Rodzeństwo, Anita Krawczyk oraz Ewa Lis, kilkanaście lat temu wydzierżawiły od parafii w Łozinie koło Wrocławia świetlicę, którą gmina przekazała duchownym jeszcze w poprzednim tysiącleciu. Obiekt zamknięto w 1995 roku, a proboszcz myślał o wyburzeniu. Ostatecznie jednak siostry podpisało umowę cywilno-prawną z ówczesnym proboszczem na dzierżawę sali do 2045 roku. Kobiety chcąc używać świetlicy, musiały ją odnowić, bo jak mówiły w programie Polsatu "Interwencja", nie było tam nic - ani przyłączy kanalizacyjnych, ani prądu.
W 2013 roku obiekt przebudowano na salę bankietową, w której od tego czasu 5-6 razy w miesiącu odbywały się imprezy. Parafia mogła z niej korzystać, gdy tylko tego potrzebowała, siostry zapewniały jej nawet bezpłatną obsługę kelnerską oraz kucharską. Wszystko było w porządku, do czasu gdy w 2022 roku proboszcz, z którym kobiety podpisały umowę, odszedł na emeryturę.
Nowy proboszcz po pół roku urzędowania miał stwierdzić, że umowa jest nieważna. Powołał się przy tym na prawo kanoniczne i przedstawił nowe warunki dzierżawy. Siostry miały płacić parafii już nie 1100 a 8500 zł miesięcznie. Jak relacjonują kobiety, duchowny unieważnił umowę, bo według prawa kanonicznego, kontrakty powyżej dwóch lat trzeba potwierdzać pieczęcią biskupa.
Siostry mówią, że gdyby wiedziały, iż umowa będzie obowiązywać tylko przez dekadę, nie zainwestowałyby tyle w odnowienie obiektu. W sam budynek miały włożyć przynajmniej 340 tys. zł. Żeby zdobyć takie pieniądze, pani Anita zastawiła mieszkanie i wzięła kredyt. Siostry nie zgodziły się na zaproponowane warunki i opuściły obiekt w lipcu 2023 roku. Próby rozmów z proboszczem nie przyniosły rezultatów.
- O to, że powinna być pieczęć biskupa, powinien zadbać proboszcz. Osoby, które zawierają umowę dzierżawy, nie mają obowiązku znać prawa kanonicznego. W takich relacjach między Kościołem a osobami fizycznymi pierwszorzędną rolę ma prawo cywilne - mówi prawniczka Anna Wichlińska, cytowana przez Polsat.
Proboszcz Zbigniew S. odmówił rozmowy z mediami. Jego poprzednik wspiera natomiast siostry. Wystosował nawet list, z którego wynika, że realizacja umowy była przewidziana co najmniej na 25 lat - mówi Wichlińska. Mieszkańcy miejscowości są oburzeni sytuacją. Pojechali nawet do wrocławskiej kurii, gdzie rozmawiali z biskupem. Nic to jednak nie dało. - Zostaliśmy potraktowani jak śmieci - podsumowuje Łukasz Lis, mąż pani Ewy.