniający aspiracje obywateli. - My obudziliśmy aspiracje Polaków - podkreślał Morawiecki w przemówieniu.
Sposobem na sprostanie tym aspiracjom miałby być wzrost średniego wynagrodzenia w Polsce, które do końca potencjalnej trzeciej kadencji PiS-u (2027 r.) miałoby wynosić przynajmniej 10 tys. zł. - To jest możliwe, ponieważ realizujemy konsekwentnie plan pomocy pracownikom, przedsiębiorcom, pracodawcom - mówił premier. - Realizujemy tę wizję, której ziarna zasiane były podczas pierwszych rządów Prawa i Sprawiedliwości.
- Średnie zarobki za sześć lat na poziomie zarobków francuskich, ale bez płonących samochodów, bez wybitych szyb, plądrowanych sklepów, kościołów i szkół jak we Francji, jak w Marsylii czy Paryżu. Ta wizja jest możliwa - podkreślał premier.
Motyw bezpieczeństwa kilkukrotnie wracał podczas przemówienia Mateusza Morawieckiego. Premier powołał się na statystyki mówiące, że Polska należy do najbezpieczniejszych krajów na świecie. Nakłaniał również uczestników spotkania do udziału w referendum. - Nie możemy dopuścić do niekontrolowanej migracji, którą chcieli nam zapewnić Trzaskowski z Tuskiem - przestrzegał. - Obrońmy razem Polskę - nawoływał słuchaczy.
- Nasz wzrost gospodarczy na koniec tego roku sięgnie 33 do 34 proc. Dla porównania, w czasach rządów Platformy było to nieco powyżej 23 proc. O 10 punktów procentowych więcej mimo kataklizmów, które na nas spadły - komentował premier podkreślając, że jest to jeden z najwyższych wyników w Unii Europejskiej.
Podczas przemówienia pochwalił również osiągnięcia rządu w eksporcie. - W tym roku mamy szansę osiągnąć historyczną granicę 2 bln zł. w eksporcie - zapowiadał. Podkreślił jednocześnie, że na początku pierwszej kadencji Prawa i Sprawiedliwości jego wysokość sięgała 750 mln zł.
Kolejnymi sukcesami na płaszczyźnie eksportu miałby być wzrost jego udziału w PKB z 47 proc. do 60 proc. oraz nadwyżka eksportowa wynosząca osiem proc. - Mamy nadwyżkę eksportową wyższą niż oni (Niemcy - red.). Kiedyś mogliśmy tylko o tym pomarzyć. To nasza polityka gospodarcza do tego doprowadziła - mówił Morawiecki.
Przejawem sukcesu rządu miał być również wzrost zysków z podatków. Premier Morawiecki zakomunikował, że dochody budżetu państwa z podatku VAT wzrosły o ponad 100 proc. pomimo obniżki jego stawki na więcej niż 500 towarów. Twierdzi również, że w ciągu rządów PiS zyski z podatku CIT wzrosły z 33 mld do 95 mld zł. - Blisko trzykrotny wzrost w ciągu ośmiu lat. Gdzie były, w jakich rajach, te pieniądze, panie Tusk? - pytał premier.
Zapowiedzi Mateusza Morawieckiego spotkały się z krytyczną opinią ekonomistów i internautów. Odniósł się do nich między innymi Jakub Karnowski na platformie X (dawniej Twitter). "Jeśli założymy obecny poziom inflacji w Polsce 10,1 proc. jako średni przez kolejne sześć lat - a to optymistyczne założenie biorąc pod uwagę nieodpowiedzialną politykę pieniężną - 10 tys. złotych za sześć lat będzie miało taką samą wartość jak dziś 5,6 tys. złotych" - pisał ekonomista. "W lipcu średnia pensja wyniosła 7 tys. 485 złotych. Czyżby Premier obiecał spadek średniego wynagrodzenia o jedną trzecią do 2030?" - pytał.