O Niemczech jako "chorym człowieku Europy" mówiło się na przełomie XX i XXI wieku. W tamtym czasie Niemcy miały problem ze wzrostem gospodarczym oraz największym od II wojny światowej bezrobociem. Były to między innymi konsekwencje zjednoczenia kraju po erze komunistycznej. W ostatnich miesiącach określenie przeżywa renesans ze względu na trudną sytuacją gospodarczą naszego zachodniego sąsiada. Prezes niemieckiego banku centralnego Joachim Nagel w rozmowie z CNBC zapewniał jednak, że Niemcy "nie są chorym człowiek Europy", są "zupełnie innej sytuacji".
- Wzrost gospodarczy nie jest dobry w tym roku, ale w przyszłym roku powróci. Niezbędne są pewne zmiany strukturalne, ale jeśli weźmiemy pod uwagę na przykład rynek pracy, nadal utrzymujemy gospodarkę na mniej więcej pełnym zatrudnieniu. Rozumiem, że panuje presja, że musimy coś zrobić, ale nie jesteśmy chorym człowiekiem Europy - mówił w rozmowie z CNBS.
Dane dla Niemiec są jednak bezwzględne. Pięć instytutów ekonomicznych prognozuje, że niemiecka gospodarka skurczy się w tym roku o 0,6 proc., ponieważ rosnące stopy procentowe odbijają się na inwestycjach, a wysoka inflacja powoduje spadek konsumpcji. To prognozy, na której powołuje się Reuters z września. Jeszcze na wiosnę mówiło się mniejszym spadku, bo o 0,3 proc. Trzeba jednak przyznać, że zapowiedzi Negela znajdują potwierdzenie w prognozach. Na rok 2024 instytuty - cztery niemieckie i jeden austriacki - prognozują wzrost PKB o 1,3 proc. We wrześniu obniżyły jednak swoje prognozy z 1,5 proc.
W wywiadzie prezes Bundesbanku odniósł się również do inflacji, która spadła w Niemczech we wrześniu do 4,5 proc. rok do roku z 6,1 proc. zanotowanych w sierpniu. - Historia inflacji zmierza we właściwym kierunku - zapewniał Nagel CNBC. - Bestia nadal tam jest, ale do pewnego stopnia ją oswoiliśmy - dodawał.