W sobotę odbędą się wybory parlamentarno-prezydenckie w Tajwanie. Tajwan otwiera tym samym wyjątkowo gorący rok wyborczy - po nim głosowania odbędą się m.in. w Rosji, Indiach, Meksyku, Polsce i Stanach Zjednoczonych - łącznie w ponad 70 państwach. Na Tajwan uwaga zwracana jest z dwóch powodów: relacji z Chinami, które głośno mówią o "zasadzie jednych Chin" i budzą obawy przed inwazją na wyspę oraz z powodu ściśle gospodarczego - Tajwan jest największym producentem chipów (półprzewodników) na świecie.
Wybory na Tajwanie to rozgrywka między rządzącą Demokratyczną Partią Postępową, która opowiada się za uniezależnieniem od Chin a Kuomintangiem, który chce większej integracji z Chinami kontynentalnymi. DPP wystawiła do wyborów prezydenckich dotychczasowego wiceprezydenta Lai Ching-te, a Kuomintang - Ho Yu-iha. Ci pierwsi twierdzą, że obywatele zdecydują między autokracją a demokracją, podczas gdy drudzy przyjęli narrację Pekinu i powtarzają, że to wybór między wojną a pokojem, sugerując ewentualny atak Chin.
Czy to groźba? - Nie, to przedstawienie, które Pekin za każdym razem robi, ponieważ chciałby, żeby kandydat, którego preferuje, czyli w tym przypadku Hou Yu-ih, mógł zwyciężyć. W mniemaniu Pekinu ma mu to pomóc. Efekt jest raczej odwrotny i w ten sposób bardziej wspierają kandydata rządzącej Partii Postępu niż swojego - tłumaczy Michał Bogusz, analityk Ośrodka Studiów Wschodnich i autor bloga Za Wielkim Murem.
Ryzyko konfliktu wydaje się jednak bardzo duże, napięcie między Tajwanem i Chinami narasta. W zeszłym roku tajwański sektor identyfikacji powietrznej był wielokrotnie naruszany przez Chiny. Michał Bogusz uważa jednak, że w ciągu najbliższych dwóch-trzech lat nie powinniśmy spodziewać się eskalacji i wybuchu wojny.
- Chiny zdają się przygotowywać do zaatakowania Tajwanu, ale to nie nastąpi teraz. Amerykanie i Tajwańczycy spodziewają się ataku najwcześniej w 2027 roku. Ale to nie oznacza, że wówczas od razu Pekin zaatakuje. Wiele zależy od sytuacji wewnętrznej w Chinach, sytuacji międzynarodowej czy od przygotowania się innych potencjalnych graczy w tym konflikcie. Przecież Japonia też się zbroi i odbudowuje swój potencjał wojskowy, tak samo Amerykanie zwiększają wydatki wojskowe i odnawiają swoją flotę. Sytuacja jest bardzo dynamiczna i nie ma co się spodziewać, że Chiny zaatakują, jak tylko zacznie się 2027 rok. Jest wiele elementów, które się składają na to, czy będą mogli i czy w ogóle będą chcieli atakować. Są rzeczy, których dzisiaj nie jesteśmy w stanie przewidzieć. W perspektywie dwóch-trzech lat atak nie wydaje mi się możliwy - wyjaśnia Bogusz.
Alarmistyczny ton w mediach jest echem kampanii wyborczej, która była bardzo barwna, a czasami nawet bardzo brutalna
- kwituje ekspert.
Chipy są niezbędne we współczesnej gospodarce - wykorzystywane w tak wielu rodzajach urządzeń, że trudno byłoby je wymieniać. A to, jak istotne są półprzewodniki, najlepiej pokazała pandemia. Wówczas załamanie łańcuchów dostaw i duże uzależnienie od produkcji w Tajwanie sprawiło, że na rynku pojawiły się spore problemy z mikroprocesorami. COVID-19 obudził państwa, które zobaczyły, że off-shoring chipów stworzył zagrożenie dla bezpieczeństwa publicznego. W związku z tym rozpoczęto prace nad uruchomieniem produkcji również w innych częściach świata. Tyle że to bardzo drogi i skomplikowany biznes, jedna taka fabryka to - w zależności od źródeł - koszt kilku lub nawet kilkunastu miliardów dolarów. I do tego jej budowa trwa wiele lat.
- Budowanie równoległego przemysłu półprzewodnikowego gdziekolwiek na świecie to są długie lata, nie da się w szczerym polu postawić fabryki, która w ciągu pół roku zacznie wypuszczać chipy. Prawdopodobnie potrzeba nawet dekady, by stworzyć w pełni funkcjonujący zakład i sprawny łańcuch produkcji półprzewodników w nowym miejscu - tłumaczy Michał Bogusz.
Tajwan doskonale zdaje sobie z tego sprawę i zdaniem eksperta, będzie starał się za wszelką cenę zachować swój wyjątkowy status. Zresztą już to robi. Dywersyfikuje rynek i inwestuje za granicą w taki sposób, by w każdym łańcuchu dostaw lub przynajmniej w ich większości jakaś część przechodziła przez Tajwan.
Owszem, atak Chin byłby tragiczny nie tylko dla Tajwańczyków, których kraj pogrążyłby się w wojnie, ale przez wzgląd na półprzewodniki również dla całego świata. Jak już jednak tłumaczył Michał Bogusz, przez kilka lat szanse na to są minimalne, póki co więc nie powinniśmy spodziewać się problemów z półprzewodnikami.
Michał Bogusz zwraca uwagę, że jeśli wybory wygra Lai, a na to wskazują sondaże, to w zasadzie nic się zmieni. I przypomina, że te wybory są nie tylko o relacjach między Chinami a Tajwanem, ale też o sytuacji wewnętrznej kraju. - Niepowodzenie DPP w przeprowadzeniu głębszych reform gospodarczych i społecznych, czyli przede wszystkim poprawy perspektyw młodego pokolenia, doprowadziło do tego, że DPP utraciło dużą część swojej popularności. Tak naprawdę Kuomintang jest silny słabością DPP, która nie była w stanie wywiązać się z wielu zobowiązań wyborczych z lat wcześniejszych i nie przeprowadziła tak głębokich zmian społecznych i gospodarczych, na które duża część Tajwańczyków liczyła - mówi analityk.
Mimo tego to kandydat partii postępowej prowadzi w sondażach, nawet w tych sprzed ciszy wyborczej, która trwa już od 10 dni. Wynika z nich, że Lai Chin ma 3-4 punkty procentowe przewagi. - Oczywiście jest sporo niezdecydowanych wyborców, nie jesteśmy pewni do końca, jak oni zagłosują, ale na dziś trzeba założyć, że zwycięży Lai. Ostatnie wystąpienie byłego prezydenta opozycyjnego Kuomintangu, wywiad w niemieckiej telewizji, pokazuje, jak bardzo są oni oderwani od realiów Tajwanu i oczekiwań tajwańskiego społeczeństwa. Tym wystąpieniem mógł bardziej zaszkodzić Kuomintangowi. Wydaje się, że na ostatniej prostej DPP dostało prezent - mówi Michał Bogusz.
Jeśli wygra Lai Chin z DPP, zdaniem analityka powinniśmy spodziewać się stawiania na program otwartych reform społecznych i wsparcia zwłaszcza młodych ludzi. A dla Kuomintangu będzie to oznaczać, że musi dokonać jeszcze głębszego zwrotu ku społeczeństwu tajwańskiemu i bardzo mocno przemyśleć, czy partia chińskich nacjonalistów ma rację bytu na Tajwanie.