Orlen zaniża ceny, a stacje muszą kombinować. Spółki paliwowe nabrały wody w usta

"Rzeczpospolita" spytała spółki zarządzające stacjami paliw w Polsce, co uważają o działaniach Orlenu. I choć te, które odpowiedziały, mówią o problemach, to jednak państwowego giganta nikt nie skrytykował wprost.
Orlen (zdjęcie ilustracyjne)
Fot. Maciek Jaźwiecki / Agencja Wyborcza.pl

Mimo że ropa w ostatnich miesiącach podrożała o 30 proc. i w całej Europie ceny paliw rosły, to w Polsce stały w miejscu. Orlen bowiem korzystał ze swoich rezerw i bliskich kontaktów z Saudi Aramco, by obniżać ceny w hurcie. W detalu więc też było taniej, choć okresowo na niektórych stacjach brakowało paliwa. Paliwo od Orlenu było bowiem tak tanie, że stacje przestały kupować je z innych źródeł i czasem ze względu na zwiększony popyt oraz brak dywersyfikacji dostawców nie nadążały z napełnianiem dystrybutorów. "Rzeczpospolita" postanowiła spytać spółki zarządzające stacjami paliw w Polsce, jak zapatrują się na tę sytuację, czy ponoszą straty, czy uważają, że doszło do zachowania konkurencji i czy zamierzają w tej sprawie składać skargi do UOKiK lub Komisji Europejskiej. 

Zobacz wideo Jakie motywacje stoją za tak znacznymi obniżkami cen paliwa?

Spółki paliwowe o zaniżaniu cen przez Orlen

Przedstawiciele BP, które zarządza drugą co do wielkości siecią stacji w Polsce, zauważają, że sytuacja jest wymagająca i nie sprzyja stabilności zaopatrzenia. Rzeczniczka spółki mówi, że sytuacje analizuje z niepokojem, przyglądają się tez konkurencyjności i zapowiadają, że w zależności od sytuacji będą podejmować adekwatne działania, w zależności od dalszego rozwoju sytuacji.

Anwim, który posiada ponad 410 stacji Moya przekazał "Rz", że spółka ograniczyła import do niezbędnego minimum, które pozwala zachować ciągłość sprzedaży paliw. Biuro prasowe zapewnia, że sprzedaż jest stale prowadzone. Mimo tych słów, na stacjach Moya można tankować wyłącznie do baku pojazdu i niewielkich kanistrów. Unimot, który posiada stacje Avia, poinformował, że odczuwa skutki różnic cen diesla, ale liczy na powrót do normalności w 2024 roku. Shell stwierdził, że nie komentuje działań konkurencji ani wyników finansowych. Spółka podaje jednak, że w ostatnim tygodniu zanotowała poprawę sytuacji z dostępnością paliw i wyraża, że taki stan się utrzyma.

Inne spółki nie przesłały odpowiedzi. Przedstawiciel jednej z nich przekazał jednak anonimowo "Rzeczpospolitej", "że w obecnej sytuacji nikt nie chce głośno oskarżać Orlenu o zachwianie konkurencji, gdyż i tak jest zdany na dostawy z jego rafinerii". I nie chodzi tylko o obecną sytuację, ale tez długoterminową współpracę. 

Paliwa zdrożeją po wyborach

- Litr diesla powinien dziś kosztować przynajmniej 7,30 zł-7,50 zł, benzyna "95" o około 20-30 groszy mniej, czyli też powyżej 7 zł - oceniał w rozmowie z Next.gazeta.pl Dawid Czopek, zarządzający Polaris FIZ. Eksperci zgodnie przyznają, że po wyborach Orlen nie będzie miał już interesu w zaniżaniu cen paliw, więc te zostaną urynkowione i znacząco wzrosną. Spółka zapewnia jednak, że "nagłego wzrostu cen nie będzie".

Robert Tomaszewski, szef działu energetycznego Polityki Insight, snuje scenariusz, w którym polityka cenowa Orlenu będzie uzależniona od wyników wyborów. - Jeśli wygra PiS, należy oczekiwać rozłożonego w czasie wzrostu cen paliw. Jeśli wygra opozycja, skok cen może być znacznie szybszy. Daniel Obajtek może urealnić sytuację na rynku z dnia na dzień, co byłoby swoistym 'prezentem' na start dla nowej ekipy - pisze Tomaszewski. Zdaniem Dawida Czopka, obecna sytuacja jest nie do utrzymania w dłuższym horyzoncie czasowym i zapewne do listopada urealnienie cen musiałoby nastąpić. 

Gdyby sytuacja makroekonomiczna (kurs złotego, cena ropy, cena produktów gotowych na rynku europejskim) się nie zmieniła, to po wyborach paliwa skoczyłyby zapewne około jeden złoty w górę na "95" i do 1,50 zł na dieslu. Czopek i tak brzmi optymistycznie, bo pojawiają się i prognozy o rychłych podwyżkach cen paliw nawet o dwa złote.

Więcej o: